PublicystykaŚwiatBieleń: Nobliści idą na wojnę

Redakcja2 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Żyjemy w czasach, gdy warto choć przez chwilę zastanowić się, na ile ludzie myślący cieszą się wolnością i zdolnością formułowania własnych diagnoz i ocen, na ile natomiast są jedynie trybikiem zmasowanej propagandy.

Kiedyś sądzono, że  tylko dyktatury (cywilne i wojskowe, autorytarne i totalitarne) tłamszą swobodę i prawdziwość wypowiedzi. Obecnie ten proces kontroli i reglamentacji dotyczy także tzw. wolnego świata, w którym reżimy demokratyczne nieudolnie maskują sterowanie społeczeństwem i jego elitami poprzez indoktrynację i propagandę.

Ludzie posługujący się intelektem, dysponujący inteligencją jako „lotnością umysłu” (Alfred North Whitehead), wcale nie muszą postępować mądrze. Okazuje się, że „intelekt i mądrość, to dwie różne rzeczy” (Thomas Sowell, „Intelektualiści mądrzy i niemądrzy”, Warszawa 2010, s. 13).  Korzystanie ze złożonych koncepcji intelektualnych wcale nie musi  sprzyjać ani zrozumieniu tego, co się dzieje, ani podejmowaniu mądrych działań. Widać to na przykładzie  wielu wojen z przeszłości, które – jak się okazuje – niczego nie nauczyły nie tylko niemądrych polityków, ale także światłych intelektualistów.

Dowodem na to jest zdumiewający apel kilkudziesięciu laureatów Nagrody Nobla, ujawniony na łamach „Der Spiegel” 27 marca 2024 roku, o bardziej zdecydowane działania Zachodu przeciwko Rosji („Koniec z tolerancją dla reżimu Putina!”). Dołączyło do nich grono kilkuset badaczy różnych dyscyplin, w tym z Polski. Upatrywanie wszelkiego zła w reżimie Putina świadczy o tym, że  myślenie podpisanych pod apelem intelektualistów  całkowicie oderwało się od rzeczywistości. Na podstawie fałszywej diagnozy, wyciągają oni błędne  wnioski, a sama akcja ma charakter podżegania do konfrontacji i legitymizowania szaleńczych pomysłów na pokonanie mocarstwa atomowego.

Apel o zaostrzenie środków  w polityce Zachodu wobec Rosji  jest prezentacją poglądów, które zastępują racjonalne argumenty. Jest pozbawiony analizy i weryfikacji faktów, które doprowadziły do katastrofy wojennej i pozwalają na jej pogłębianie. Bazuje na obiegowej, specjalnie spreparowanej opinii, kreowanej przez świat polityki i powielanej przez media zachodnie. Autorzy apelu stawiają się nie tylko w pozycji szczególnie wrażliwych na losy Ukrainy i rosyjskich opozycjonistów.  Są przepełnieni fałszywą troską i udawanym współczuciem wobec niewinnych ofiar wojny. Skazują natomiast na potępienie „kremlowskiego tyrana”, który chce pogrążyć ludzkość w ciemnościach.

Oglądamy „teatr iluzji i absurdu”. Zagrzewanie do boju aż do pokonania Putina, to najtańszy wytwór potęgi intelektualnej zebranych wokół apelu postaci. Wielu z nich cierpi na zaniki pamięci i brak rudymentarnej wiedzy, także o roli Stanów Zjednoczonych w przygotowywaniu elit ukraińskich do wypowiedzenia zasad lojalności i dobrego sąsiedztwa Moskwie. Nie bez znaczenia są ich osobiste urazy i porachunki z dawną i dzisiejszą Rosją. Trauma  prześladowań odłożona w pamięci rodzinnej czy doznane bądź wyimaginowane krzywdy z powodu pochodzenia determinują dzisiejsze postawy rozliczania się ze swoim dziedzictwem i tożsamością.

Poza tym, cóż za brak symetrii i jakiż dysonans w podejściu choćby do dramatu ludobójstwa Gazy!  Noblowskim honoracjorom brakuje wyczucia jakichkolwiek proporcji w ocenie różnych konfliktów na świecie, często prowadzonych z udziałem NATO i USA. Od  „ludzi oświeconych” i uhonorowanych najwyższymi  laurami, od tej „śmietanki” intelektualnej, szczycącej się darem przenikliwego wglądu w istotę wielu złożonych problemów, należałoby oczekiwać nazywania rzeczy po imieniu – które to imperializmy we współczesnym świecie są najbardziej ekspansywne i agresywne? Przecież to nie Rosja weszła w sferę atlantycką po „zimnej wojnie”, lecz Zachód wkracza od kilku dekad  coraz głębiej w przestrzeń poradziecką! Trzeba doprawdy być ślepcem, mimo noblowskiego certyfikatu, aby nie dostrzegać tej rywalizacji o schedę po ZSRR. Okazuje się, że przyznanie racji prostym faktom jest bardzo skomplikowanym zadaniem.

Być może  współcześni intelektualiści nie mają odwagi, aby przeciwstawić się  oligarchicznym rządom swoich państw, skorumpowanym i spacyfikowanym przez amerykańskiego hegemona i wielkie korporacje, rozdające certyfikaty na prawdę i poprawność polityczną.  Być może nie reprezentują już żadnej niezależnej myśli ani idei, a brak pokory i roztropności skłania ich do wygłaszania kategorycznych sądów wartościujących o charakterze oskarżycielskim wobec Rosji. Szkoda, że ze względu na stronniczość i tendencyjność tracą wiarygodność i uznanie.

Od czasów Jana Jakuba Rousseau i Immanuela Kanta przyjmuje się twierdzenie, że  wiele negatywnych zjawisk, w tym wojny, są w dużej mierze nie kaprysem pojedynczych ludzi, lecz  wytworem układów sił i stojących za nimi instytucji. Koncentracja sił w ręku jednego mocarstwa hegemonicznego i dowodzonego przez nie sojuszu powoduje całkowite rozregulowanie mechanizmów stabilności systemu międzynarodowego.

Przekreślenie zasady równoważenia sił przez zwycięskie w „zimnej wojnie” Stany Zjednoczone jest powodem obaw innych uczestników stosunków międzynarodowych, zwłaszcza Chin i Rosji, że przy pomocy nowych krucjat ideologicznych, uzależnień od zglobalizowanej gospodarki oraz potęgi wojskowej NATO, dojdzie do swoistej „imperializacji” i „zawojowania” całego globu przez jeden ośrodek siły. Kto, jak nie intelektualiści, także ci bez „korony noblowskiej”, powinni rozpoznać rzeczywiste źródła dzisiejszych turbulencji w systemie międzynarodowym?

Zmartwieniem napawa fakt niedostrzegania natury współczesnego kapitalizmu i anomalii w życiu społeczeństw, jakie wywołuje ogromny kontrast  w podziale bogactwa społecznego, zjawiska nędzy, opresji i niesprawiedliwości w wielu częściach świata, które były i są sferą dominacji Zachodu. Nieliczni odważni badacze od lat wskazują, że wystarczyłoby  zaprzestać nakręcania koniunktury zbrojeniowej, a  wielu ludzkim dramatom udałoby się zapobiec.

Dziwi doprawdy brak inicjatywy noblistów na rzecz rozwiązań pokojowych, koncyliacyjnych i kompromisowych. W zamian słychać przestrogi przed „uspokajaniem” i próbami podjęcia negocjacji z Putinem. Czyżby autorytet papieża Franciszka, wołającego o „odwagę białej flagi”, doprawdy nic nie znaczył w oczach ludzi myślących?

Rozciąganie wojny w czasie pogłębia katastrofę humanitarną, której  prowojenny komentariat nie dostrzega po żadnej z wojujących stron. Tymczasem polski premier demagogicznie wmawia poprzez europejskie gazety, że „jesteśmy w epoce przedwojennej”. Tak jakby posiadł dar jasnowidzenia i „moc proroka”, a może wręcz przeciwnie – osiągnął zaćmienie umysłu odurzonego wyziewami militaryzmu, nie zdając sobie sprawy, że tak naprawdę wbrew zastrzeżeniom, iż nie chce nikogo straszyć, sam prowokuje demony wojny. Wydaje się, że robi wiele, aby ziściła się „samospełniająca się przepowiednia” („Gazeta Wyborcza”, 29 marca 2024).

Wizja rozprawienia się z agresywną Rosją ma charakter tragiczny. Nawiedzeni misyjnością i pewni siebie obrońcy wartości zachodnich  uznają bowiem, że utrzymanie pokoju we współczesnym świecie, podzielonym prymitywnie między „demokratów i autokratów”, wymaga zdecydowanych działań, łącznie z użyciem siły. Wyznawcy „westernizacji” globu pod przywództwem borykającej się z kryzysami Ameryki, są gotowi podporządkować się jednemu mocarstwu, aby narzuciło ono całej reszcie świata zbrojny pokój, pokój przez siłę, nawet za cenę zdeptania dotychczasowych reguł gry, zasad moralności i prawa międzynarodowego.

Tymczasem system międzynarodowy ma charakter pluralistyczny i heterogeniczny tak pod względem uczestników, ich ról i pozycji, jak wartości i idei. Już tylko z tych powodów intelektualiści muszą kierować się w swoim oglądzie rzeczywistości powściągliwością w ferowaniu wyroków. Nikt nie dał bowiem jednym państwom, nawet najpotężniejszym,  prawa dyskredytowania innych państw tylko z tego powodu, że różnią je ustroje polityczne, światopoglądy i praktyczne zachowania. Potrzeba zatem mądrości i odwagi, aby stworzyć podstawy porozumiewania się, a nie dążenia do podporządkowania czy upokorzenia słabszego.

Sztuką jest zbudowanie takiego „destylatu” doświadczeń ludzkości, aby  stworzyć trwałe podstawy koegzystencji, oparte na permanentnej komunikacji. Najlepiej w formie bezpośredniej, gdyż najbardziej pożądanym źródłem informacji o swoim partnerze czy oponencie jest tenże partner czy oponent. Chodzi o przywrócenie właściwych narzędzi w postrzeganiu i umiaru we wzajemnych ocenach. Mispercepcja zawsze prowadziła do napięć i  katastrofalnych w skutkach posunięć.

Z tonu przytoczonego apelu wynika, że  „oświeceni” nobliści są święcie przekonani, iż tylko oni posiedli wtajemniczenie na temat „źródeł zła” na wschodzie Europy. Ich orientacja we współczesnych realiach opiera się jednak na gotowych schematach, wyobrażeniach i zawodnej intuicji. Obawiam się, że wielu noblowskich laureatów z dziedziny fizyki, chemii czy medycyny, a tym bardziej z literatury nigdy nie zapoznało się z jakąkolwiek teorią, objaśniającą zachowania potęg w poliarchicznym środowisku międzynarodowym (zob. choćby John J. Mearsheimer, „Tragizm polityki mocarstw”, Kraków 2019). Noblowska sława przyćmiła w tym wypadku nie tylko brak wiedzy i elementarnego wyczucia, ale jest także przyczyną pychy i utraty zdrowego rozsądku.

Obawiam się, że wielu intelektualistów, wzywających do „zakończenia tolerancji” wobec reżimu Putina, jest zafiksowanych na jednym punkcie: źródłem wszelkiego zła jest Rosja! Nie jest to zresztą fiksacja świeżej daty. Zjawisko sięga korzeniami niemal czasów starożytnych, gdy podzieliły się imperia Wschodu i Zachodu. W odniesieniu do Rosji Putina kolektywny Zachód po raz kolejny sięga do uzasadnień swoich misji cywilizacyjnych, do samozwańczego mandatu sprawowania kurateli nad ludami, które posiadają z mocy tradycji, samodzielnych wyborów i praktyk  własne sposoby urządzania się.

W tym kontekście w kręgach politycznych i wojskowych, nie bez udziału wielkiego kapitału, zrodził się apokaliptyczny pomysł, aby wykorzystać nadarzającą się okazję i zadać Rosji „cios ostateczny”. Dla amerykańskich liberalnych internacjonalistów, jak pisał Herbert Croly, autor książki pt. „The Promise of American Life” (1909), „wojna toczona w zacnym celu bardziej przyczynia się do poprawy ludzkości niż sztuczny pokój”. Dlaczego zatem nie wykorzystać wszystkich środków, aby uruchomić klimat psychologicznego i emocjonalnego poparcia dla obrony „ukraińskiej demokracji”, cokolwiek to określenie znaczy? Okazało się, że nobliści i ich poplecznicy  ze swoją „specjalną mądrością” mogą być użytecznym narzędziem mobilizacji antyrosyjskiej krucjaty.

Zapewne nie zastanawiają się nad tym, że wpadają – jak wielu ich poprzedników – w pułapkę idealistycznych wyobrażeń o świecie  i taniego moralizatorstwa. Na dodatek  nie wiadomo, czy ktokolwiek z podpisujących apel zdaje sobie sprawę ze skutków swojego myślenia i postępowania. Czy doprawdy cel pokonania „kremlowskiego tyrana” usprawiedliwia poświęcanie życia kolejnych tysięcy niewinnych ofiar?

Zanim Hitler ogłaszał swoje wizje zawojowania obcych ziem i zbudowania przestrzeni życiowej dla rasy aryjskiej, już wcześniej w atlantyckiej krainie „wolności i demokracji” rodziły się pomysły na panowanie nad światem. Znana jest wypowiedź słynnego redaktora pisma „Emporia Gazette” Williama Allena White’a, który wysławiał  Stany Zjednoczone w następujący sposób: „Jedynie Anglosasi potrafią rządzić”, deklarując, że „przeznaczeniem Anglosasów jest zdobyć cały świat!” (Sowell, s. 298).

Nie brakuje zatem pretekstów do  pełnego zaangażowania Zachodu w konfrontację zbrojną z Rosją. Zastanawia wciąż, dlaczego jednak nikt z zarażonych fałszywym heroizmem liderów intelektu nie pyta o los niewinnych ludzi, którzy padną ofiarą cynicznych gier politycznych? A politycy na  „ględzeniu” o nieuchronności wojny budują przecież kariery polityczne nieugiętych mężów i dam stanu. Nie stać ich na odwrócenie spojrzenia na świat, wierzą w wojnę z Putinem jako  jedyny środek przebudowy relacji zwaśnionych stron. Ograniczają ich nawyki umysłu, cynizm i ślepe podporządkowanie strategii atlantyckiej.

Dotyczy to także „bohaterskich” generałów w stanie spoczynku, którzy wygłaszają bałamutne opinie w mediach masowych na temat  skuteczności osaczenia Rosji i zastosowania wobec niej uderzeń wyprzedzających, zapominając dodać, że los ludności cywilnej będzie po takich „aktach odwagi” tragiczny. Przecież nawet w czasie pokoju łatwo sobie wyobrazić, jak może wyglądać życie społeczeństwa, odciętego od źródeł energii, wody czy żywności. Plastikowe karty kredytowe stracą wszelką wartość, a schrony nawet najlepiej wyposażone, staną się grobowcami dla umierających z głodu i wycieńczenia ludzi.

Widać wyraźnie, że intelektualiści myślą o wojnie z Putinem w kategoriach abstrakcyjnych. Nie odnoszą się do skali zniszczeń, ani tragizmu ofiar po każdej ze stron. Upominają się o sławnych opozycjonistów w Rosji i antyputinowską diasporę, ale cała masa zwykłych (niedemokratycznych) Rosjan w domyśle  może zostać bez większej szkody dla ludzkości unicestwiona. Podobnie jest z cynicznym traktowaniem Ukraińców jako „armatniego mięsa”. W taki sposób uabstrakcyjnienie i dehumanizacja wojny na Ukrainie przez Zachód udziela się rzekomo najbardziej wrażliwym umysłom, które podobnie jak ich poprzednicy przed wojnami światowymi, ignorują i lekceważą koszmarne skutki eskalacji wojennej.

Być może potrzebna jest prawdziwie „pełnoskalowa” wojna Zachodu z Rosją, kosztem milionów ludzi, aby dzisiejsi intelektualiści, tak jak w latach 20. i 30. ub. stulecia, radykalnie zmienili perspektywę patrzenia na wojnę i z pozycji prowojennych przeszli na pozycje antywojenne. Tyle że na taką zmianę będzie za późno, jeśli przyszła wojna przybierze globalny charakter. W pamięci tych, którzy przeżyją atomowy kataklizm sygnatariusze apelu pozostaną jako propagatorzy i obrońcy ofensywnych programów swoich rządów,  „fałszywi” prorocy pokoju niosącego pożogę, zwyczajni głupcy.

Pamiętajmy, że znajdujemy się w okresie wysokich napięć między największym wojskowym ugrupowaniem państw, jakim jest sojusz północnoatlantycki, a państwem, które  od czasów jarzma mongolskiego nigdy nie zgodziło się na kapitulację przed wrogiem. Choć Rosja zrezygnowała z ideologicznej motywacji swoich interesów, to jednak  trwa twardo przy obronie swojego stanu posiadania i bezpiecznych rubieży obronnych.

Dzisiejsze  wezwania do rozprawienia się z putinowską Rosją stanowią nową odsłonę międzynarodowej ideologicznej krucjaty Zachodu. Mają ten sam pretekst, jaki zdefiniował ponad sto lat temu prezydent USA Thomas Woodrow Wilson. Jego zdaniem, należy dążyć do „zniszczenia każdej arbitralnej władzy, która jest w stanie samodzielnie, w tajemnicy i z własnej woli, zakłócać spokój świata”  (Sowell, s. 301). Zyskał poparcie ówczesnego areopagu mędrców (byli wśród nich m. in.: Herbert Croly, John Dewey, Clarence Darrow, Walter Lippman), gdyż mimo poświęcenia niezliczonej liczby istnień ludzkich, wojna z państwami centralnymi pasowała jak najbardziej do ich wizji demokratyzacji świata i „pokoju przez prawo”.

W czasach Wilsona narodziło się też przekonanie, że  wielcy decydenci mogą podejmować decyzje dotyczące wielkich mas ludzkich, bez pytania o ich zgodę, w imię prawa do samostanowienia narodów. Powoływanie się na tę ideę służy obecnie przyciąganiu republik poradzieckich w stronę Zachodu. A w stosunku do samej Rosji sprzyja rojeniom o jej rozpadzie, stopniowej fragmentaryzacji  czy poddaniu kurateli międzynarodowej.

W odniesieniu do Rosji snuje się także projekcje, że poprzez radykalną krytykę i atakowanie putinowskiego reżimu dojdzie do jego obalenia, co przyniesie zmianę „na lepsze”. Obecnie mało kto pamięta, czym skończyło się obalenie caratu i rządu Kiereńskiego w Rosji. Żaden noblista nie jest w stanie wyobrazić sobie, że zwycięstwo opozycji antyputinowskiej wcale nie musi oznaczać przyjęcia liberalnych wzorów ustrojowych. Wręcz przeciwnie, może nastąpić recydywa autokracji, co jeszcze bardziej wzmocni determinację w obronie rosyjskiego stanu posiadania. Lekceważenie czynnika jądrowego w tej determinacji jest doprawdy szaleństwem.

Prof. Stanisław Bieleń

fot. wikipedia

Myśl Polska, nr 15-16 (7-14.04. 2024)

 

Redakcja