PolitykaPiskorski: Kallas przestraszyła się pytań o bezpieczeństwo Europy

Redakcja2 godziny temu
Wspomoz Fundacje

Parlament Europejski jest od tego, by kontrolować poczynania Komisji Europejskiej – to stwierdzenie wydaje się banalne. Posłowie do PE zadają pytania przedstawicielom KE w imieniu swoich wyborców, czyli obywateli krajów członkowskich Unii Europejskiej. 

Praktyka, która wydaje się oczywista, bynajmniej oczywista jednak nie jest. Świadczy o tym zachowanie wysokiej przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa, wiceprzewodniczącej Komisji Europejskiej Kai Kallas na ostatnim posiedzeniu parlamentu i jego komisji w Brukseli. 

In camera, czyli bez niewygodnych świadków

W każdym parlamencie mamy praktykę posiedzeń niejawnych, choć co do zasady dąży się do ograniczania zastosowania tego trybu do sytuacji naprawdę nadzwyczajnych i przypadków uzasadnionych. Jak pokazuje praktyka Parlamentu Europejskiego, posiedzenia takie często odbywają komisje i grupy zajmujące się ochroną praw człowieka. Chodzi po prostu o to, by mogli przed nimi wystąpić ludzie represjonowani w poszczególnych krajach, bądź świadkowie owych represji. Próba ich ochrony poprzez częściową nawet anonimizację jest jak najbardziej uzasadniona. W tym celu przewidziano tryb zwany w PE in camera. 

Kallas pod ochroną

Wydawałoby się, że wiceszefowa Komisji Europejskiej do grona takich bezbronnych ofiar represji nie należy. Ba, z racji sprawowanego urzędu powinna wręcz z otwartą przyłbicą odpowiedzieć na pytania parlamentarzystów zadawane przez nich w naszym imieniu. Po to odbywają się jej rzadkie bardzo spotkania z Komisją Spraw Zagranicznych. Posłowie mogą na nich zadawać pytania niezbyt wygodne, co faktycznie sprawić może pewien kłopot mającej dość poważne deficyty intelektualne i polityczne komisarz (o problematyczności wyboru jej na sprawowane przez nią stanowisko piszą media głównego nurtu). Zapewne dlatego Kallas postanowiła (a może podpowiedziano jej to w Komisji Europejskiej), że spotkanie z europarlamentarzystami odbędzie właśnie w trybie in camera. Czyli tak, żeby nikt z obywateli krajów członkowskich nie mógł na własne oczy i uszy przekonać się o poziomie niekompetencji pochodzącej z Estonii polityk. 

Energetyka i bezpieczeństwo w różnych wymiarach

A pytań do Kallas było sporo. Choćby w sprawie polityki sankcyjnej, która niebawem postawi nas w sytuacji poważnego kryzysu energetycznego. Zapasy gazu w europejskich magazynach spadły do rekordowo niskiego poziomu 35% ich stanu. Kresu konfliktu w Zatoce Perskiej i końca blokady Cieśniny Ormuz na horyzoncie nie widać. A to oznacza, że już za kilka miesięcy Europa stanie przed widmem potężnych braków zapasów surowców energetycznych, których nie uzupełnią dostawy zza oceanu, zresztą zdecydowanie zbyt drogie. Jedyną drogą wydaje się w tej sytuacji odblokowanie importu tego kluczowego surowca z Rosji, o czym Kallas i KE nie chcą słyszeć, forsując wprowadzanie kolejnych, jeszcze dalej idących pakietów sankcji. 

Unia Europejska jako strona konfliktu

Pytania do Kallas o bezpieczeństwo zadał prezes Konfederacji Korony Polskiej i jednocześnie europoseł Grzegorz Braun. W związku z zamkniętym charakterem posiedzenia nie był w stanie podzielić się z nami wszystkimi szczegółami. Zrelacjonował jednak, że szefowa unijnej dyplomacji powtarzała jak mantrę tezę o tym, że UE nie jest neutralna w konflikcie zbrojnym toczącym się na Ukrainie. Polski europarlamentarzysta zadał jej pytanie o jej wypowiedzi podczas ostatniego spotkania unijnych szefów MSZ na Cyprze. Stwierdziła ona wówczas, że Komisja Europejska ani myśli o rozpoczęciu poważnych negocjacji z Rosją. Unia nie może być w jej przekonaniu mediatorem między Moskwą a Kijowem, bo jest stroną konfliktu. O bezpieczeństwie, zarówno tym rozumianym tradycyjnie, jak i energetycznym, gospodarczym, Kallas nawet się nie zająknęła. Mimo, że – jak podkreślił Braun – obawy dotyczą w pierwszym rzędzie krajów Europy Środkowej i Wschodniej, a zatem również Estonii, której obecna komisarz była swego czasu premierem. 

Banderyzm pod ochroną – w Brukseli i w Warszawie

Grzegorz Braun zadał również wprost krótkie pytanie o kwitnący neobanderyzm na Ukrainie. Wspomniał, że być może odpowiedź w tej sprawie byłaby dla Estonki pewnym dyskomfortem, bowiem w jej ojczystym kraju odbywają się także marsze na cześć hołubionych przez władze weteranów Waffen-SS. Nie mylił się: odpowiedź ze strony Kallas nie padła, za to znów usłyszeć można było jej mantrę o tym, że „wspieramy Ukrainę”. 

W kontekście ostatnich wydarzeń w Kijowie i relacji polsko-ukraińskich warto też odnotować fakt, że w dalszym ciągu aparat państwa zaprogramowany jest u nas na represje i zastraszanie tych, którzy ośmielają się konsekwentnie przeciwstawiać się ukrainizacji Polski. Grzegorz Braun poinformował nas właśnie, że organy ścigania uparcie uprzykrzają życie jego najbliższej rodzinie. Chcą m. in. przesłuchać jego małżonkę na okoliczność… zakupu przez nią biletu dla męża na krakowski Kopiec Kościuszki. Jakie może mieć to znaczenie dla „zbadania” okoliczności publicznej akcji zdjęcia flagi obcego państwa z kopca przez lidera Konfederacji Korony Polskiej w dawnej stolicy Polski – doprawdy nie wiadomo. 

Chodzi zapewne o to, żeby nękać. W przeciwieństwie do Kai Kallas, żonie Grzegorza Brauna, podobnie jak bliskim wszystkich tych, którzy idą pod prąd oficjalnej narracji, można, a nawet najwyraźniej – według wciąż obowiązujących dyrektyw politycznych – trzeba uprzykrzać życie na wszelkie sposoby. 

Mateusz Piskorski

Redakcja