HistoriaRecenzjeOd NSZ-tu do ZBoWiD-u

Redakcja2 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Pierwsze wydanie wspomnień Piotra Kosobudzkiego (1916-2008) ukazało się prawie 30 lat temu, w 1997 roku w wydawnictwie NORTOM. Książka spotkała się z dużym zainteresowaniem czytelników i jej nakład już dawno został wyczerpany. Dlaczego uznaliśmy, że należy ją wznowić?

Po pierwsze dlatego, że jest ona żywym świadectwem losów ludzi obozu narodowego w czasie wojny i po jej zakończeniu. Po drugie, w kontekście kultu tzw. żołnierzy wyklętych, których losy stały się jednym z fundamentów polityki historycznej państwa – głos Piotra Kosobudzkiego wnosi nieco inne spojrzenie na tę kwestię. Autor pisał je w czasie, kiedy nie było jeszcze o tym mowy, w końcu lat 70. XX wieku. Nie są więc one skażone poprzez nacisk obowiązującej wykładni historii. Są to wspomnienia gorzkie, ale prawdziwe, autor nie ukrywa swoich rozterek i dylematów przed jakimi stanął w 1945 roku, kiedy wojna się skończyła, nie stara się za wszelką cenę robić z siebie bohatera, nie gloryfikuje konspiracji powojennej, stawia nawet pytania zasadnicze o jej sens.

Piotr Kosobudzki był przed wojną młodym działaczem Stronnictwa Narodowego w małym miasteczku Dobra k. Turku. We wrześniu  1939 roku był żołnierzem Wojska Polskiego, walczył pod Warszawą i na Lubelszczyźnie. Jak większość działaczy SN wstąpił do konspiracji, był członkiem Narodowej Organizacji Wojskowej (NOW), zbrojnego ramienia SN. Jego rodzinne strony znalazły się w granicach Rzeszy, gdzie praktycznie nie było warunków na działalność partyzancką, a konspiracja SN szybko poniosła ogromne straty. Nic więc dziwnego, że razem z bratem Stefanem musiał uciekać najpierw do Warszawy, a potem na Podlasie, gdzie trafił do oddziału Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ).

Dlaczego do NSZ? Był tym z wielu żołnierzy NOW, którzy w 1942 roku nie znaleźli się w Armii Krajowej. Następujące Okręgi NOW: radomski, kielecki, częstochowski, lubelski, podlaski i łódzki – odmówiły podporządkowania się AK i weszły, po zawarciu porozumienia z wywodzącym się z przedwojennego ONR-ABC Związkiem Jaszczurczym, w skład utworzonych we wrześniu 1942 roku Narodowych Sił Zbrojnych. Piotr Kosobudzki pisze o politycznych aspektach tego rozłamu dosyć oszczędnie, uznając, że o rozłamie zdecydowały „ambicje” i „racje polityczne”, ale nie precyzuje, kto ponosi za to winę. Przyznaje tylko, że w terenie istnienie dwóch organizacji, czyli NSZ i AK, „nie zawsze wychodziło na dobre”. To bardzo umiarkowana ocena, autor wspomnień nie usprawiedliwia za wszelką cenę decyzji tych działaczy SN, którzy odrzucili scalenie. Tak czy inaczej bracia Kosobudzcy znaleźli się w oddziale NSZ na Podlasiu. Z organizacją tą Kosobudzki bardzo się związał, pomimo tego, że w roku 1944 ta część NSZ, która wywodziła się z NOW – zdecydowała się na scalenie z AK. Formalnie Piotr Kosobudzki był prawie rok, do stycznia 1945 roku, żołnierzem AK. Jest to ważne także dlatego, że odróżnia to tych żołnierzy NSZ, od tych, którzy z AK się nie scalili, którzy wkrótce utworzyli Brygadę Świętokrzyską. Były bowiem w czasie tej wojny dwa NSZ-ty, ten wywodzący się ze Związku Jaszczurczego i ten pochodzący z NOW. Czy miało to jakieś znaczenie? Miało, bo radykalizm tego pierwszego doprowadził do jego izolacji w ramach Polskiego Państwa Podziemnego, a w skrajnej postaci także do mordów bratobójczych, czy do kolaboracji z Niemcami w roku 1945.

Ważny we wspomnieniach Piotra Kosobudzkiego jest jego stosunek do kwestii sensu zbrojnego oporu po 1945 roku. Było oczywiste, że on i jego współtowarzysze nie byli zwolennikami nowych porządków, jego brat Stefan został prawdopodobnie zabity przez jednego z komendantów MO na Podlasiu. Mimo to, wbrew obecnie lansowanej narracji – przekonującej, że ludzie wychodzący z konspiracji nie mieli innego wyjścia i musieli walczyć i że była to chwalebna karta naszej historii, a racja była po ich stronie – czytając wspomnienia Piotra Kosobudzkiego takiej pewności co do słuszności tej opinii mieć nie będziemy.

„Ślepo wierzyliśmy jeszcze w przyjaźń i pomoc zachod­nich aliantów. Na wyraźną i całkowitą zdradę oraz silnego kopniaka w tyłek za wierną służbę i wykrwawianie się Wojska Polskiego na zachodnim froncie emigracyjny rząd i cały naród polski czekał jeszcze cierpliwie do konferen­cji w Poczdamie (2 sierpnia 1945 r.). Tymczasem mocno jeszcze wierzyliśmy w zwycięstwo i sprawiedliwe potraktowanie Polski” – pisze Kosobudzki. To początkowo dawało nadzieję na to, że konspiracja ma jednak sens. Ale szybko te nadzieje prysły. Po utworzeniu Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej i konferencji w Poczdamie – stało się jasne, że gra jest skończona. I Kosobudzki, przecież nie polityk, człowiek z ludu, bez wyższego wykształcenia – dochodzi do wniosku, że walka zbrojna jest szaleństwem. Swojemu dowódcy „Świtowi” mówi wprost:  „Jesteśmy osamotnieni, prowadzimy walkę bez poparcia i bez żadnej pomocy. Teraz po konferencji poczdamskiej, po uznaniu przez aliantów rządu lubelskiego i rozwiązaniu polskiego na emigracji, kim my właściwie jesteśmy i na kogo możemy liczyć. Prowokujemy wroga i gubimy najlepszych synów narodu, czyż nie tak?”.

Przyznam się szczerze, że ten fragment wspomnień ujął mnie najbardziej. Nie ma tu tromtadracji, martyrologicznego heroizmu, kultu nieprzejednania wbrew wszystkiemu, uznawanego obecnie za obowiązujący model patriotyzmu. Z czego wynikał realizm prostego żołnierza NSZ? Z tzw. chłopskiego rozumu, czy może z prawidłowego odczytania pryncypiów ideowych obozu narodowego, który zawsze był przeciwny straceńczym powstaniom i nie uwzględnianiu realiów. Myślę, że obie te motywacje mogły mieć tu miejsce. Tym bardziej, że czytając fragmenty wspomnień poświęcone walce partyzanckiej w czasie okupacji niemieckiej, co jakiś czas przejawia się u autora motyw oszczędzania krwi żołnierzy, unikania niepotrzebnych i ryzykownych akcji, pisze nawet wprost, że była to taktyka „stania z bronią u nogi”, by nie prowokować odwetu okupanta.

Kosobudzki nie uniknął jednak represji, dał się bowiem namówić na udział  w konspiracji NSZ na terenie województwa łódzkiego i to w dodatku w strukturze Pogotowia Akcji Specjalnej (PAS), co było śmiertelnie niebezpieczne, bo narażało na najwyższy wymiar kary w przypadku wpadki i aresztowania. Co nim powodowało, że zgodził się – mimo wątpliwości – na działalność w PAS? Presja współtowarzyszy broni, w tym mjr. Jana Morawca „Remisza”? A może obawa przed odmową? W każdym razie pisze, że to była z jego strony nieostrożność. Na szczęście – i to jest paradoks – szybko wpadł i nie zdążył wypełnić zadań, do których był przeznaczony. Miał bowiem wykonywać wyroki na ludziach aparatu władzy, których PAS uznałoby za zdrajców. Gdyby do tego doszło, jego los mógł być inny a wyrok jaki zapadł w 1946 roku nie skazywałby go na 2 lata więzienia, ale na śmierć. Sam pisze o tym wprost – gdyby przyjął do końca propozycję Morawca, to zapracowałby „na krawat”, czyli na karę śmierci. Miał rację, bowiem Morawiec tak właśnie skończył – został skazany na śmierć w 1948 roku. Obaj byli równolatkami – Morawiec miał w 1946 roku 31 lat, a Kosobudzki 30.

Kosobudzki znalazł się we Wronkach. 7 marca 1947 roku, konwojowany przez funkcjonariuszy UB, uciekł pod Krośniewicami z pociągu jadącego do Łodzi, wybijając okno, mimo skutych rąk. Ten dramatyczny epizod to materiał na niezły film sensacyjny. Fakt tej brawurowej ucieczki, jakby ktoś podejrzewał, że autor konfabuluje, znalazł potwierdzenie w materiałach archiwalnych (raporty funkcjonariuszy, którzy go konwojowali). Opublikował je dr hab. Andrzej Szymański z Uniwersytetu Opolskiego w artykule Działania łódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa wobec Piotra Kosobudzkiego, żołnierza Narodowych Sił Zbrojnych i Pogotowia Akcji Specjalnej  w periodyku „Studia z Dziejów Państwa i Prawa Polskiego” (nr XXII/2019).

Kosobudzki ukrywał się po ucieczce z pociągu do roku 1950, po czym został ponowie aresztowany, ale władze obeszły się z nim stosunkowo łagodnie. Wspomnienia Kosobudzkiego kończą się krótkim opisem jego aktywności już w Polsce Ludowej. Dla wielu będzie pewnie wielką niespodzianką opublikowane przez niego emocjonalne i pełne pasji przemówienie, jakie wygłosił na wiecu w remizie strażackiej w Dobrej w dniu 4 grudnia 1956 roku. Jest to pean na cześć Władysława Gomułki zakończony okrzykiem: „Nowa, wolna i odrodzona Polska – niech żyje! Przywódca Narodu Władysław Gomułka – niech żyje!”. Scena nieco surrealistyczna. Oto były partyzant NSZ, skazany w 1946 za „próbę usunięcie przemocą ustanowionych organów zwierzchnich Narodu Polskiego i zagarnięcia ich władzy, oraz zmiany ustroju Państwa Polskiego” – mówi o wolnej i odrodzonej Polsce. Takie były jednak wtedy nastroje i nadzieje wielu ludzi.

Piotr Kosobudzki (z prawej) z bratem Stefanem i „Czarną Janką”

W 1971 roku Kosobudzki wstępuje do Związku Bojowników o Wolność i Demokrację (ZBOWiD). Czy to szokujące? Nie, po 1956 roku ok. 60 tys. byłych żołnierzy AK, BCh, Sił Zbrojnych na Zachodzie wstąpiło do tej organizacji. Formalnie b. żołnierze NSZ wstępować nie mogli, ale już w 1957 roku Mieczysław Moczar, na pytanie zadane mu podczas obrad Zarządu Głównego ZBOWiD-u, mówił, że trzeba zachowywać się elastycznie, bo było w tej organizacji (czyli w NSZ) „wielu uczciwych ludzi”, a niektóre oddziały zostały podporządkowane AK. Praktyka była taka – żołnierze NSZ podawali się za akowców i byli do ZBOWiD-u przyjmowani. W przypadku Kosobudzkiego takiego „kamuflażu” nie trzeba było robić, bo był on w AK w latach 1944-1945. Pytanie brzmi tylko, dlaczego wcześniej nie zdecydował się na akces do ZBOWiD-u, lecz dopiero w 1971 roku? Myślę, że przyczyną mogła być awersja do Mieczysław Moczara, która przebija się wielokrotnie na kartach wspomnień. Kosobudzki odmawia Moczarowi miana Polaka, uznaje za kata i oprawcę. Powód jest jeden – Moczar był do 1948 roku szefem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Łodzi, a więc autor miał do czynienia z jego podwładnymi. Te doświadczenia sprawiały, że nawet po 1956, kiedy Moczar odniósł sukces pozyskując sporą część b. żołnierzy konspiracji, w tym takich ważnych, jak płk. Jana Mazurkiewicza „Radosława”, czy nawet znanego ze swojego antykomunizmu płk. Władysława Liniarskiego „Mścisława” – Kosobudzki do ZBOWiD-u nie przystąpił. Przystąpił dopiero wtedy, kiedy kariera Moczara, po upadku Władysława Gomułki, się załamała. Mimo wszystko to zastanawiające, bowiem Moczar mógł być w tym czasie, czyli po 1956 roku, bliski Kosobudzkiemu choćby dlatego, że podobnie jak on za największe zło w powojennej Polsce uważał działalność „towarzyszy pochodzenia żydowskiego”.

Niechęć do Moczara mogła wynikać jeszcze z czegoś innego. Autor pisze, że w roku 1950, kiedy został po raz drugi aresztowany, w Łodzi przesłuchiwał go sam Moczar. Był zachwycony brawurową ucieczką z pociągu i proponował mu ni mniej ni więcej, tylko wstąpienie do UB. Problem w tym, że w 1950 roku Moczar nie był już szefem WUBP w Łodzi, w tym czasie kończył swoją pracę jako wojewoda olsztyński i przenosił się do Białegostoku. Tak więc Kosobudzki nie mógł rozmawiać z Moczarem w roku 1950. Czy mógł mieć z nim kontakt np. w 1946 roku, podczas dochodzenia? Być może wtedy, ale nie w 1950 roku. W tym miejscu pamięć zawiodła Kosobudzkiego, albo pomylił daty. Próby skłonienia naszego bohatera do współpracy z UB nie wyklucza wspomniany już dr Andrzej Szymański, ale wyklucza, by do niej doszło.

W latach 70. i 80. Piotr Kosobudzki przyjął od władz PRL kilka odznaczeń, może niewiele znaczących, ale jednak. W 1973 roku Odznakę Grunwaldzką, a w 1983  Medal „Za udział w Wojnie Obronnej 1939 roku” przyznany przez Radę Państwa PRL. Spotykał się przez wiele lat z kolegami z NSZ, gromadził dokumenty i relacje. Po 1989 roku związał się z reaktywowanym Stronnictwem Narodowym (tzw. senioralnym), wstąpił także do Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych (w 1991).

Publikowane po raz drugi wspomnienia Piotra Kosobudzkiego są oparte na maszynopisie z roku 1979. Autor pisał je sam. Na początku lat 90. dopisał do nich kilka fragmentów. Zachowujemy pisownię oryginału, nie opatrujemy tekstu w przypisy, mimo że może on zawierać pewne nieścisłości w nazwiskach, pseudonimach, nazwach, czy datach. Praca taka wymagałaby czasu i byłaby przydatna dla wąskiej grupy historyków. Tymczasem w naszym przekonaniu wartość tych wspomnień polega na barwnym, pozbawianym patosu pokazaniu losu działacza obozu narodowego, który musiał dokonywać dramatycznych wyborów w rzeczywistości, której się nie spodziewał i której początkowo nie akceptował. Wspomnienia Piotra Kosobudzkiego przeczą czarno-białej wizji historii prezentowanej obecnie przez większość historyków, którzy z premedytacją nie piszą o losach takich ludzi jak nasz bohater w okresie, kiedy nie byli już prześladowani, czyli po 1956 roku. Bohater narodowy w okresie PRL może być albo martwy albo wegetujący na marginesie. Życie Piotra Kosobudzkiego jest zaprzeczeniem tej wizji historii.

Na koniec składamy serdecznie podziękowania kol. Wiesławowi Kosobudzkiemu, który wyraził zgodę na publikację wspomnień swojego Ojca w naszym wydawnictwie oraz udostępnił bezcenny materiał ikonograficzny, który zamieszczamy w osobnej wkładce zdjęciowej. W stosunku do pierwszego wydania postanowiliśmy nieco zmodyfikować tytuł książki na: „Wspomnienia partyzanta NSZ. Przez druty, kraty i kajdany”.

Jan Engelgard

Piotr Kosobudzki, „Wspomnienia partyzanta NSZ. Przez druty, kraty i kajdany”, Dom Wydawniczy Myśl Polska, Warszawa 2024, ss. 358 plus 16 str. ilustracji. Cena promocyjna 50 złotych (koszty wysyłki wliczone)

 

Zamówienia: myslpolska.info/Sklep lub mailem: n.myslpolska@hoga.pl

 

Redakcja