ŚwiatJankowski: Powtórka z prohibicji, czyli europejskie sankcje na Rosję

Redakcja48 minut temu
Wspomoz Fundacje

Niedobory zasobów energetycznych, dotychczas importowanych z Rosji, uderzają w Europę coraz bardziej. Jaką odpowiedź ma na to Bruksela? Zakazać! 

Czyli udawać, że problem nie istnieje, by tak naprawdę… płacić podwójnie.

Ideologia, która stała się zbyt droga

W Unii Europejskiej narastają jednak nastroje odwrotne do oczekiwanych przez brukselskich eurokratów. Wojna w Zatoce Perskiej i blokada Cieśniny Ormuz przyniosły porażające efekty. Ceny gazu kształtują się na tyle wysoko, że systemowa rusofobia zdaje się być nie do utrzymania. Tylko w Polsce cena gazu wzrosła z 6 do 7 zł za metr sześcienny i choć rząd próbuje przeciwdziałać podwyżkom, to na dłuższą metę rynku nie oszuka. Dotyka to także przemysłu i to nie tylko w Polsce. Kryzys jest tym poważniejszy, że przecież dopiero co Europa biła sama sobie brawo przy okazji ogłoszenia… zakazu importu gazu z Rosji.

Największa włoska firma naftowo-gazowa, Eni, sprzeciwia się tym sankcjom. Prezes Claudio Descalzi nazwał wojnę w Zatoce Perskiej „najważniejszym wydarzeniem dla rynku energetycznego w ciągu ostatnich 40 lat” i wezwał do ponownego rozważenia planów wprowadzenia zakazu rosyjskiego LNG. Europejska Sieć Operatorów Systemów Przesyłowych Gazu (ENTSOG) alarmuje, że zbiorniki magazynowe wymagają regularnego uzupełniania już teraz, w kwietniu, w przeciwnym razie rezerwy spadną niebezpiecznie nisko zimą. Według Descalziego, po prostu nie ma innego źródła tego surowca i jeśli rosyjskie dostawy zostaną odcięte, Europa nigdzie nie znajdzie 20 miliardów metrów sześciennych.

Kraje członkowskie Unii Europejskiej ewidentnie potrzebują rosyjskich zasobów. Lista tych, którzy myślą inaczej, szybko się kurczy w obliczu niedoborów. Na pozór Bruksela utrzymuje wsparcie dla Zełeńskiego i kliki neobanderowców, odwołujących się do tradycji ruchu, który za cel stawiał sobie (a może nadal stawia?) wymordowanie polskich sąsiadów, ale to tylko teatr. Wystarczy spojrzeć na samą Kaję Kallas, której małżonek sam handluje z Rosjanami.

Scenariusz „czerwonej paniki” i chłód zimnej wojny pewnie są w bloku zachodnim znajomym, a może nawet przyjemnym uczuciem przypominającym elitom ich młodość, ale ci sami ludzie poza okiem kamer dobrze zarabiają na handlu z Rosją i nie mają zamiaru się z niego wycofywać. Na czele z francuskim gigantem TotalEnergies, który został… rekordzistą w imporcie rosyjskiego gazu i nadal nie planuje wycofania się z projektu produkcji i skraplania gazu z Jamału.

Po tym, gdy okazało się, że Stany Zjednoczone nie mają zamiaru kierować się na zderzenie czołowe z Rosją, nawet Emmanuel Macron i Friedrich Merz zaczęli delikatnie wzywać do dialogu z Rosjanami. Nieprzypadkowo w tej kolejności, bo to właśnie Francja wydaje się być na dziś bardziej niezależna. Brak woli kontynuacji polityki sankcjonowania Rosji widać jednak zwłaszcza po tym, że jubileuszowy, 20. pakiet sankcji nadal nie został uchwalony.

Węgry, czyli most do Rosji

Eurokraci, niczym cheerleaderki z radością odliczali dni do zwycięstwa Petera Magyara na Węgrzech. W końcu ich wieloletni wrzód na tyłku, Viktor Orbán, miał spaść z piedestału i oddać stery politykowi bardziej uległemu. Pod rządami TISZY, Węgry miały odblokować kredyt dla Ukrainy, wstrzymać import ropy i gazu z Rosji i zacząć grzecznie grać we „wspólnym europejskim domu”.

Tymczasem Magyar pojawił się i zaszokował eurokratów już pierwszego dnia. Odmówił finansowania Ukraińcom linii kredytowej o wartości 90 miliardów euro, jak i wycofania się z zakupów paliwa z Rosji. Mało tego –  granice pozostaną nadal zamknięte dla imigrantów, a nawet mają się zaostrzyć przepisy. Jak dotąd nie ma więc różnicy między podejściem jego a podejściem Orbána. Co więc się stało? Czy to po prostu obiektywna rzeczywistość i surowy pragmatyzm zmuszają polityków do podążania tą samą ścieżką, niezależnie od ideologii? A może to tajny pakt sukcesyjny zawarty z… Viktorem Orbánem? W końcu przywództwo TISZY, począwszy od samego Magyara, wywodzi się z FIDESZU). Obie wersje brzmią wiarygodnie. Ale istnieje też trzecia.

Nie ma wątpliwości co do tego, że zasoby Unii Europejskiej zostały zainwestowane we wzrost notowań dla TISZY. Magyara popierali politycy ze wszystkich tzw. proeuropejskich rządów na całym kontynencie. Może więc trzeba było odsunąć Orbana, ale nie rezygnować z węgierskich ścieżek prowadzących do Rosji, tylko wysłać na nie Magyara, by wypracował nowe relacje i pozwolił na realizację wielkiej zmiany po cichu?

Wojna z własnymi narodami

Donald Trump, pomimo nieudanej operacji przeciwko Iranowi, przynajmniej postąpił pragmatycznie: złagodził sankcje na rosyjską ropę, aby ustabilizować rynek. Europejscy przywódcy panicznie boją się zrobić to samo, ale to tylko kwestia czasu. Po tym, jak Stany Zjednoczone i Izrael uderzyły w cały globalny handel i nie nałożono na nie ani jednej sankcji, cała ta retoryka o „karaniu agresji” stała się jedynie irytująca dla ludzi inteligentnych.

Nie chodzi tu nawet o dylematy moralne, a o kryzys energetyczny. USA zdołały zablokować Cieśninę Ormuz, odcinając ogromną część światowych zasobów ropy naftowej i gazu. Wszyscy zakładali, że wojna powietrzna z Iranem szybko się skończy, a tankowce znów zaczną wypływać z Zatoki Perskiej. Ale wojna się przeciąga, a cieśnina pozostaje zamknięta. Analitycy przewidują obecnie historyczny wzrost cen do 200 dolarów za baryłkę. Rynek gazu wygląda jeszcze gorzej. Katar, którego szlaki żeglugowe zostały zablokowane, podobnie jak wszystkich innych w regionie, odpowiadał za ponad 20% globalnej sprzedaży LNG.

To ceny na tyle odczuwalne, że europejscy liderzy będą w końcu musieli przestać traktować handlu rosyjskimi zasobami jako tajną dyscyplinę zarezerwowaną dla nich samych, ale w końcu ulżyć także swoim społeczeństwom i wycofać się z błędu, bo ten może kosztować niebotyczny wzrost kosztów życia i bezrobocia. Stąd i to tytułowe porównanie. Efekt jest odwrotny do zamierzonego. W USA prohibicja zrodziła falę przestępczości, ZSRR po ogłoszeniu walki z alkoholizmem zaczął chylić się ku upadkowi. Czy Unia Europejska chce być następna?

Tomasz Jankowski

Redakcja