ŚwiatBiałoruś vs. koronawirus

Redakcja1 miesiąc temu
Wspomoz Fundacje

Od czasu ogłoszenia przez WHO pandemii COVID-19, większość państw na świecie potulnie rozpoczęła wdrażanie absurdalnych restrykcji, odbierając ludziom wolność, hamując gospodarkę i blokując służbę zdrowia. Na tym tle władze Białorusi wyróżniają się racjonalnym podejściem, o którym w Polsce możemy tylko pomarzyć.

Jeszcze wiosną 2020 roku, kiedy w mediach na świecie rozpoczęto sianie paniki i histerii, prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka wykazał się zdrowym rozsądkiem. Symbolicznym momentem były święta Wielkanocne. Wbrew oficjalnym zaleceniom prawosławnego duchowieństwa, Łukaszenka wraz z synem Mikołajem i białoruskimi urzędnikami postanowili wybrać się do cerkwi, by uczestniczyć w Nabożeństwie. W cerkwi prezydent Białorusi wypowiedział wtedy następujące słowa:

«Nie popieram tych, którzy zamknęli ludziom drogę do świątyni. Nie popieram takiej polityki. Miliony modlą się do Boga i znam wśród nich mnóstwo takich, którzy mają ogromną władzę. Gdy jednak nadeszła ta psychoza, nie choroba, wszyscy zaczęli uciekać od świątyni, a nie do świątyni. To źle. Jeżeli On [Bóg] rzeczywiście nas widzi, On nam pomoże. Inaczej nie może być. Ale też ukarze za wszystkie nasze grzechy, w ostatnim czasie nie zachowujemy się tak, jak on nam kazał i każe nadal. Mamy fatalny stosunek do przyrody, odeszliśmy całkiem od zasad moralności i przyzwyczailiśmy się poświęcać wszystko dla pieniędzy. To nienormalne!»
Powyższe słowa tym bardziej zdumiewają, że Aleksander Łukaszenka – jak sam o sobie przed laty powiedział – jest „prawosławnym ateistą”.

Tymczasem od 1,5 roku jesteśmy bombardowani wiadomościami, które wpędziły ludzi w poczucie lęku na niespotykaną dotąd skalę. Coraz częściej słyszy się o potężnym wzroście zachorowalności na depresję, a to dopiero początek dramatycznych konsekwencji. O ile jestem w stanie zrozumieć strach wśród zwykłych ludzi, o tyle w czasach koronawirusa najbardziej rozczarowała mnie tchórzliwa postawa wielu duchownych Kościoła katolickiego, którzy zdecydowanie oblali test z wiary w Boga.

W Piśmie Świętym wezwanie do wyzbycia się lęku, strachu, trwogi występuje aż 365 razy. Można powiedzieć, że na każdy dzień roku. Bóg codziennie do nas mówi, żeby się nie bać. Strach pochodzi od Złego. Człowiek, który operuje strachem nie ma prawa nazywać się chrześcijaninem. Chrześcijaństwo to Dobra Nowina, daje Nadzieję. Tymczasem wielu księży i biskupów, polityków udających pobożnych chrześcijan, tzw. katolickich publicystów i dziennikarzy każdego dnia straszą Polaków kolejnymi odmianami wirusa. Strach to podstawowe narzędzie w rękach Szatana. Niestety wielu znanych mi katolików zdecydowało się wziąć to narzędzie do ręki. A przecież w Biblii jest napisane: «A ty, synu człowieczy, nie bój się ich ani się nie lękaj ich słów, nawet gdyby wokół ciebie były osty i ciernie i gdybyś się znalazł wśród skorpionów. Nie obawiaj się ich słów ani się nie lękaj ich twarzy, bo to lud oporny.» (Ez 2,6).

W grudniu 2020 roku arcybiskup Claudio Gugerotti wybrał się z wizytą apostolską na Białoruś, podczas której spotkał się z prezydentem Aleksandrem Łukaszenką. Internet obiegło zabawne nagranie z tego wydarzenia. Przedstawiciel Watykanu jako jedyny w pomieszczeniu miał założoną maskę. Papieski wysłannik, nieco speszony, spytał czy może zdjąć maskę, dodając, że Watykan mówi, iż maseczki są obowiązkowe. Łukaszenka odpowiedział duchownemu: «Kapłani prawosławni i katoliccy, chrześcijanie zawsze mówili, że wszystko jest w rękach Boga. My nigdy tego nie negowaliśmy».

Wiara to kwestia łaski, dlatego nie będę oczekiwać od zwykłych śmiertelników heroicznej odwagi i bezgranicznej ufności w Boga. Jednak racjonalnego myślenia już oczekuję – przynajmniej od rządzących i dziennikarzy. Niestety na polskim podwórku, póki co, niedoczekanie. Poniżej garść rozwiązań jakie wprowadzono na Białorusi. Być może kogoś to otrzeźwi i zainspiruje.

Na wstępie obalę gdzieniegdzie krążący mit, jakoby władze Białorusi podważały istnienie koronawirusa. W państwie tym problem zagrożenia potraktowano poważnie. Chorych po prostu się leczy, co – jak mi zachwalano – ułatwia dobrze zorganizowana infrastruktura służby zdrowia i wyposażenie szpitali (po części zachowane jeszcze z czasów ZSRR, kiedy zmagano się z różnymi chorobami zakaźnymi i pracowano nad udoskonaleniem rozwiązań). Z tego co się zorientowałam, w związku z COVID-19 nie ograniczono funkcjonowania szpitali przeznaczonych do leczenia innych chorób, dlatego na Białorusi nie doszło (jak u nas) do paraliżu służby zdrowia. Po prostu – jak mi powiedziano – cały czas leczy się tam wszystkich ludzi, bez względu na to jaka choroba ich dopadnie.

Szczególnie pozazdrościłam Białorusinom podejścia do noszenia masek. Przykładowo, w sklepach spożywczych jest obowiązek zakładania masek przez ekspedientki, natomiast klient zostaje w całkowitej wolności – jeśli nie chce zasłaniać twarzy, to nie zakłada maski. Podobnie w restauracjach. W urzędach – a trochę ich odwiedziłam, z parlamentem włącznie – maski mają strażnicy przy wejściu, pozostali według uznania, czyli prawie nikt nie zakłada.

W Pałacu Niepodległości, gdzie odbyła się Wielka Rozmowa z Prezydentem, widziałam kilkaset osób, z czego maski na twarzy miało tyle, że policzyć można na palcach jednej ręki. W niedzielę poszłam do kościoła w centrum Mińska na Mszę św. w języku polskim. Ku mojemu zaskoczeniu, około połowa wiernych (świątynia była pełna) miała założone maski. To największe skupisko zamaskowanych jakie widziałam na Białorusi. Na ulicach w maskach widziałam tylko imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki, a także kilka starszych osób.

W kwietniu 2020 roku prezydent Białorusi uznał za „całkowitą głupotę” noszenie masek ochronnych w szkołach. Nazwał taki pomysł „amatorszczyzną”. Łukaszenka powiedział wtedy: «Dzieci nie powinny nosić tych masek, zwłaszcza w szkole. Nie będzie takiego wymogu. A jeśli jest gdzieś, to ci, którzy go wprowadzili, odpowiedzą za to. Lepiej otwórzcie okna, przewietrzcie pomieszczenia, aby powietrze było świeże.» Prezydent zapowiedział także, że sprawę będą kontrolować odpowiednie ministerstwa i gubernatorzy.

Równie interesująco wygląda podejście do szczepionek. Odpowiadając na moje pytanie o relacje polsko-białoruskie, prezydent Aleksander Łukaszenka poinformował, że polskie władze zaproponowały Białorusi przekazanie w ramach pomocy humanitarnej szczepionek przeciw COVID-19 – chodzi o preparaty firmy AstraZeneca. Władze Białorusi przystały na tę propozycję. Zdaniem Łukaszenki Białorusini powinni mieć możliwość wyboru szczepionki, którą chcą przyjąć, a do tej pory dostępne były tylko preparaty rosyjskie i chińskie. Co ważne, nikogo tam nie zmusza się do szczepienia. Potwierdzili mi to Białorusini, z którymi rozmawiałam – niektórzy się zaszczepili, inni tego nie zrobili i nikt w związku z tym nie podaje ich presji.

Niedawno Łukaszenka zapowiedział: «Na Białorusi nie będzie obowiązkowych szczepień. Jestem temu zdecydowanie przeciwny. Szczepienia pozostaną dobrowolne. Jeśli ktoś chce się zaszczepić to dobrze, jeśli nie, niech tak będzie» Dodał, że istnieją pewne kategorie pracowników, których nie należy zmuszać, lecz zachęcać do szczepień. Są to na przykład lekarze lub pracownicy handlu detalicznego. Prezydent Białorusi podkreślił, że każdy człowiek jest odpowiedzialny za swoje zdrowie, ale ludzie powinni również zrozumieć, że nie chodzi tylko o ich zdrowie, ale również o zdrowie innych. Łukaszenka podsumował sprawę jasno i stanowczo: «Ponieważ jednak nadal niewiele wiemy, nie chciałbym abyśmy wpadli w szał, tak jak świat wpadł w szał, gdy wszystko się zaczęło. Nie będzie obowiązkowych szczepień. Zdecydowanie to odradzam: Boże uchowaj, żebym się nie dowiedział, że ktoś zmusza ludzi do szczepień. Wiecie, że reakcja z mojej strony będzie szybka i zdecydowana. Szczepienia powinny pozostać dobrowolne!»

Przebywając na Białorusi zauważyłam, że w związku z koronawirusem białoruskie media nie sieją paniki, nie więzi się tam ludzi w domach, nie wprowadza lockdownu, nie zamyka się gospodarki, nie paraliżuje służby zdrowia.  Co prawda po wjeździe na Białoruś ze Strefy Schengen obowiązuje kwarantanna (zdaje się, że na zasadzie wzajemności), jednak w drodze wyjątku można od tego odstąpić. Jako dziennikarka, która przyjechała na Białoruś wykonać pracę reporterską, nie miałam obowiązku odbyć kwarantanny. Nikt tam nie wymagał ode mnie i moich kolegów pokazania paszportów covidowych.

Niestety, w drugą stronę to nie podziałało. Po powrocie do Polski zostałam uwięziona w domu na 10 dni, tylko dlatego, że się nie zaszczepiłam. Mówi się w Polsce, że szczepienia nie są u nas obowiązkowe, jednak za teorią nie idzie praktyka, tzn. brak szczepienia w pewnym zakresie odebrał mi wolność. Fakt, że się nie zaszczepiłam bardzo ograniczył moją aktywność dziennikarką. W ostatnich miesiącach, ze względu na kwarantannę po powrocie, musiałam zrezygnować z wielu atrakcyjnych zaproszeń do innych państw, przez co nie powstały kolejne zagraniczne wywiady i reportaże do „Myśli Polskiej”. I być może nigdy już ich nie napiszę.

Agnieszka Piwar

Fot. president.gov.by

Myśl Polska, nr 35-36 (29.08-5.09.2021)

Redakcja