HistoriaKresyUkraińskie ludobójstwo na ludności polskiej pamiętamy

Redakcja11 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Tę powyższą bardzo ważną dyspozycję moralno-patriotyczną zaczerpnąłem z „Kalendarza Kresowian 2023 r.” wydanego przez Stowarzyszenie Kresowian w Dzierżoniowie, którego członkowie jak napisano w preambule – „to w zdecydowanej większości żywi świadkowie niespotykanego w przeszłości ludobójstwa dokonanego przez zwyrodniałych ukraińskich nacjonalistów (banderowców) spod znaku OUN-UPA”.

O dzierżoniowskich Kresowianach autorzy Kalendarza relacjonują co następuje: „O tamtych stronach, tamtych ziemiach pamiętają, z łezką w oku wspominają, z nostalgią opisują i troskliwie kultywują tradycje kresowe. Tragiczne wydarzenia swojego życia opisują, głosząc prawdę – prawdę historyczną o zbrodniach dokonanych przez banderowców, a często przez swoich ukraińskich sąsiadów”.

Osobiście bardzo się wzruszam, kiedy mam okazję do rozmowy z osobami, które na własne oczy widziały okropności trudne do opisania bez szczególnego napięcia emocjonalnego. A już autentycznym bólem przeszywają mnie informacje o odchodzeniu ich do wieczności. Tak było w przypadku wołyńskiej bohaterki Moniki Śladewskiej z 27. Dywizji Piechoty AK niestrudzonej bojowniczki o prawdę o banderowskim ludobójstwie ( m.in. autorki licznych artykułów i kilku książek o tej tematyce) czy też pierwszego polskiego kosmonauty gen. Mirosława Hermaszewskiego, którego nadgorliwi lustratorzy z IPN próbowali zdyskredytować w oczach opinii publicznej. Obydwie wspomniane wyżej osoby mimo swojej duchowej i historycznej wielkości były niezwykle skromne i życzliwe wobec ludzi, z którymi zetknął ich los. Kosmonauta z kresowym rodowodem, który zaznał nie tylko cudu nieważkości, ale także cudu ocalenia dziecięcej główki spod banderowskiej siekiery we wsi Lipniki, bywał częstym i bardzo pożądanym gościem „Krajobrazów” w czasie uroczystości upamiętniających Ofiary ludobójstwa. Dla wielu uczestników tych uroczystości organizowanych w legnickim kościele św. Jana i na Zamku Piastowskim spotkania z gen. Mirosławem Hermaszewskim były wielkim i niezapomnianym przeżyciem, a wspólna fotografia z bohaterem kosmosu i krwawej historii jest dla nich niezwykle cenną pamiątką.

Być może świadomość wspólnoty kresowych korzeni sprawiła, że śmierć Mirka wzbudziła we mnie żal podobny do tego jaki ogarnął mnie po niedawnym odejściu mojego ukochanego młodszego brata Antoniego, który wyrokiem losu po przedwczesnym zgonie naszego Ojca Stanisława przejął po nim dziedzictwo materialne i duchowe ze wszystkimi atrybutami podlwowskiej kresowości. A jedną z cech tej kresowości, oprócz uczciwości i zwykłej ludzkiej przyzwoitości, była  wyjątkowa aktywność publiczna (wieloletnie posłowanie i zasiadanie w samorządzie Ziemi Legnickiej) oraz przywiązanie do tradycji rodzinnej i narodowej.

Wracając do świata żywych świadków tragicznych aktów kresowego ludobójstwa, należy podkreślić, że jeszcze wiele świadectw prawdy o czasach grozy, krwi i łez wnoszą ostatni świadkowie żyjący wśród nas i budzący – mam nadzieję – sumienia tych, którzy cynicznie proponują nam zapomnienie a nawet przebaczenie bez wymogu prawdy, wyznania winy i przeproszenia za popełnione zbrodnie. Do tej  już nielicznej grupy, najbardziej wiarygodnych świadków zbrodni ludobójstwa należy niewątpliwie wybitny współczesny pisarz i poeta wrocławski, ale mający także ważny  życiowy epizod zawodowy związany z moją ukochaną (na równi ze Lwowem) Legnicą Stanisław Srokowski.

Ten nieodrodny i wyjątkowy Syn polskich Kresów Wschodnich dzięki swojemu talentowi literackiemu, nieprzeciętnemu intelektowi z dużą dozą filozoficznego widzenia świata i prawości charakteru jako pochodnej silnego kręgosłupa moralnego stał się sumieniem i wyrocznią dla ludzi i spraw kojarzonych z szeroko pojętą kresowością. Myślę, że nie tylko mój szacunek budzi konsekwentne, bezkompromisowe podążanie Stanisława Srokowskiego drogą prawdy o banderowskim ludobójstwie. Powszechnie wiemy, że ta droga nie jest usłana różami, a jeśli już to byłyby to róże z ostrymi (bardzo!) kolcami. Mimo to uznany literat nie waha się formułować i ogłaszać takie nakazy moralne jak ta „ iż zapomnieć o ludobójstwie to jakby zapomnieć o tym kim jesteśmy”. Albo inna dyspozycja będąca tytułem jednego z tomików poezji Stanisława Srokowskiego: „Ciszo milcz! Bólu mów!. To w tym tomiku znalazłem przenikające grozą strofy:

 

Zamordowali mnie tryzubem

Rzekła mara

Popatrzcie odsłoniła pierś pełną ran

i zaschniętej krwi:

Skórę cięli na paski

i posypywali solą.

 

Takie wymowne nad wyraz świadectwo zbrodni przekazuje nam i przyszłym pokoleniom znany mi osobiście jeden z ostatnich świadków kresowego ludobójstwa. Innych jeszcze żyjących świadków niewyobrażalnych cierpień Polaków znam niejako „zaocznie”.

O jednym z nich dowiedziałem się przy okazji otwarcia wystawy „Moja Wołyńska Rodzina” autorstwa Dariusza Kanaka. Wystawa została zorganizowana we Wrocławiu, do którego z moich Prochowic zabrał mnie Witold Ziółkowski, podążający doń z Poznania. Wcześniej na kawę zaprosiła nas burmistrz tego uroczego miasteczka Alicja Sielicka, córka Kresowian z podlwowskich Gańczar. Sądzę, że pochodzenie Rodziców burmistrz Alicji Sielickiej było jedną z przesłanek do podjęcia decyzji o nadaniu tamtejszej bibliotece imienia Zygmunta Jana Rumla, którą kieruje Bogumiła Spryszyńska córka bardzo ofiarnego Kresowianina, Sybiraka Jana Grenia. Przy kawie w burmistrzowskim gabinecie, w którym jak głosi niemiecka legenda mająca cechy prawdopodobieństwa – zatrzymał się również na kawę lub herbatę „Żelazny Kanclerz” Otto Von Bismarck, o czym zaświadczała niegdyś stosowna tabliczka. Tak więc, w historycznym Ratuszu prochowickim popłynęła opowieść o losach polskiej dziewczynki Genowefy Ziółkowskiej z Frankopola na Wołyniu. Jej ojciec był w tej wsi sołtysem. 13 czerwca 1943 roku banderowcy zamordowali na jej oczach rodziców oraz siostrę i brata a także siostrę ojca. Sama Genowefa mająca wówczas 11 lat została ugodzona bagnetem 18 razy. Rano, po tym bestialskim napadzie odnalazł ją o kilka lat od niej starszy kuzyn,  który wozem konnym odwiózł ją do niemieckiego szpitala w Horodnicy. Tam wojskowi lekarze niemieccy uratowali jej życie. Genowefa żyje licząc sobie 91 lat.

Kończąc tę tragiczną opowieść „mój przygodny kierowca” wyznał, iż jest synem tej cudem ocalałej z rzezi niewiasty. Byłem bardzo poruszony tą opowieścią, ale moje wzruszenie spotęgowało się gdy obejrzałem przesłany mi przez Witolda film „Dzieci Wołynia” zawierający ciepły, szlachetny wizerunek polskiej kobiety, okropnie skrzywdzonej przez ukraińskich zbrodniarzy, ale nie pałającej żądzą zemsty, odwetu czy nienawiści, Mimo to rodzi się pytanie, jakim człowiekiem (jeśli to określenie przystaje do zwyrodnialca) trzeba być żeby 11-letnią, wątłą dziewczynkę dźgnąć nożem 18 razy uprzednio zamordowawszy jej rodziców i najbliższych krewnych.

W ślad za tym stawiam kolejne pytanie: czy mają sumienie ci politycy, dziennikarze i pseudo-autorytety moralne, którzy takim ludziom jak Genowefa Ziółkowska i wielu innym o podobnych krwią napisanych życiorysach sugerują zapomnienie, czyli amnezję w odniesieniu do losów osobistych i kresowej części naszej Ojczyzny.  Czyż nie jest to zwyczajna i bezczelna arogancja. Czy nie jest przejawem skrajnego cynizmu – nie mówiąc o totalnej głupocie i zaniku instynktu narodowego-negowanie potrzeby organizowania uroczystości 80. rocznicy apogeum ludobójstwa jako działań rzekomo sprzecznych z polską racją stanu w kontekście agresji rosyjskiej na Ukrainę.

Przecież te obchody będące wyrazem dążenia do prawdy historycznej i okazją do złożenia hołdu pamięci okrutnie pomordowanych Polaków i udzielających im pomocy Ukraińców nie są w żadnym stopniu działaniem antyukraińskim i nie popsują relacji zwykłych Polaków i zwykłych Ukraińców. Bo nadwrażliwość naprawdę demonstrują rządzący w obu państwach wymyślając  dziwne preteksty i różne bałamutne koncepcje zamiatania prawdy „pod dywan” twierdząc, że to „nie jest właściwa pora” na przywracanie pamięci o Ofiarach lub judaszowsko podpowiadając z udawaną troską o wysoką jakość dyskursu o ludobójstwie, „by ten trudny temat pozostawić historykom”. Jednym z przejawów manipulowania prawdą jest ustalenie czasu, kiedy ona ma być ujawniona lub ukrywana. Jest to zajęcie niegodne uczciwych Polaków, historyków i dziennikarzy.

Niech ci zaprzańcy zdobędą się na odwagę i odwiedzą sędziwą Genowefę Ziółkowską z bliznami po 18-tu pchnięciach nożem i z nieuleczalną raną w świadomości oraz obrazem ostatnich minut życia rodziców i  zaprezentują jej wykładnię rodem z piekła poprawności politycznej, że pamięć o Ofiarach, uroczystości upamiętniające zbrodnie, czy też przestrzeganie przed neobanderyzmem, iż to wszystko stoi w sprzeczności z polską racją stanu. Przykre to niewymownie, że w społeczeństwie polskim tak usilnie w tym temacie indoktrynowanym przez polityków różnych opcji i posłuszne im media, diametralnie różnie pojmuje się polską rację stanu. Jestem przekonany, że polskiej racji stanu lepiej przysłużą się ci Polacy i rodziny, nawet te pochodzące ze skrwawionego Wołynia, które rozpaczliwie walcząc o prawdę jednocześnie pomagają ofiarnie nieszczęśliwym uchodźcom z Ukrainy, niż ci którzy bazując na fałszywych przesłankach próbują prawdę o banderowskim ludobójstwie usunąć pod wyimaginowanymi pretekstami ze zbiorowej pamięci narodowej Polaków.

Może ci, którzy ochoczo podpowiadają Kresowianom by swoje krzywdy zapomnieli lub poczekali ze swoim smutkiem, żalem i rozpaczą na „lepsze czasy” dla tej tematyki zechcą zmierzyć się z pamięcią o zamordowanych jaka tkwi w duszy i w sercu Wandy Zabrockiej, emerytowanej nauczycielki z Koszalina. Tę zacną, po kresowemu pogodną i serdeczną niewiastę spotkałem kilka dni temu podczas uroczystości Jubileuszowych Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w Legnicy. Organizacja ta, którą od wielu lat kieruje Kazimierz Pleśniak, człowiek do szpiku kości przeniknięty pasją działania społecznego na rzecz innych, jest ważnym podmiotem życia publicznego na Ziemi Legnickiej i w całym regionie dolnośląskim. Właśnie nie – dawno Koło TPD działające przy Szkole Podstawowej im. Ireny Kosmowskiej w Bieniowicach otrzymało sztandar organizacyjny, co stało się źródłem uzasadnionej dumy całego grona pedagogicznego z panią dyrektor Małgorzatą Szychlińską i przewodniczącą koła Elżbietą Kazimierowską. Sztandar tej Szkoły zawsze uczestniczy w przedsięwzięciach kresowych organizowanych przez S.K. „Krajobrazy”.

Jednym z priorytetów programowych legnickiego TPD są sprawy kresowe, łącznie z taką specyficzną i bardzo chwalebną aktywnością jaką jest udział w Akcji „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia”, w której młodzież i działacze TPD porządkują groby polskie na b. Kresach Wschodnich RP. Warto też dodać, że ponad 20 lat dyrektorką bieniowickiej szkoły była obecna wicestarosta powiatu legnickiego Janina Mazur, córka Katarzyny i Stanisława Samborskich z podlwowskich Gańczar. Z jej inicjatywy grono Kresowian (Leszek Buzdygan, Józef Baran, Helena Leszczyszyn, Kazimierz Leszczak i inni) odnowiło polski przedwojenny  cmentarz gańczarsko-dawidowski, zaś w powiecie legnickim odbywa się co rocznie Konkurs literacki „Pamiętnik pokoleń”, w ramach którego młodzież szkolna pozyskuje od swoich przodków bezcenne świadectwa o ich kresowej przeszłości. Ponieważ relacje dziadków i pradziadków dotyczą wszystkich aspektów życia mieszkańców tamtych ziem to siłą rzeczy znajdować się tam muszą przerażające opisy aktów ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej, żydowskiej, czeskiej, rosyjskiej a nawet ukraińskiej, czyli tej części, która nie chciała uczestniczyć w mordowaniu Polaków – sąsiadów.

Wspomniana wyżej Wanda Zabrocka, z którą znajomość zawdzięczam legnickim uroczystościom TPD i prezesowi Kazimierzowi Pleśniakowi pochodzi z rodziny Teodorowiczów zamieszkałej przed laty w Janówce k. Sarn na Wołyniu. Babcią Wandy była Leontyna (z. d. Brzozowska l. 47) zaś dziadkiem Bronisław Teodorowicz. Teodorowiczowie mieli trójkę dzieci: dwie córki (Władysława i Helena) i syna Antoniego. W momencie napadu banderowców na ich dom Heleny (matki – Wandy mojej rozmówczyni) nie było w domu, dzięki temu jako jedyna ocalała z pogromu. Wszystkim pozostałym członkom rodziny bandyci rozpłatali głowy toporem. Dziadek Wandy kiedy go znaleziono, jeszcze żył, ale następnego dnia gdy umierał wołał: „Pawle dlaczego mnie rąbiesz”, jako, że wśród morderców rozpoznał  Pawła, który pracował jako parobek w gospodarstwie Teodorowiczów przez kilka lat.

Swoim dobroczyńcom „odwdzięczył” się ostrym toporem. Analizując liczne świadectwa zbrodni ukraińskich nacjonalistów można zauważyć, iż przykładów owej „wdzięczności” i ogromnego zaskoczenia Polaków takim obrotem sprawy było znacznie więcej. Przecież dziadek wybitnego kompozytora Krzesimira Dębskiego, też w czasie napadu morderców na ich miasteczko ponaglany do ucieczki przez krewnych nie uległ ich sugestiom, gdyż był przekonany, że tyle dobrego uczynił na rzecz Ukraińców, iż uchroni go to przed śmiercią z ich rąk”

To kolejny przykład Polaka, który srodze się zawiódł stosując swoje normy cywilizacyjne do świata innych wartości, pozornie takich samych – zwłaszcza w czasach pokoju i stabilizacji – a w rzeczywistości bardzo od siebie odległych i różnych, zwłaszcza w obszarze ducha i norm moralnych. Natomiast w świecie realiów badacze problematyki i znawcy zagadnienia mówią o dziesiątkach tysięcy-a niektórzy o ponad dwustu tysiącach okrutnie pomordowanych obywateli II Rzeczypospolitej różnych narodowości.

Oczywiście najwięcej Ofiar złożyła polska społeczność Kresów Wschodnich. W wielu wypadkach należy mówić o unicestwieniu całych rodzin jak to się stało z opisywanymi wyżej Ziółkowskimi czy Teodorowiczami, których wnuczka Wanda ma odwagę mówienia prawdy o tragedii. Po tych uśmierconych toporami, nożami i widłami rodzinach pozostała pustka w sferze ducha i w bolesnej rzeczywistości. Przywołam w tym kontekście pamięć Kresowianina z Ziemi Stanisławowskiej a tu na Dolnym Śląsku z Czerwonego Kościoła zasłużonego działacza bankowości spółdzielczej Eugeniusza Laszkiewicza, którego pożegnaliśmy na Cmentarzu Komunalnym w Legnicy w pierwszych dniach tego roku.

Otóż pamiętam odbywające się w Sejmie RP posiedzenie Komitetu Organizacyjnego Społecznych Obchodów 65. rocznicy apogeum ludobójstwa, które powołano z inicjatywy ostatniego komendanta Polskiej Samoobrony w Rybczy k. Krzemieńca, autentycznego bohatera kresowego płk. Jana Niewińskiego. Za stołem prezydialnym tego już historycznego posiedzenia, któremu miałem zaszczyt przewodniczyć zasiadały takie znakomite postacie jak w/w Krzemieńczanin, gen. Mirosław Hermaszewski, płk Henryk Strzelecki ówczesny prezes Zarządu Głównego  Związku Kombatantów RP, wicemarszałek Sejmu Jarosław Kalinowski, który stanął na czele tego Komitetu i in. W gorącej debacie tego posiedzenia o swoim dzieciństwie mówił Eugeniusz Laszkiewicz, który często jako mały chłopiec pytał rodziców dlaczego jego rówieśnicy „mają babcie, dziadków i wiele ciotek i wujków, a ja ich nie mam”. Poetycką odpowiedź E. Laszkiewiczowi i wielu innym dzieciom stawiajacym takie pytania dał Stanisław Srokowski w wierszu „Odeszli”:

 

Wszyscy odeszli,

wszyscy krewni, bliscy, znajomi,

całe wioski, regiony, ziemie, te wielkie tłumy

zabitych, pomordowanych, te wszystkie babcie,

ciotki, dziadkowie, wujkowie, kuzyni, te wszystkie

 

starowinki, dalsi i bliżsi krewni, wielkie rody,

te legiony pięknych młodych ciał

ognie pożerały pieśni i szloch,

skomlenia, jęki i ciszę.  

 

Zdarzało się żyjących jeszcze świadków ludobójstwa znajdowały  wnuki  bądź prawnuki biorące udział w tematycznych konkursach szkolnych lub samorządowych. Przytoczę tu przykład rodziny Zwaryczów z Prochowic. Uczennica tamtejszej Szkoły Podstawowej nr 2 im. Tadeusza Kościuszki Lucyna Zwarycz wzięła udział w Konkursie „Pamiętnik Pokoleń”, który po raz pierwszy w 2016roku zorganizowała Janina Mazur wówczas starosta Legnicki. W tym roku realizowana jest czwarta edycja Konkursu, na który wpłynęło już ponad osiemdziesiąt prac. Każda edycja zakończona  jest pięknie edytorsko wydanym tomem. Prochowicka Szkoła Podstawowa nr 2 im. Tadeusza Kościuszki – bardzo dobrze prowadzona przez Renatę Stępień (utalentowana i urocza polonistka również pochodzi z rodziny kresowej) często uczestniczy w przedsięwzięciach  patriotyczno-historycznych.

To właśnie uczennica tej szkoły Lucyna Zwarycz uzyskała i zanotowała ciekawą wypowiedź swojego pradziadka Czesława Zwarycza o jego długim życiu i o koszmarze jaki przeżył w Hucisku Pieniackim mając zaledwie kilkanaście lat. Ta wypowiedź została opublikowana w II tomie „Pamiętnik Pokoleń c.d”. Oto jej fragment dotyczący tragedii, której sprawcami byli mordercy z pułku SS-Galizien i z kurenia UPA. „Szedłem w kierunku zmasakrowanej rodzinnej wsi. Wszędzie leżały spalone, porozcinane ciała dzieci i osób dorosłych, były poukładane jedno na drugim w stosy. Był to widok zdecydowanie nie dla dziecka, którym wtedy byłem. Podsłuchałem,  że  mamę i resztę rodziny spalono, a dziadek Józef został rozerwany granatem. To było straszne, musiałem przepełzać między zwłokami, byłem twardy. I pomyśleć, że  tu gdzie przed dziesięcioma godzinami smacznie spałem, teraz jest pobojowisko, a ciała ludzi bestialsko potraktowane leżą na drodze i po stodołach”.

Bardzo cennego świadka ludobójstwa  „znalazła” Aleksandra Klusek, uczennica Szkoły Podstawowej im. W.S. Reymonta w Rosochatej, którą to Szkołę odwiedzam zawsze z dużym wzruszeniem i przyjemnością, gdyż byłem inicjatorem nadania jej imienia pierwszego Noblisty Polski Niepodległej, a ponadto z uznaniem odnoszę się do dokonań tej placówki i jej nauczycieli. Poczet sztandarowy szkoły zawsze uczestniczy w uroczystościach kresowych organizowanych przez „Krajobrazy”. Dodam, że proboszczem parafii w Rosochatej jest zacny i bardzo lubiany także poza granicami swojej parafii ks. Józef Jóźków bratanek ks. Władysława Jóźkowa wieloletniego kapelana Kresowian i Sybiraków w Legnicy. Nie muszę dodawać, iż obaj kapłani (ks. Władysław Jóźków zmarł kilka lat temu) pochodzą z rodziny na wskroś kresowej, dlatego duch kresowości jest ciągle obecny na plebanii ks. Józefa i w zabytkowej świątyni parafialnej.

Wracając do „Pamiętnika Pokoleń”, to w tomie III prac konkursowych opublikowano zwierzenia Władysława Andruchowa sędziwego Kresowianina, który w swojej rodzinnej (tu na Ziemi Legnickiej) wsi Grzybiany doprowadził do postawienia obelisku upamiętniającego Ofiary ludobójstwa które zamordowano w  jego pierwszej rodzinnej wsi (tam na Kresach) Słobódce Dżuryńskiej.

Oto fragment jego relacji: „Pamiętam ten dzień, kiedy byłem na warcie z moim kolegą, i tak rozmawiamy o tym, że dzisiaj chyba nic się nie wydarzy, bo jest zimno i chyba nie będą mordować. Rankiem dowiadujemy się, że 19 rodzin ze wsi Połowice zostało zamordowanych.  Została tam zabita moja przyjaciółka ze szkolnej ławki – Ola Pawłowska wraz ze swoim dzieckiem. Był to brutalny mord przez uduszenie sznurkiem Wiadomość przyniósł ojciec zamordowanej, bo tylko jemu udało się przeżyć. Mordowano za pomocą podręcznych narzędzi, np. widły, siekiery, łopaty i itp.

Czy składanie hołdu pamięci tym ofiarom, organizowanie modlitw za zbawienie ich dusz, upominanie się o godny pochówek szczątków Polaków porośniętych trawą i krzewami to jest działalność sprzeczna z polską racją stanu? Czy to jest poniżanie Ukraińców, którzy walczą z rosyjskim agresorem? Zdecydowanie odpowiadam – nie! Natomiast wszelkie próby zaniechania starań o różne formy upamiętnienia, nawoływania do zapomnienia i przekonywania polskiej opinii publicznej, że „teraz jest niewłaściwa pora” na takie przedsięwzięcia jest rzeczywiście poniżaniem, ale nie Ukraińców, lecz pamięci okrutnie pomordowanych Ofiar. Na poniżanie Ofiar nie może sobie pozwolić żadne poważne i szanujące się państwo, ani żaden posiadający chociaż trochę moralności i honoru naród. Sądzę, że przyzwoitości, moralności i honoru Polakom jeszcze nie brakuje, ale czas pokaże czy się w tym właśnie aspekcie polsko – ukraińskich relacji boleśnie nie pomyliłem!

dr Tadeusz Samborski

Prezes S.K. „Krajobrazy” w Legnicy

Na zdjęciu: gen. Mirosław Hermaszewski i deputowany Rady Najwyższej Ukrainy Wadim Kolesniczenko na obchodach 70. rocznicy ludobójstwa na Wołyniu.

 

Redakcja