ŚwiatNadzieja i smutek na Donbasie (część 1)

Redakcja8 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje
Słowo wstępne

Wojna w Donbasie między siłami zbrojnymi obecnego rządu Ukrainy a powstańczymi siłami „separatystów” z tzw. Donieckiej Republiki Ludowej i Ługańskiej Republiki Ludowej wybuchła w 2014 roku. Jak każda wojna, zdążyła już zebrać ponure i obfite żniwo: tysiące zabitych (w tym cywilów) i ciężko rannych, zniszczone budynki, naruszona infrastruktura. I choć protokół miński o obustronnym zawieszeniu broni (tzw. protokół miński) i kolejne porozumienie (tzw. Mińsk II) zostały podpisane przez strony konfliktu w tym samym roku, niestety aż do dzisiaj co rusz słychać odgłosy karabinów i artylerii, i to pośród wsi i ludności cywilnej. A najgorsze, że śmierć już zagościła na dobre w tym miejscu, na wschodzie Ukrainy. Warto więc obiektywnie i rzetelnie, odsuwając na bok wszelkie zbędne antypatie czy fobie, spojrzeć na tę sprawę, zważywszy też straty różnego rodzaju wśród ludności cywilnej.

Reporterka Swietłana Pikta udała się właśnie tam, a konkretniej: w region doniecki. Spędziła tam dosłownie kilka dni, ale jej wrażenia są porażające, wzruszające i skłaniające do refleksji. Tym bardziej cenne, iż spędziła czas tam, gdzie człowiek nie powinien być – w miejscu, gdzie czyha śmierć. Była w tzw. czerwonej strefie, a więc na linii demarkacyjnej, gdzie dochodzi od czasu do czasu do wymiany ognia. Podzieliła się swoimi spostrzeżeniami i sugestywnymi opisami poszczególnych wsi wokół Doniecka z czytelnikami nie tylko z Rosji, ale także i innych państw.

A czemu akurat taki tytuł serii tekstów Swietłany Nadzieja i smutek w Donbasie? Otóż tam, w Donbasie, w niebezpiecznym miejscu, mieszkańcy żyją aż do dziś, i to mimo wojny. Dla tych przeciętnych, stroskanych ludzi Donbas jest ich ziemią. Życie człowieka pośród wydarzeń, dyktowanych przez okrutne prawa wojny, pośród niewątpliwych trosk, zmartwień i strachu, wymaga przede wszystkim nadziei na lepsze jutro Wszakże nadzieja, jak wiemy, umiera ostatnia.

Co się tyczy smutku na Donbasie, to oczywiście smutek panuje tam cały czas. Niestety.

dr Krzysztof Karczewski

1.

– Po co zapinasz pasy? – śmieje się Andriej, wolontariusz – Jak zamierzasz wyskoczyć z samochodu?
Patrzę na niego z niedowierzaniem. – Wyskoczyć? Z samochodu?
Próbuję zrozumieć, czy Andriej żartuje, czy nie.
– No tak, jeśli staniemy pod ostrzałem, jak wyskoczysz?
Andriej śmieje się szczerze; jeszcze nigdy nie byłam w czerwonej strefie, on o tym wie. Zimny dreszcz biegnie wzdłuż mojego grzbietu, nagle rozumiem: wszystko jest na poważnie.
To moja trzecia wizyta w powojennym Doniecku. Nie udało mi się oficjalnie akredytować na linii wstrzymanego frontu jako korespondent. Dwie wcześniejsze wizyty w tym sensie poszły na marne. Oczywiście, rozmowy z mieszkańcami Doniecka były bezcenne i fajnie było zobaczyć, że miasto graniczące z piekłem sadzi róże, utrzymuje centrum i główne ulice w idealnej czystości, ale chciałam zobaczyć najważniejsze: to, co dzieje się tam, pod codziennym ostrzałem trwającym od siedmiu lat. I tak dojrzałam do decyzji: jechać z wolontariuszami jako osoba prywatna.

Donieck
Donieck
Donieck, okolice stadionu Donbas-Arena

Potem nastąpiły dwa dni, podczas których udało mi się przeżyć dziesięć żyć – tyle, ilu było „podopiecznych” odwiedzonych w ciągu tych dwóch dni z wolontariuszem Andriejem. I przemyśleć jedno – własne.
Jedziemy więc w kierunku Pietrowki i Aleksandrowki. To prawie Donieck, dosłownie 20 minut od centrum.
– Nie martw się! Wszystko będzie dobrze – Andriej mnie uspokaja. – Śledzę raporty.
– Czy widać, że się denerwuję?
– denerwuję się.
Na długo przed punktem kontrolnym droga jest pusta, samochodów coraz mniej. Zaczynam zauważać, że praktycznie wszystkie bramy mają dziury po odłamkach. Gruby metal, podziurawiony jak pajęcza sieć. Czy naprawdę nie ma nic trwałego w tym życiu?
Rozwozimy lekarstwa i pieniądze osobom, które z jakichś powodów nie mogą opuścić strefy zagrożenia.
Pierwszy adres znajduje się na ulicy Mamina-Sibiriaka. Siły ukraińskie są oddalone o 700 metrów. Wchodzimy w gęste zarośla ambrozji. Babcia Walia wyskakuje nam na spotkanie, sucha i lekka, machając do nas rękami. Mówi, że nie możemy tu przychodzić.


 – Nie podjeżdżaj tą ulicą do mojego domu. Skręć tutaj. Bo naziści cię zauważą.
Biegnie przed samochodem, wskazując drogę.
– Może wyjdę i pójdę, a ona usiądzie? Wstydzę się, że ona biegnie, a ja siedzę – sugeruję.
– Siedź! – rozkazuje Andrej. – Nie chodź tutaj sama, pamiętaj.
Tak. Tutaj musisz dokładnie wiedzieć, dokąd zmierzasz i dlaczego. Dyscyplina w takich warunkach ratuje życie, a umiejętność słuchania i stosowania się do rad doświadczonych ludzi jest bezcenna.
Zwracam się do naszej towarzyszki podróży; ona jest miejscowa i kieruje nas pod adresy – do kogo, gdzie i jaka pomoc jest potrzebna.
– Alena, a co z miejscowymi dziećmi? Mogą wybiec na zaminowane pola.
– Nie jesteś stąd? Nic im się nie stanie. Wiedzą wszystko od urodzenia.
Milczę. Skąd dzieci mogą wiedzieć o strachu przed śmiercią? Przez co muszą przejść, aby uświadomić sobie niebezpieczeństwo?
Ambrozja gryzmoli szyby, jest na wysokości dachu samochodu. Jedziemy wąską, „kocią” ścieżką,  cicho, do babci Wali.

Walia z Pietrowki

Podjeżdżamy i widzimy dom, który zamiast dachu ma celofan, plandeki i Bóg wie, co jeszcze. Niedawno wstawione okna mają świeże dziury po odłamkach. Podwórko jest czyste; róże, maliny, jabłonie.
– Pies jest cały poraniony, w odłamkach, ostatnim razem trafili w budę. Ta jabłoń często nas chroni, biedna. I zniszczyli wszystkie maliny. Nie-ludzie… – babcia odwraca się w kierunku pozycji ukraińskich i ociera usta krawędzią chusteczki. Tak, jak moja babcia.
Wchodzimy do domu. Ogromne dziury w suficie. Dziury w szkle.
– Dlaczego nie dają nam materiałów budowlanych do remontu? – babcia jest zakłopotana. – Od 2014 roku codziennie jesteśmy pod ostrzałem!

Okno domu Wali z Pietrowki.

Nasz przewodnik i towarzysz podróży Alena mówi do mnie cicho, aby babcia Walia nie słyszała:
– Bez sensu. Obrywają każdego dnia. Nasza ulica jest trochę dale. Pomogli nam w remoncie, nawet pijakom. A tutaj raczej nic nie zrobią.

Pietrowka

Zostawiwszy jedzenie i pieniądze, wyjeżdżamy.
– Czekaj, czekaj, przynajmniej dam ci jabłka – wciska nam torebkę jabłek, podobno z tej samej jabłoni, która chroni ją przed pociskami, potem torebkę pietruszki, potem ciągnie pudełko marchewek.
Wycofujemy się w pośpiechu i wreszcie, niespodziewanie dla samej siebie, obejmuję babcię Walię i całuję ją w siwą głowę.
Wsiadamy do samochodu i po cichu wyjeżdżamy.
– Swieta, dojechaliśmy do miejsca, gdzie wilki boją się srać – mówi Andriej i jedziemy pod kolejny adres.

Trudowskie. Pietrowka.

– Jesteśmy 300 metrów od pozycji ukraińskich. Można wyjść i pomachać im ręką – śmieje się Andriej, ale nie zatrzymuje samochodu i nie wypuszcza.
– Jeden reporter machał, to urządzili nam takie polowanie… Widzą nas teraz doskonale przez karabin snajperski.
Stanowiska Sił Zbrojnych Ukrainy widzimy tak wyraźnie, jak siebie nawzajem. Tu jest belka, tu jest hałda, tam są ich pozycje. Być może jest to najbardziej nieprzyjemne uczucie, jakiego tam doświadczyłam – wyraźne wrażenie, że jesteś obserwowana przez lunetę. Jeśli zechcą, zabiją; jeśli zechcą, tylko przestraszą.
– Ile razy byłeś pod ostrzałem? – dopytuję.
– Niezliczoną ilość razy.
– Czy mają jakiś harmonogram?
Śmiech. Nieustannie się śmieje, niesamowity człowiek, wolontariusz Andriej, który poświęcił swoje życie codziennym podróżom wzdłuż linii demarkacyjnej, aby mieszkający tu ludzie nie czuli się opuszczeni.
– Nie, Swieta, nie mają rozkładu jazdy. Oczywiście strzelają głównie rano i wieczorem, w nocy. Ale zdarza się to również w ciągu dnia. Teraz jest popołudnie, w każdej chwili może się zacząć.
– A jak się zachować podczas ostrzału?
– Jeśli są krótkie, próbuj jak najszybciej uciec; jeśli są dłuższe, po prostu połóż się i leż. Większość ludzi ginie podczas ruchu, próby ucieczki. Musisz położyć się i zakryć głowę.

– Cóż, za bardzo się nie kładliśmy, jak nas ostatnio namierzyli – śmieje się nasza przewodniczka Alena.
– Widzisz ten sklep? Jak nas tu namierzyli, to uciekaliśmy, a ja nie mogę wstawić kluczyka do stacyjki, trzęsę się. Jedziemy, a oni za nami, mierzą do nas. Ledwo uciekliśmy, pojechaliśmy do tego sklepu. Wchodzimy, trzęsiemy się, a tam taka spokojna sprzedawczyni pyta: – Co, wódki? – Skąd wiesz?? – Słyszałam, że w was tam mierzyli. Po co się tu kręcicie?
Dojeżdżamy do babci Lery. Wciąż te same widoki: wycięte bramy, które spłonęły podczas ostrzału domu. Brama zamknięta od wewnątrz. Doświadczony Andriej sprawnie ją otwiera. Alena i ja się śmiejemy:
– Wygląda na to, Andriej, że zdobyłeś tu nowy zawód.
Wchodzimy. Pamiętane z dzieciństwa wnętrza: umywalka, toaletka, kredensy, Nikołaj Ugodnik, fotografie, dywanik z łabędziami. Tapeta z napisem Paryż, Włochy… Babcia Lera leży, jej koleżanka właśnie przyjechała ją odwiedzić.
– Babciu, który rocznik jesteś?
– 39.
– Więc pamiętasz wojnę?
– Oczywiście! Koniec pamiętam bardzo dobrze. Żebym jeszcze końca tej dożyła!
– Czy były rozejmy? Tutaj media mówiły, mówią co jakiś czas: „ogłoszono rozejm”.

W Pietrowce

– Rozejm? Tak, pamiętam. Pamiętam, że nie strzelali przez całe pięć dni.
Zostawiamy jej jedzenie i pieniądze. Jedziemy do następnej obłożnie chorej. Jest absolutna tragedia: dom jest zimny, ściany popękane, okna podziurawione. Raisa, bo tak ma na imię, 79 lat. Wcale nie wstaje. Nie ma krewnych. Czasami przychodzą tylko sąsiedzi. Smutne, błądzące oczy, których nie sposób zapomnieć. U kresu życia: samotność i bezradność pod ostrzałem. Na stole zastawionym lekarstwami leżą koraliki ze sztucznych pereł, a kobieta o niezwykłej urodzie spogląda na nas z czarno-białego zdjęcia ze ściany… Popadam w takie przygnębienie, że chce mi się ją objąć. Ale nie śmiem; nie wiem jaka będzie reakcja, czy nie będzie gorzej. W końcu ja odejdę, a ona zostanie.
Trzeci dom to babcia Liuba, 92 lata, chodząca, wesoła, pisząca wiersze.
Wychodzi na ulicę, po której biegają dzieci: trzech ładnych chłopców.
– Ubierz się cieplej! – krzyczy do jednego z nich nasza przewodniczka.
– To jej wnuk – wyjaśnia Andriej.
Przyglądam się z bliska jednemu z chłopców, blondynowi, niebieskookiemu, jak z opisu Małej Rusi autorstwa Pawła Aleppskiego z XVII wieku, „starcy z białymi włosami”.
– Och, co tam trzymasz w ręku? – Andriej przyjrzał się uważnie i westchnął: chłopiec miał w rękach łuskę… prezent od ukraińskiej armii.
– Tak, mamy tu takie „zabawki”.

Babcia Ljuba jest głucha. „Słyszę wybuchy tylko wtedy, gdy są blisko, ale nie słyszę tych odległych” – wyciąga kartkę i podaje Alenie.
– Oto mój nowy wiersz, przeczytaj go. Czytasz po ukraińsku?
Czytamy po kolei, próbując odczytać bazgroły babci Liuby:
„Wowa Putin, pomóż mi
Ukarać Zełeńskiego,
Do góry nogami do drzewa
Za jaja przywiąż go

Pan Zełeński będzie wiedział
Jak walczyć z narodem”.

Dziwna rzecz: wtedy śmiałam się ze wszystkimi, a oglądając nagranie z tej wizyty już w domu – byłam nim przytłoczona.
W drodze powrotnej minęliśmy sklep, w którym zginęło 12 osób czekających na dostawę chleba. To w strefie frontowej święto i nie-ludzie o tym wiedzieli. Wiedzieli, że wszyscy przyjdą po chleb, żeby nie umrzeć z głodu. A jednak zaczęli ostrzał.
Minęliśmy schron atomowy, w którym wciąż mieszka 12 osób pozbawionych dachu nad głową.
– No, wracamy, dzięki Bogu.
– Jutro też z tobą pojadę, jutro mam cały dzień
– postanawiam.
Nagle rozumiem, że to był jeden z najważniejszych dni w moim życiu. To było tak, jakby zmieciono ze mnie pył, a potem zdarto mi skórę. Każdy Rosjanin powinien tu trafić, by zrozumieć cenę woli przynależności do narodu rosyjskiego, zobaczyć to wszystko na własne oczy.

Część 2.

Swietłana Pikta

Redakcja