PolskavariaKroniki represji: nagonka na nauczycielkę

Redakcja10 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Donos, nagonka medialna, naciski na urzędników i przełożonych mające doprowadzić do zastraszenia, zawieszenia w obowiązkach służbowych, a być może nawet utraty pracy. Taki scenariusz powtarza się w ostatnich tygodniach wobec tych, którzy korzystają z fikcyjnej, choć wciąż deklarowanej jako obowiązująca i gwarantowanej przez Konstytucję, wolności słowa, w tym wyrażanej poprzez najbardziej dostępne źródło informacji jakim jest Internet.

Nauczycielka i samozwańczy „tropiciel-donosiciel”

Jolanta Lamprecht jest nauczycielką w jednej ze szkół podstawowych w Sosnowcu. I to właśnie ona, nie będąc przecież osobą pracującą na jakimś szczególnie eksponowanym stanowisku, padła ostatnio ofiarą tej patologicznej sekwencji.

Donos przeciwko niej złożył zawzięty stalker środowisk i osób rzekomo prorosyjskich, a wręcz – jak to akcentuje – prokremlowskich, którego nazwiska nie warto tu wymieniać. Szkoda czasu na czytanie jego wynurzeń lub wchodzenie z nim w jakiekolwiek polemiki. Sądząc po jego aktywności w mediach społecznościowych, uznać można jedynie, że jest to człowiek parający się swoją działalnością od wielu lat, a być może nawet otrzymujący konkretne zlecenia. Jego porażająca chęć szkodzenia osobom o innych poglądach to cechy, których nie tylko nie ukrywa, ale wręcz epatuje nimi publicznie.

Nagonka

Czym, według tropiciela politycznej niepoprawności, „podpadła” Jolanta Lamprecht? Bez żadnych dowodów ten osobnik uznał, że jest ona w mediach społecznościowych „sprawczynią” profilu „UkrainiecNIEjestmoimbratem”. Gdyby rzeczywiście wykazał się profesjonalizmem, albo przynajmniej odrobiną dobrej woli, to śledząc wspomniany profil zauważyłby, że administrująca stroną wielokrotnie w postach podkreślała, że tego profilu nie zakładała, w związku z czym nazwy mu też nie nadała. Ponadto do strony został dodany skrót „UprobanderowiecNJMB”, który de facto nawet nie wskazuje na jakąkolwiek narodowość, lecz wyłącznie na brak zgody na probanderowskie, więc wrogie wobec Polaków zapatrywania. Należy również nadmienić, że na stronie powstałej w 2014 roku jest zamieszczony w widocznym miejscu opis szczegółowy, w którym stoi wyraźnie, że:

„Strona nie ma zamiaru propagowania nienawiści. Jesteśmy odpowiedzią na to, co dzieje się w naszym kraju – braterstwo budowane na zacieraniu śladów i fałszywym poklepywaniu po plecach, uśmiechy naszych posłów i głupawe zdjęcia na tle Majdanu – Majdanu, którego część niosła nad sobą czerwono-czarne sztandary. Mamy zapomnieć o niewygodnej prawdzie i przymknąć oko na postpuczową Ukrainę, która buduje swoją tożsamość na kulcie UPA, w hołdzie dla banderowców?”.

Czy w powyższej misji jest coś niestosownego?

„Gazeta Wyborcza” – platformą donosicieli?

Porozmawialiśmy z samą zainteresowaną, by poznać również stanowisko u źródła, miast ferować wyroki na podstawie wpisu bloggera na jego prywatnym koncie na Facebooku – jak to niestety uczyniły usłużne media, komentujący fani insynuatora i oskarżyciela zarazem. Co gorsza, nawet sam prezydent Sosnowca podchwycił jego narrację, w tempie ekspresowym doprowadzając do zawieszenia nauczycielki w pracy, choć nie było żadnych przesłanek, że miałaby wyrażać swoje poglądy w miejscu pracy, co potwierdziła zresztą nawet kontrola policji. Tym bardziej trudno zrozumieć, dlaczego wcześniej zarekwirowano nauczycielce sprzęt, którego używała wyłącznie do prywatnych celów wraz z dostępem do wszystkich danych wrażliwych. Na jakiej podstawie? Kalumnii bloggera, który na oficjalnym profilu prezydenta Sosnowca na Twitterze pod wpisem dotyczącym Jolanty Lamprecht osobiście zaoferował służenie pomocą w dopadnięciu nauczycielki z czego uczynił wręcz swoją misję życiową? Gdzie się podziało RODO, prawo, gdzie praworządność? Cała akcja przebiegła w tempie błyskawicznym: późnym wieczorem w niedzielę „tropiciel” zamieścił szkalujący wpis na swoim profilu na Facebooku, już w poniedziałek rano o godzinie 8.35, jak informuje sam blogger, prezydent miasta Sosnowca Arkadiusz Chęciński napisał na Twitterze, że zajmie się sprawą, o 10.45 tego samego dnia w dodatku „Gazety Wyborczej” w Sosnowcu napisano, że Jolanta Lamprecht została zawieszona w szkole, a miasto zawiadamia prokuraturę. Zatrważającym jest fakt, że decyzja o zawieszeniu zapadła kilka godzin później i dopiero wtedy już wcześniej osądzona otrzymała do podpisu dokument o zawieszeniu w pełnieniu obowiązków nauczyciela.

Jolanta Lamprecht ma ugruntowane od dawna przekonania i opinie, w tym dotyczące kryzysu na Ukrainie związanego z przewrotem w 2014 roku. „Krytykowałam Euromajdan, wiedziałam, że nie wyniknie z tego dla Polski nic dobrego” – wspomina pierwsze miesiące 2014 roku Jolanta Lamprecht. Formułowała zatem oceny, których prawdziwość  – niestety – pozytywnie zweryfikowały ostatnie lata, a szczególnie mijające tygodnie. Robiła to konsekwentnie, pomimo euforii polskiej klasy politycznej i mediów głównego nurtu, przyklaskujących wówczas łamaniu ukraińskiej konstytucji.

Iluzja wolności słowa

Jak zdecydowana większość Polaków, pani Jolanta również jest użytkowniczką mediów społecznościowych. Przypomnijmy, że jeszcze niedawno uważano, że to właśnie one mogą autentycznie zdemokratyzować naszą przestrzeń publiczną, dając możliwość wypowiedzenia się każdemu, w tym osobom w żaden sposób w życie polityczne niezaangażowanym.

Wspomniana najczęściej komentowała na Twitterze i na oficjalnych stronach TVP Info, więc jej wpisy są dostępne, co więcej nie z anonimowego konta, lecz firmowane swoim imieniem i nazwiskiem, bo -jak podkreśliła w rozmowie z nami – nawet z racji wykonywanego zawodu doskonale zdaje sobie sprawę z tego, czym jest odpowiedzialność za słowo, dbając zawsze o kulturę wypowiedzi, więc i szacunek zarówno do osób, które brały udział w polemice, jak i wyważony komentarz odnośnie poruszanych tematów.

Nigdy się też nie zdarzyło, żeby jej opinia była skierowana przeciwko przedstawicielom jakiejkolwiek narodowości. Zawsze podkreślała, że odnosi się do faktów, zjawisk, a przede wszystkim zajmuje krytyczne stanowisko wobec polityki rządu, który forsuje narrację, że wszyscy Polacy popierają prowadzoną przez niego politykę w relacjach polsko-ukraińskich, co pani Jolanta z całą stanowczością kwestionowała podkreślając, że rząd, na który de facto sama głosowała mówiąc kolokwialnie często „wychodzi przed szereg”, zamiast podejmować decyzje w ramach sojuszy, jakimi są chociażby Unia Europejska czy NATO.

Tematy niebezpieczne

Każdy, kto choć trochę zetknął się z redagowaniem profili w mediach społecznościowych, zdaje sobie sprawę z tego, że moderowanie i kontrolowanie pojawiających się na nich komentarzy wymaga zaangażowania całego sztabu ludzi oraz wprowadzenia regularnych dyżurów redakcyjnych. Logicznym jest, że jeden administrator nie jest w stanie moderować czy usuwać wpisów, które zawierają np. obraźliwe treści. Od usuwania lub ukarania ich autorów jest przede wszystkim administracja Facebooka.

Podążając za tokiem myślenia samozwańczego „tropiciela-donosiciela”, należałoby usunąć z przestrzeni publicznej większość stron, a już z całą pewnością podejmujących problematykę nawiązującą chociażby do polityki, gdyż wielu komentujących, mając poczucie bezkarności i najczęściej korzystając z fejkowych kont, dopuszcza się czynów karygodnych, jak np. obrażania innych komentujących, a wręcz podżegania do nienawiści wobec konkretnej osoby, czego doświadcza Jolanta Lamprecht pod wpływem nagonki zainicjowanej i rozpętanej przez wspomnianego bloggera z Dobczyc.

Sadystyczne samozadowolenie

Od tamtej pory poszkodowana otrzymuje setki gróźb karalnych w sieci; niektóre pojawiły się nawet na jej prywatnym profilu. Podjudzani przez wspomnianego nie tylko rzucają bluzgami, ale wręcz nawołują do czynów karalnych. „Tropiciel” bezrefleksyjnie zamieścił screen swojej rozmowy z internautą, który jawnie nawoływał do fizycznego linczu na pani Jolancie. Po krótkim czasie ten post usunął.

To tym, a nie szkalowaną tak naprawdę osobą, powinny się zająć odpowiednie służby, a nie jak w przypadku tego „tropiciela” internetowi egzekutorzy. Dziwne, że ani Facebook, ani policja czy też prokuratura, która tak szybko podjęła temat, nie widzą nic złego w upublicznieniu wizerunku osoby niepublicznej, zdjęć wziętych z jej prywatnego konta bez jej zgody i niezrobionych w związku z wykonywanym zawodem. Jakby tego było mało, post zamieszczony przez bloggera jest w tej chwili kopiowany i udostępniany często z pełnymi agresji, a wręcz zionącymi nienawiścią komentarzami. W związku z tym Jolanta Lamprecht czuje się osobą zaszczutą, na której dokonano publicznego linczu na podstawie wyssanych z palca pomówień, a wręcz zjadliwych oskarżeń samego autora posta, w którym jest atakowana przez usatysfakcjonowanego rezultatem swej nagonki bloggera z Dobczyc takimi oto słowami:

„Ale szybka akcja! Gdyby zdejmowanie rozsadników kremlowskiej dywersji informacyjnej na terenie naszego kraju zawsze mogło przebiegać tak sprawnie, jako społeczeństwo nakryjemy nieprzyjaciela czapką”.

Sojusznicy „tropiciela”

Co ma w tym kontekście oznaczać słowo „zdejmowanie”, możemy się tylko domyślać. Zastanawia też cel paszkwilanta, gdyż – wbrew śmiałym sugestiom „tropiciela” z Dobczyc i powielanym przez liczne media doniesieniom – linczowana dziś medialnie nauczycielka nie angażowała się w żadną działalność polityczną. Dziennikarze sugerowali, w ślad za „tropicielem”, że związana była z niezarejestrowaną partią Zmiana. Zadzwoniliśmy do jej byłego lidera oraz przedstawicieli tego ugrupowania w regionie. Nigdy o pani Jolancie nawet nie słyszeli.

Ten sam „tropiciel” próbował ją prześladować jeszcze w 2015 roku, jednak – jak podkreśla Jolanta Lamprecht – „nie było wtedy klimatu politycznego”.

Zasmucającym jest to, że w ślad za samozwańczym śledczym poszły takie persony, jak były ambasador Polski na Ukrainie Jan Piekło, który w jednym z wpisów pogratulował mu słowami: „Well done, Marcinie, jeśli mamy pozostać w angielskich klimatach”.

Do dyskusji włączył się też sam prezes Związku Ukraińców w Polsce, Piotr Tyma, którego nie warto jednak w tym kontekście cytować.

Szkoła nie ma z tym nic wspólnego

Wiele lat temu Jolanta Lamprecht sporadycznie publikowała na innych portalach,  na przykład na prawicowym portalu informacyjnym Magna Polonia. Zajmowała się tematyką tyleż istotną, co pomijaną w mediach głównego nurtu – w nawiązaniu do nie tak dawnej historii, piętnowała budowanie przez postpuczowe władze tożsamości Ukrainy na wrogiej nam ideologii, uznając formacje UPA i OUN za punkty odniesienia.

Wskazywała również w swoich felietonach pisanych w latach 2014-2017 na porażającą asymetrię w relacjach polsko-ukraińskich. Jej teksty firmowane przez portal parezja.pl są dostępne w sieci od lat i można samemu sprawdzić, czy zawierają jakieś niedozwolone treści. Tylko trzeba przynajmniej do nich sięgnąć i poczytać ze zrozumieniem, zanim się skaże człowieka na infamię, jak to zrobiły za „Gazetą Wyborczą” inne media internetowe, przedrukowując nagłówek wskazujący na to, że chodzi o nauczycielkę – więc zapewne w miejscu pracy dopuściła się czynów zabronionych, moderując swój post, wykluczył nawet sam „tropiciel” wpisem:

„Ważna prośba, a właściwie żądanie, tak na wszelki wypadek: niech nikomu nie przyjdzie do głowy się naprzykrzać szkole, gdzie pracowała Jolanta Lamprecht. Ona się bardzo starannie maskowała i jestem przekonany, że także w szkole nikt nie miał pojęcia, co ona wyprawia poza pracą. Szkoła jest zupełnie niewinna, a na jej stronie można przeczytać, że bardzo chętnie przyjmuje ukraińskie dzieci, które właśnie zostały uchodźcami. Zostawcie więc szkołę w spokoju”.

Atak na szkołę

Jest takie przysłowie: poznasz po słowie, co kto ma w głowie. „Pracowała”, „maskowała się”, „wyprawia”. Pomińmy już samo zabarwienie tych słów, zapytajmy tylko, co wie ten blogger, czego my nie wiemy?

Z tego, co ustaliliśmy, oszkalowana jest aktualnie zawieszona w czynnościach. A co do perfekcyjnego maskowania się, to „tropiciel” przyznał sam, że w miejscu pracy nikt o tym, jakie ma Jolanta Lamprecht poglądy nawet nie wiedział. I szkoda tylko, że po oszczerczym wpisie bloggera szkolna strona na Facebooku natychmiast została zaatakowana obraźliwymi komentarzami wobec nauczycielki w niej nadal pracującej wraz z przeklejanym postem wprost ze strony „tropiciela”, więc z upublicznieniem jej wizerunku, niewybrednymi do tego komentarzami na fali podłych insynuacji bloggera. Wspomniany podał również maile prywatne pani Jolanty; nie wiadomo jakim cudem wiedział z jakiego maila zakładała nowe konto, gdyż na ponad rok utraciła dostęp do swojego prywatnego maila, z którego korzystała od lat. Ów „tropiciel” wprost zwraca się teraz do hakerów zarówno po podaniu prywatnych maili pani Jolanty, jak również innych linków do stron, na których mogliby oni sobie poużywać.

„Tropiciel” i jego TW

W momencie, gdy na profilu „UkrainiecNIEjestmoimbratem” od zaostrzenia sytuacji na Ukrainie zaczęły się po dłuższej przerwie pojawiać nowe posty, wzmożeniu uległa uśpiona do tej pory aktywność wspomnianego na wstępie „tropiciela”. Przeprowadził on własne pseudośledztwo, powołał się na rzekomych informatorów (niejawnych lub pod anonimowymi nickami, rzecz jasna), czyli dał do zrozumienia, że ma w zasięgu ręki instrumenty, które zazwyczaj kojarzymy z bezpieką i ruszył do wściekłego ataku przeciwko nauczycielce ze szkoły w Sosnowcu.

Tym razem samozwańczy tropiciel zaczął publikować dane osobowe pani Jolanty, co miało doprowadzić do publicznego linczu na niej za aprobatą szemranych autorytetów oraz niektórych mediów wyjmujących urywki z dawno pisanych tekstów Jolanty Lamprecht, pomijając całkowicie kontekst i w sposób skandaliczny wypaczając przekaz. Na dodatek media do swoich internetowych „wypocin” przekopiowują komentarze do postów na stronie „UprobanderowiecNJMB” i sugerują, że napisała je pani Jolanta.

Nie rozumiem tej fali nienawiści

Pani Jolanta nie kryje emocji. „Pokazuję sytuację na podstawie faktów, pokazuję drugą stronę medalu” – podkreśla. „Nie rozumiem tej fali nienawiści” – dodaje. Po rozpoczęciu nagonki otrzymywała setki gróźb karalnych, ubliżano jej publicznie, „przeprowadzono medialny lincz”. „Tropiciel” rzekomych prorosyjskich narracji najpewniej odpowie za swoją nagonkę na jej osobę, bo Jolanta Lamprecht zamierza bronić swojego dobrego imienia.

Popiera ją nie tylko szereg środowisk i stowarzyszeń sprzeciwiających się stosowaniu takich metod w debacie publicznej, ale również wielu ludzi dobrej woli, którzy sami potrafią weryfikować informacje. Niestety fala hejtu i pomyj, jakie na nauczycielkę wylano, przekroczyła wszelkie granice i można by rzec, że kropla goryczy przepełniła szalę.

Jej działalność publicystyczna nie miała żadnego związku z wykonywaną przez nią misją nauczycielki. Cieszyła się szacunkiem i była lubiana w swoim środowisku, także wśród uczniów, również ukraińskich, którzy uczą się w jej szkole. Czekamy na kres tego polowania na czarownice. Na oczyszczenie swojego dobrego imienia czeka nie tylko pani Jolanta, lecz dziesiątki innych osób, które poniżane są w oczach opinii publicznej przez agresywny, prowojenny aparat propagandowy. „Spisane będą czyny i rozmowy…”.

Jadwiga Chmurzyńska

Redakcja