FelietonyGospodarkaPęknięcie w polskim atomie

Redakcja1 miesiąc temu
Wspomoz Fundacje

Długo czekaliśmy na decyzję, siedem lat wlokły się prace, leniwie to szło, ale jak już w końcu się doczekaliśmy, to nie jednej elektrowni jądrowej, ale dwóch na raz.

Moment przyznania Amerykanom prawa do postawienia w Polsce reaktorów jądrowych ujawnił głębokie pęknięcie w polskim rządzie. Przyczyną wydają się być koszty, które przyjdzie nam zapłacić za to trzecie już podejście do polskiego atomu. Oficjalne ogłoszenie, kto będzie budował polski atom, było ciężkim niewypałem. Ofertę amerykańską zatwierdzono politycznie 2 listopada 2022 r. Oficjalnie. Bo już wcześniej Premier Morawiecki ogłosił na Twitterze, że technologia jest bezpieczna i sprawdzona, a gwarancją sukcesu jest siła sojuszu z Ameryką.

Ucieszyła się amerykańska sekretarz ds. energii, Jennifer Granholm, ogłaszając że to „WIELKI krok we wzmocnieniu związków z Polską w budowie bezpieczeństwa energetycznego na pokolenia”. A poza tym pragmatycznie stwierdziła, że polski atom stworzy sto tysięcy miejsc pracy w Ameryce. Sukces! Amerykański oczywiście. Polsce też spadł okruszek ze stołu radości, minister dodała: „to jasny sygnał dla Rosji, nie pozwolimy jej traktować energii jako broni”. Ta satysfakcja powinna nam wystarczyć.

Skąd taki dubeltowy początek? Premier Morawiecki musiał szybko reagować i ogłosił, że wybraliśmy dla Polski amerykańską technologię, zanim ujawnią się głębokie podziały w rządzie. Bowiem jego wicepremier miał zupełnie inne plany. Jacek Sasin w niedzielę 23 października negocjował jeszcze w Departamencie Energetyki USA warunki inwestycji, a że nie był chyba z nich zadowolony, za tydzień w poniedziałek, z delegacją państwowych i prywatnych gigantów energetycznych (Waldemar Dąbrowski PGE, Zygmunt Solorz ZE PAK) podpisuje list intencyjny o współpracy z koreańskim nuklearnym potentacie KHNP.

Trudno o głośniejsze votum separatum. Coś w Waszyngtonie poszło nie tak, że wicepremier wybrał się do Seulu, a zanim to się stało premier musiał uspakajać sojusznika, zapowiadając decyzję jeszcze przed oficjalnym jej ogłoszeniem. Bo przecież według rządowego programu, powinna być wybrana tylko jedna technologia. Amerykańska oczywiście.

Skąd się wzięło to „nuklearne pęknięcie” w elitach ówczesnego rządu? Dlaczego premier i wicepremier poparli dwa różne projekty? Moim zdaniem frondę w szeregach rządu wywołały warunki oferty USA, tak usilnie przepychanej przez pełnomocnika Piotra Naimskiego. Ten największy lobbysta amerykańskiej energii przez wiele lat poprzedniego rządu przyginał wszystkich opornych do ziemi, byle tylko oddać nas w nuklearną zależność od Wielkiego Sojusznika. W końcu w lipcu 2022 r. wyrzucono go z tej funkcji w upokarzający sposób, na co publicznie też się zresztą skarżył. I pomimo składanych ofert, że chętnie by wrócił, nie pozwolono mu tej sprawy prowadzić. Amerykanie utracili na swojego człowieka na kluczowej pozycji.

Jeśli bowiem popatrzeć na koszty budowy bloków atomowych, to spośród państw-eksporterów technologii nuklearnych Stany Zjednoczone są zdecydowanie najdroższym dostawcą. Koszt megawata mocy oddanej tam w tym wieku wyniósł 13 milionów dolarów – to ponad dwukrotnie więcej niż zapowiadane przez premiera 6,2 mln dolarów.

Ale jeśli porównać te koszty z konkurentami, to sytuacja zaczyna wyglądać dramatycznie. Francuzi są niewiele lepsi od Amerykanów – ich koszt postawionego megawata wyniósł 9,2 miliona USD. To też każe sceptycznie patrzeć na ich ofertę. Natomiast Koreańczycy są bezkonkurencyjni wśród oferentów – ich atomowy megawat kosztował zaledwie 2,9 mln USD. To 4,5-krotnie taniej niż Amerykanie i 3-krotnie niż Francuzi. I na dodatek terminowo oddają inwestycje, oferują dobre warunki finansowania, o czym USA nie chcą w ogóle rozmawiać. O Rosji, która ma najniższe koszty (2,5 mln USD/MW), nie ma co mówić, gdyż została wykluczona w przedbiegach.

Nowy rząd niedawno zweryfikował koszty pierwszej elektrowni na Pomorzu, szacując je na 38 miliardów dolarów, czyli prawie 2-krotnie wyższą kwotę niż podał Premier Morawiecki. I to jest dużo bardziej zbliżony szacunek do kosztów reaktorów AP1000, oddanych ostatnio w Stanach. Taka dysproporcja realnych danych musiała wywołać reakcję wśród polityków, na co dzień deklarujących, że działają na rzecz interesów narodowych. Jednak chyba ważne jest, że Polska wyda tak wiele pieniędzy tak nieracjonalnie?

Andrzej Szczęsniak

P.S. Już wkrótce przyjrzymy się bliżej wybranemu dostawcy technologii jądrowych, dużo tam trupów w szafie.

Myśl Polska, nr 25-26 (16-23.06.2024)

 

Redakcja