W Polsce coraz częściej dochodzi do sytuacji, w której ochrona przyrody staje się pretekstem do podejmowania decyzji niemających wiele wspólnego ani z rzeczywistymi potrzebami środowiska naturalnego, ani ze zdrowym rozsądkiem. W imię szczytnych haseł ogranicza się działalność gospodarczą, lekceważy opinie specjalistów, a koszty politycznych eksperymentów przerzuca na pracowników, przedsiębiorców i lokalne społeczności. Szczególnie jaskrawym przykładem takiej praktyki staje się polityka prowadzona przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska wobec polskich lasów.
3 listopada przedstawiciele trzech organizacji związkowych działających na terenie Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie wystosowali list otwarty, w którym alarmują o konsekwencjach ograniczania gospodarki leśnej. Dokument podpisali Jarosław Wojtanowski ze Związku Leśników Polskich w RP, Tomasz Uszkowski z NSZZ „Solidarność” oraz Stanisław Kulpa ze Związku Zawodowego „Budowlani”. Warto zapoznać się z ich stanowiskiem. Nie mamy bowiem do czynienia z kolejnym protestem środowiska zawodowego, które broni swoich partykularnych interesów. To poważne ostrzeżenie ze strony ludzi, którzy od lat zajmują się polskimi lasami, znają ich specyfikę i rozumieją mechanizmy rządzące gospodarką leśną. Ostrzeżenie tym bardziej niepokojące, że oparte na wynikach ekspertyzy naukowej przygotowanej na zlecenie samego Ministerstwa Klimatu i Środowiska.
Ochrona przyrody nie polega na tym, że urzędnik w Warszawie zakreśli na mapie odpowiednią powierzchnię i ogłosi sukces ekologiczny. Las nie jest bowiem nieruchomą dekoracją, którą wystarczy pozostawić samej sobie, aby przez następne stulecia zachwycała niezmiennym pięknem. Jest żywym, dynamicznym ekosystemem, podlegającym nieustannym przemianom. Niektóre jego fragmenty wymagają ścisłej ochrony i ograniczenia ludzkiej ingerencji, inne zaś aktywnego gospodarowania, przebudowy drzewostanów czy przeciwdziałania określonym zagrożeniom. Rozróżnienie tych sytuacji wymaga wiedzy, doświadczenia i odpowiedzialności, a nie politycznych deklaracji.
Tymczasem obecne kierownictwo resortu klimatu zdaje się przywiązywać szczególną wagę do realizacji ilościowych zobowiązań dotyczących powierzchni lasów wyłączanych z pozyskiwania drewna. Politycznie brzmi to znakomicie. Można przecież pochwalić się kolejnymi tysiącami hektarów objętych ochroną, ogłosić sukces w mediach społecznościowych i przedstawić się jako obrońca polskiej przyrody. Znacznie trudniej odpowiedzieć na pytanie, jakie będą rzeczywiste konsekwencje takich decyzji za pięć, dziesięć czy dwadzieścia lat.
A konsekwencje mogą być poważne. Wystarczy przyjrzeć się danym przywołanym przez autorów listu. Powołują się oni na ekspertyzę Uniwersytetu Rolniczego im. Hugona Kołłątaja w Krakowie, przygotowaną pod kierownictwem prof. Jarosława Sochy. Według przedstawionych przez związkowców szacunków analizowane ograniczenia mogą doprowadzić do zmniejszenia podaży drewna o około 3,8 miliona metrów sześciennych rocznie. Przychody Lasów Państwowych mogą spaść o około miliard złotych, a ich wynik finansowy pogorszyć się o 677 milionów złotych rocznie.
To oczywiście prognozy, nie zaś rachunek strat już poniesionych. Jednak nawet jeśli rzeczywistość okaże się mniej pesymistyczna, skala potencjalnych konsekwencji powinna skłonić odpowiedzialnych polityków do poważnego namysłu. Zwłaszcza że ekspertyza powstała na zamówienie instytucji odpowiedzialnej za prowadzenie kwestionowanej polityki. Trudno zatem zbyć ją jako propagandę przeciwników ochrony przyrody.
Nie chodzi przy tym wyłącznie o kondycję finansową Lasów Państwowych. Polski przemysł drzewny to rozbudowany system powiązań gospodarczych, obejmujący tartaki, przedsiębiorstwa meblarskie, zakłady przetwórcze, firmy transportowe i tysiące drobnych usługodawców. Każde istotne ograniczenie dostępu do surowca oddziałuje na cały ten organizm. Związkowcy szacują, że same zakłady usług leśnych mogą utracić przychody w wysokości 335 milionów złotych rocznie. Za tą liczbą kryją się konkretne przedsiębiorstwa, miejsca pracy i rodziny.
Szczególnie boleśnie skutki takich decyzji mogą odczuć regiony o znacznym udziale gospodarki leśnej, w tym Podkarpacie. Dla mieszkańców wielu miejscowości praca w lesie, tartaku czy przedsiębiorstwie wykonującym usługi leśne nie jest jednym z licznych wariantów zatrudnienia. Bywa podstawowym źródłem utrzymania. Likwidacja miejsc pracy w takich warunkach oznacza nie tylko problemy pojedynczych rodzin, ale także osłabienie lokalnej gospodarki, spadek wpływów podatkowych i pogłębianie społecznej marginalizacji obszarów peryferyjnych.
Warto więc zapytać, w imię czego mamy ponosić te koszty. Czy rzeczywiście każda powierzchnia wyłączona z gospodarowania oznacza automatycznie większą wartość przyrodniczą? Czy pozostawienie drzewostanu dotkniętego suszą, chorobami lub gradacją owadów zawsze będzie rozwiązaniem korzystniejszym od odpowiednio zaplanowanych zabiegów leśnych? Odpowiedzi na takie pytania nie mogą być jednakowe dla wszystkich lasów. Powinny wynikać z warunków konkretnego siedliska i rzetelnej oceny przyrodniczej.
Autorzy listu zwracają szczególną uwagę na problem zamierania drzewostanów, w tym jodłowych, oraz zagrożenia wynikające ze zmian klimatycznych. W ich ocenie brak możliwości odpowiednio szybkiej reakcji może przyczynić się do degradacji niektórych kompleksów leśnych. Wskazują również na paradoks polegający na tym, że administracja oczekuje od Lasów Państwowych ochrony lasów, a jednocześnie ogranicza możliwość stosowania części narzędzi gospodarki leśnej.
Nie oznacza to oczywiście, że każdy zamierający drzewostan należy wycinać. Martwe drewno stanowi istotny element ekosystemów leśnych, a naturalne procesy odnowy są niezbędne dla zachowania różnorodności biologicznej. Jednak czym innym jest świadoma decyzja o pozostawieniu określonego obszaru naturalnym procesom, a czym innym mechaniczne przenoszenie jednej metody postępowania na lasy o zupełnie odmiennych uwarunkowaniach. To właśnie elastyczności i zróżnicowanego podejścia domagają się związkowcy.
Polska gospodarka leśna, budowana przez kolejne pokolenia leśników, stanowi znaczący dorobek naszego państwa. Jej rozwój wiąże się z postacią Adama Loreta, jednego z twórców nowoczesnej organizacji Lasów Państwowych. Podstawowym założeniem tego modelu było pogodzenie trwałości zasobów leśnych z ich gospodarczym wykorzystaniem. Las miał służyć zarówno przyrodzie, jak i społeczeństwu. Nie widziano w tym zasadniczej sprzeczności. Przeciwnie, racjonalna gospodarka miała zapewniać zachowanie lasów dla przyszłych pokoleń.
Dziś coraz częściej próbuje się przedstawić korzystanie z zasobów leśnych jako działalność z natury podejrzaną. Leśnik wykonujący swoją pracę bywa traktowany niemal jak przeciwnik przyrody, a pozyskiwanie drewna utożsamiane jest z jej niszczeniem. To niebezpieczne uproszczenie. Drewno jest przecież surowcem odnawialnym, potrzebnym gospodarce i wykorzystywanym w licznych dziedzinach życia. Odpowiedzialne korzystanie z niego nie musi oznaczać degradacji środowiska, podobnie jak całkowity zakaz jego pozyskiwania nie stanowi sam w sobie gwarancji skutecznej ochrony przyrody.
Niepokój budzi również sposób podejmowania decyzji. Związkowcy zarzucają ministerstwu posługiwanie się poleceniami i wytycznymi, których skutki wykraczają daleko poza wewnętrzną organizację administracji leśnej. To poważna kwestia ustrojowa. Jeżeli określone rozstrzygnięcia wpływają na funkcjonowanie przedsiębiorstw, sytuację pracowników i dochody samorządów, ich podstawy prawne oraz ekonomiczne konsekwencje powinny być przejrzyste i poddane odpowiedniej kontroli. Państwo prawa nie może funkcjonować na zasadzie politycznej dowolności, nawet gdy uzasadnieniem tej dowolności są najbardziej szlachetne intencje.
W tej sprawie dostrzegam jeszcze jeden, szerszy problem. Coraz częściej polska polityka publiczna przypomina nieustanne poszukiwanie efektownych celów, którym następnie podporządkowuje się rzeczywistość. Najpierw przyjmuje się określony wskaźnik, później organizuje administrację do jego realizacji, a na końcu próbuje przekonać społeczeństwo, że wykonanie politycznej obietnicy jest równoznaczne z osiągnięciem rzeczywistego sukcesu. Tymczasem racjonalne zarządzanie państwem powinno przebiegać dokładnie odwrotnie. Najpierw należy rozpoznać problemy, następnie dobrać odpowiednie narzędzia i dopiero wówczas formułować mierzalne cele.
Nie jestem przeciwnikiem ochrony przyrody. Przeciwnie, uważam ją za jeden z ważnych obowiązków państwa. Ale właśnie dlatego sprzeciwiam się traktowaniu jej jako instrumentu politycznej autopromocji. Ochrona lasów powinna opierać się na nauce, doświadczeniu i rachunku długofalowych korzyści oraz kosztów. Powinna także uwzględniać interes wspólnot lokalnych, których codzienne życie jest nierozerwalnie związane z lasami.
Dlatego w pełni popieram zasadniczy postulat autorów krośnieńskiego listu: potrzebę powrotu do rzeczowego dialogu i ponownej analizy skutków podejmowanych decyzji. Ministerstwo powinno przedstawić opinii publicznej rzetelny bilans realizowanej polityki, odnieść się do wyników zamówionej przez siebie ekspertyzy oraz podjąć rzeczywiste konsultacje z leśnikami, naukowcami, przedsiębiorcami i samorządami. Tam, gdzie ochrona bierna jest uzasadniona, należy ją stosować. Tam, gdzie potrzebne są odpowiedzialne działania gospodarcze, trzeba stworzyć możliwość ich prowadzenia.
Polskie lasy nie są własnością żadnej partii politycznej, ministra ani organizacji ekologicznej. Stanowią dobro narodowe, za którego zachowanie odpowiadamy wszyscy. Nie wolno więc czynić z nich poligonu dla politycznych eksperymentów, których kosztów nikt wcześniej nie zechciał rzetelnie policzyć.
Las nie stanie się zdrowszy od kolejnego ministerialnego polecenia. A państwo nie stanie się lepiej zarządzane tylko dlatego, że jego urzędnicy nauczą się nazywać gospodarcze ograniczenia ekologicznymi sukcesami. Warto posłuchać ludzi, którzy o lasach wiedzą więcej niż autorzy kolejnych politycznych deklaracji. Zanim okaże się, że w imię ochrony polskich lasów zdołaliśmy zaszkodzić zarówno gospodarce leśnej, jak i samej przyrodzie.
K.M.



