OpiniePolskaŚwiatKoniuszewski: Dzikie pola

Redakcja46 minut temu
Wspomoz Fundacje

Jak należy rozumieć najgłębszą istotę oraz sedno konfliktu rosyjsko – ukraińskiego? Wróćmy kolejny raz do tej sprawy, bogatsi o kilka lat nowych obserwacji.

Decydujące znaczenie ma tu ocena intencji leżących po rosyjskiej stronie, gdyż to ona decyduje o wojnie i pokoju, o wszystkich istotnych okolicznościach odnoszących się do tej sprawy.  Spójrzmy na te zagadnienia w następujący sposób. Ukraina po rozwiązaniu Związku Radzieckiego wyłoniła się na kluczowych zachodnich rubieżach Rosji, jako duży i ludny kraj, o ważnym geopolitycznym położeniu oraz potencjalnie bardzo dużych możliwościach. W tym i gospodarczych oraz tych o znaczeniu, na tak zwanej międzynarodowej arenie.

Co to od samego początku oznaczało dla strategów Kremla? A choćby to, że Kijów w przyszłości, w sytuacji, gdy Moskwa z jakiś przyczyn znajdzie się w trudnym położeniu, Ukraina walcząc o swoją pozycję może zadać Rosji przysłowiowy cios nożem w plecy. I co więcej: uczyni to każda kijowska ekipa, nawet ta, która dotąd była spolegliwa.  Wiemy bowiem, że okazja czyni złodzieja. Co w takiej sytuacji Rosja myślała i co realnie mogła zrobić? Oczywiście, przede wszystkim zanim nadszedł czas i sposobność na zdecydowane kroki, podtrzymywać w Kijowie znaczenie tych sił, które są wobec niej jakoś przychylnie usposobione. Traktatami poprawiać swoją sytuację, np. stacjonowanie armii na Krymie, dzierżawa wojskowych baz, itp. Ale to tylko półśrodki i tak zwana gra na czas. I owszem. Jednak podstawowym i zasadniczym celem rosyjskich władz musiało myć doprowadzenie Kijowa do jego trwałej geopolitycznej redukcji przez terytorialne straty, zdławienie wewnętrznych jego rozwojowych sił, polityczną izolację. Powiem nawet o wiele więcej: dla wschodniego imperium taki program to była wprost dziejowa konieczność. I nic więcej! Dziś już widać, jak na dłoni, że właśnie tak przez cały czas myślano w Moskwie.

Co to zatem oznaczało? Wszystko bowiem wymagało czasu i sposobności. Można było jak zawsze liczyć na banderowców, tak bardzo zakochanych w swojej ojczyźnie, że dla jej szczęścia gotowi byli sięgnąć nawet po widły i zhańbić swój naród. Do tego jakieś radykalne żydowskie mesjanistyczne sekty i wybuchowa mieszanka była już gotowa. I tak to działa aż do dzisiaj. Wydaje się, że projekt dekompozycji Ukrainy zostanie zrealizowany. Podział na części jest niezwykle realny. Każdy z graczy czymś się pożywi. Wschód będzie rosyjski. Chociaż WWP wykona ten krok nie ze względu na Rosję, ale właśnie z powodu Ukrainy. Kijowszczyzna zachowa państwową postać i wspomnienie wielkiej rusińskiej ojczyzny. Zachód, czyli banderland to wabik na Niemcy! I to dla nas, dla Polski najgorsza wiadomość. Ogólnie całą rzecz ujmując rozpad Ukrainy jest dla nas korzystny, ale niemiecki protektorat nad powiększoną o Wołyń, Polesie i Galicję Wschodnią, to nic dla Polski ciekawego. A my w tak trudnych czasach nie mamy sojusznika.

Antoni Koniuszewski

Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2026)

Redakcja