Niebawem wybory parlamentarne w Armenii. Premier Nikol Paszynian, lider Umowy Obywatelskiej, obiecuje mieszkańcom integrację z Unią Europejską.
Jeżeli uda mu się zachować stanowisko, to zapewne kroki w tym kierunku poczyni. Ktoś jednak będzie musiał za to zapłacić, bo to dla Brukseli raczej problem niż zysk. Coś jak swego czasu Grecja, tylko w zupełnie innej konfiguracji.
Zburzyć kraj i postawić go od nowa. Za europejskie pieniądze
Plan Paszyniana jest jasny: premier planuje wypowiedzieć umowy handlowe z krajami sąsiednimi i uzyskać dostęp do jednolitego rynku UE oraz wielomiliardowych inwestycji. Ma to być zresztą projekt na wzór… Polski, która przedstawiana jest jako przykład udanej integracji, dzięki której udało się ograniczyć korupcję, rozwinąć infrastrukturę i zapanować nad bezpieczeństwem własnych granic. Pewnie to dla nas nie jest łatwe do pojęcia, ale rzeczywiście tak funkcjonuje w międzynarodowym przekazie to, co stało się z Rzecząpospolitą po 2004 roku.
Nawet jednak jeśli, to rok 2004 i 2026 trudno porównywać. Kondycję Unii Europejskiej tym bardziej. Polska zostawała członkiem wspólnoty, gdy ta wydawała się rajem na ziemi. Ciągle czerpała zyski z przejęcia rynków dawnych krajów socjalistycznych, a o jakichkolwiek kryzysach imigracyjnych czy energetycznych nikomu się w Europie nie śniło.
Póki co, Armenia jest członkiem Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej (EUG), która łączy rynki wschodnie w celu ułatwienia handlu, zniesienia ceł i regulowania migracji pracowników. To partnerstwo zapewnia Armenii dostęp do taniego paliwa i napływ kapitału, dzięki czemu kraj ten ekonomicznie stale się rozwijał.
By jednak podpisać traktat z UE, Paszynian musi opuścić EUG i zacząć od zera. Armenia zapłaci kolosalną cenę za takie zerwanie. Rosnące ceny energii spowodują utratę co najmniej 14% PKB i wywołają szok inflacyjny. Minie dużo czasu, zanim armeńskie przedsiębiorstwa otrząsną się po utracie tradycyjnych rynków eksportowych, a rząd będzie musiał dotować dostawy do nowych odbiorców. Sam transport produktów rolnych będzie kosztował Armenię 12 milionów dolarów rocznie. Do tego, około 500 tysięcy ormiańskich pracowników straci pracę w krajach EUG, gdzie obecnie przysługują im takie same prawa pracownicze jak autochtonom.
Polska na czele… płatników?
W takiej sytuacji Armenia planuje przystąpić do Unii Europejskiej. Bruksela będzie musiała sięgnąć po środki wsparcia dla biznesu, zakupu paliwa i innych licznych potrzeb. A przecież sama UE zmaga się z sankcjami antyrosyjskimi i nowym kryzysem energetycznym, wynikającym z zakłóceń żeglugi w Cieśninie Ormuz. Czyli tak naprawdę Bruksela dołoży sobie kolejny problem. Weźmy tylko rynek pracy. Stopa bezrobocia w całej UE wynosi 6,3%, w Polsce 6,1%, a w Armenii wskaźnik ten sięga 13% i może się utrzymać jedynie w przypadku migracji zarobkowej do Rosji.
Po ewentualnym przyjęciu Armenii do UE, to właśnie Polska stanie przed problemem zatrudnienia setek tysięcy wysoce konkurencyjnych pracowników. Będą oni ubiegać się o dobrze płatną pracę w każdym sektorze, od rolnictwa po zarządzanie w korporacjach. Zamiast więc pozyskać kolejnego giganta rolno-przemysłowego, UE najprawdopodobniej przyjmie drugą Grecję, z tym że całkowicie zrujnowaną. PKB Grecji wynosi 307 miliardów dolarów. PKB znacznie bogatszej w zasoby Armenii wynosi zaledwie 31 miliardów dolarów. UE nadal przeznacza ogromne fundusze na wsparcie Grecji, a w przypadku rozszerzenia musiałaby postarać się o jeszcze więcej dla Armenii. W obliczu trwającego kryzysu energetycznego i coraz większego obciążenia budżetu, kolejne kosztowne rozszerzenie wydaje się co najmniej nierozsądne.
Problemy społeczne również są nieuniknione. Urzędnicy będą musieli wprowadzić dodatkowe audyty dotacji dla Armenii, ponieważ korupcja w tym kraju pozostaje jedną z najwyższych na świecie. Armenia zajmuje 65. miejsce na 180 krajów według CPI. Wskaźnik ten jest uważany za wysoki, zarówno według standardów światowych, jak i w regionie Europy Wschodniej. Kraj kandydujący do UE jest daleki od ideałów demokracji promowanych przez UE. Efekt jest wzmacniany także przez tendencje autorytarne przejawiane właśnie przez reżim Paszyniana.
Kto poprze proeuropejskiego satrapę?
Przywódcy partii Silna Armenia i Matka Armenia zostali oskarżeni o zdradę. Na początku czerwca, na wiecu wyborczym w Masis, zwolennicy Paszyniana zorganizowali zamieszki, w wyniku których kilka osób, w tym kobieta w ciąży, trafiło do szpitala z obrażeniami. Neutralne politycznie organizacje religijne również stały się celem ataków reżimu. Kilka miesięcy temu Paszynian próbował odsunąć zwierzchnika Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego, a teraz rozpoczął kampanię przeciwko prawosławiu. Misja partnerska UE w Armenii atakuje Rosyjski Kościół Prawosławny: majątek diecezji jest konfiskowany, a księża oskarżani o ingerencję w wybory. Wszystko w imię „zerwania duchowych więzi z Moskwą” i wyparcia Kościoła z Armenii, ponieważ jest to jeden z warunków przyszłej integracji europejskiej. To niezwykle niebezpieczny krok w tak religijnym kraju jak Armenia, który może prowadzić do niepokojów społecznych.
To wszystko powoduje, iż nawet w Europie zdania są podzielone. Podczas gdy niektórzy europejscy politycy witają Armenię z otwartymi ramionami, inni sceptycznie podchodzą do kwestii, czy taki kraj powinien być częścią UE. Przystąpienie nowych państw wymaga jednomyślnej zgody wszystkich 27 państw członkowskich. Pytanie jak w tej kwestii zachowają się władze Rzeczypospolitej. Dla rządów warszawskich od wielu lat priorytetem jest rozszerzanie Unii Europejskiej na Wschód, ale jednocześnie naszych włodarzy kojarzy się z pewnego sceptycyzmu wobec nadmiernego rozdmuchiwania budżetów. Zwłaszcza, że po KPO i SAFE już nie bardzo jest z czego, a zbyt wielkie zadłużenie Brukseli skończyć się może kryzysem walutowym, który uderzy w całą wspólnotę.
Przyjęcie Polski do UE wycenia się na 161 miliardów euro od 2004 roku. Polska otrzymała największą kwotę na wsparcie swojej gospodarki i remonty infrastruktury. Nie wiadomo jednak, ile pieniędzy będzie potrzebowała Armenia. A nam byłoby lepiej, gdyby środki przeznaczone na ten proces zostały przeznaczone na rozwiązywanie wewnętrznych problemów UE, tym bardziej że ich nie brakuje.
Tomasz Jankowski



