OpiniePublicystykaDroga do kryzysu polsko-białoruskiego w punktach

Redakcja1 miesiąc temu
Wspomoz Fundacje
1.

Plan A. USA i zadaniowana na białoruski odcinek Polska w rok poprzedzający wybory w Białorusi intensyfikują działania na rzecz pozyskania prezydenta Aleksandra Łukaszenki do walki z Rosją. W tym celu szereg wizyt dyplomacji amerykańskiej i polskich sputników tejże na Białorusi. Cel: wymóc na prezydencie Białorusi deklarację współpracy przeciwko Federacji Rosyjskiej. Odpowiedź Mińska brzmi, współpraca tak, bez warunku „z kimś przeciw komuś”. Cel drugi: osłabić, a przynajmniej zakłócić, zakres bardzo dobrze prosperującej współpracy Białorusi z Chinami.

2.

Fiasko „misji” i przeświadczenie, że prezydent Łukaszenko nie ulegnie obietnicom „gruszek na wierzbie”, nie ugnie się, pozostanie przy swoim: współpraca, wymiana gospodarcza, naukowa etc. – tak, ale na zasadach partnerstwa, bez uzależniania tego od formuły „z kimś przeciw komuś”, powodują uruchomienie planu B.

3.

Plan B. USA wprowadzają do gry opłacaną, ale ciągle szczątkową i skłóconą, tzw. opozycję i dodatkowych, przygotowywanych do roli opozycjonistów figurantów, w tym uruchamia bliżej nikomu nieznanego białoruskiemu społeczeństwu Siergieja Tichanowskiego i kilkoro gotowych świadczyć usługi (wszyscy kompletnie nieprzygotowani, kompletnie nieznający się na meandrach polityki). Na scenie pojawiają się różne postaci, z określeniem intencji których i tego, kto za nimi stoi, badający politykę Białorusi do dziś mają problem.

4.

Kampania wyborcza. Szereg prowokacji, w których przewodzi Tichanowski. Uruchomiona cała inżynieria społeczna, naprędce budowane kanały przekazu, do użycia wszystkie z możliwych narzędzia socjotechniki, dyspozycyjne wobec zleceniodawców i działające za ich pieniądze „sondażownie” próbują sterować nastrojami społecznymi. Łukaszenko odpowiada aresztowaniami. Do gry wkracza Swietłana Tichanowska; jeszcze większe zaskoczenie, które (fakt o którym się absolutnie nie mówi w zachodnim przekazie) wywołuje pusty śmiech wśród większości białoruskiego społeczeństwa. Białorusini są zdezorientowani, zaczynają dostrzegać, że są przez kogoś rozgrywani, większość wie, (część z tego powodu, iż nie godzi się na ręczne sobą sterowanie), że głosować będzie na prezydenta Łukaszenkę.

5.

Dzień wyborów. Dobrze zaplanowane, logistycznie dopracowane, brutalne, niebezpieczne prowokacje na ulicach białoruskich miast. Ostra, miejscami adekwatna, miejscami na wyrost, zdecydowana odpowiedź służb (z perspektywy czasu obrazy niczym nieróżniące się od tłumienia demonstracji, w tym wielu autentycznie pokojowych, na Zachodzie Europy, w USA, Australii itd.; te w Białorusi pokojowymi na pewno nie były).

6.

Rzeczywistość powyborcza. Łukaszenko wybory wygrywa, przy czym nie ulega wątpliwości, że podany wynik nie odpowiada danym rzeczywistym. Zupełnie nielogiczne i głupie fałszerstwo, tylko po to, by uwznioślić (?) skalę zwycięstwa. Niemniej, wybory wygrał bezdyskusyjnie Aleksandr Łukaszenko. USA, Europa i Polska (a jakże!) woli narodu białoruskiego nie przyjmują do wiadomości. Zaczyna się chocholi taniec z Tichanowską w roli primabaleriny, „demokratycznego świata” z Białorusią, wszak chochoł to nie jedynie symbol uśpienia, ale też przecież szansa na odrodzenie. „Demokratyczny świat” postawił sobie za cel Łukaszenkę obalić i nie spocznie, póki tego nie osiągnie. Gdyby tylko rzeczony Łukaszenko uległ perswazji tylu „misji” i przystąpił do sojuszu „z kimś przeciw komuś” (czytaj: z nami, „demokratami” przeciw Rosji, a i Chinom, trochę później), mógłby sfałszować wybory, rozganiać demonstracje na wzór zachodni, budować układy oligarchiczne (tych na Białorusi nie ma), korumpować, wsadzać do więzień, kogo uzna, że wsadzić chce, i nikomu by do głowy nie przyszło, że nie „nasz” ci on i że można go nie uznawać prezydentem. Ale nie uległ. Wydał wyrok na siebie, wydał wyrok na Białoruś. USA, już w porozumieniu z UE, wdrażają plan C. Polska i Litwa są odpowiedzialne za jego realizację. Na odcinku białoruskim przewodzi Biełsat i dyżurni Polacy z kręgu Andżeliki Borys, plus niektórzy księża katoliccy. Na odcinku w kraju nie trzeba przypominać: wizyty „prezydent” Tichanowskiej, prezenty, darowizny, jawne deklaracje itd., itp.

7.

Plan C. Destabilizacja, chaos, strajki, demonstracje, prowokacje, wreszcie sankcje ekonomiczne. Głodem ich weźmiemy? Pustymi półkami? „Pewexami”? Tak budowano „szczęśliwą” „demokratyczną” Polskę – Balcerowiczów, Lewandowskich, Frasyniuków i im podobnych, znanych stąd, że od wtedy do dziś dnia są u sterów, albo w opozycji, wymiennie. Białorusini ani ślepi, ani głusi, ani odcięci od świata nie są. Bzdurą jest, że mają do dyspozycji tylko przekaz państwowej telewizji. Talerz satelitarny wisi na dachu byle drewnianej chaty, podglądają świat, a i Polskę. Mierzą, ważą, oceniają i doskonale wiedzą, czego u siebie nie chcą. Plan C podobnie jak A i B nie ma, jak widać, szans powodzenia. I nie dlatego, że społeczeństwo się boi. Białorusini najzwyczajniej nie są na etapie chęci zmiany, a raczej zamiany stabilizacji na blichtr, na wyrzeczenie się wartości, tradycji i na liberalno-lewackie przemiany swojego kraju. Być może kiedyś. Jeszcze nie teraz. Tym bardziej, że Białoruś niewiele odstaje od państw Europy Zachodniej, a w wielu aspektach je przewyższa. Kto nie był, nie wie, nie uwierzy. Kto trochę pożył, prowadził gospodarstwo, żył nie obok, a razem z Białorusinami na Białorusi, potrafi ocenić i porównać. Nie potrafimy tego uszanować, nie chcemy tego uszanować, czujemy się lepsi od nich (?) i będziemy ich siłą uszczęśliwiać (jak Syryjczyków, Afgańczyków, Jugosławię ). Dlaczego, jakim prawem? Ale, jeśli już taka nasza, z woli i na polecenie Ameryki, „misja”, to trochę to potrwa. Jeszcze się będzie Ameryka, z Polską na pasku, musiała trochę napracować, by słodki kapitalizm, dehumanizację, LGBT, brutalizację stylu bycia, brak zasad, swa-wolność w Białorusi zainstalować. Czy nas za to pokochają Białorusini i Amerykanie? Obawiam się, że ci pierwsi raczej nie, drudzy też nie. Czy prezydent Łukaszenko będzie swój kraj przed tym bronił? Tak, będzie to robił. To jego nie tylko prawo, ale i obowiązek. To jemu, czy się komuś podoba czy nie, naród powierzył stery rządzenia (nawet, jeśli momentami ten naród słusznie narzeka i chciałby jakichś zmian, to na pewno nie zmian narzucanych przez zgniliznę zachodnią, na jej wzór i podobieństwo).

8.

Dochodzimy do kryzysu granicznego. Polscy politycy, komentatorzy, „eksperci”, jak jeden mąż opowiadają we wszystkich opiniotwórczych środkach przekazu, że Łukaszenko prowadzi wobec Polski akcję odwetową, której celem jest wywołanie kryzysu politycznego, destabilizacja naszego kraju. Pytanie więc nasuwa się samo: akcja odwetowa to coś za coś, a jeśli za coś, to za co? Czy nie za wywołanie kryzysu politycznego, gospodarczego, za destabilizację jego kraju? Była przeciw Białorusi akcja (punkty 1-7), nadarzyła się okazja – jest reakcja/odwet, po prostu. Dominuje narracja: Łukaszenko wypowiedział nam wojnę hybrydową. Serio? Naprawdę? On wypowiedział nam wojnę, czy to my wypowiedzieliśmy wojnę jemu, co w sytuacji, gdy społeczeństwo ma w większości po swojej stronie, oznacza, że wypowiedzieliśmy wojnę Białorusi? To my, z woli i na polecenie USA, wypowiedzieliśmy wojnę, wywołaliśmy (hybrydową, modne słowo) wojnę zaczepną. Białoruski przywódca prowadzi (jeśli myśleć w tych kategoriach) wojnę obronną i nie byłby godnym tej roli, gdyby się tego w obliczu napaści nie podjął.

9.

Może i dobrze, że ten odwet nastąpił. Bo gdyby nie, nie wiedzielibyśmy, co znaczy ochrona granic. Nie wiedzielibyśmy, jak dziurawa jest nasza granica, jak i tego, że to prezydent Białorusi dbał dotąd o bezpieczeństwo tej granicy, na tyle dbał, że nie znaliśmy problemu jej forsowania w miejscach niedozwolonych, bo broniły tego białoruskie służby. Te służby, które opłacane są z kieszeni białoruskiego podatnika. Skoro USA / UE / PL usilnie jednak prosiły o komendę „spocznij”, „odmaszerować”; to nie dziwi, że odwet polega na przesunięciu funduszy na ważne z punktu widzenia gospodarki (uderzanej sankcjami) i statusu życia obywateli Białorusi cele, a granice do pilnowania po swojej stronie pozostawione zostają „cywilizowanym”, „bogatym”, „wyszkolonym”, „znającym swój fach” demokracjom.

10.

Gdyby chcieć wymienić wszystkie „misje” amerykańskie niosące „cywilizację”, „demokrację” do tych zakątków świata, które są strategicznie (bo to nie altruizm przecież) dla Ameryki ważne, trzeba by napisać grubą książkę i co kilka lat uzupełniać. Książkę o tym, że tam wszędzie gdzie dotarła amerykańska „misja”, dla uszczęśliwianych kończyło się i kończy dramatem (najświeższe przykłady: Syria, Afganistan), wygnaniem, ruiną, utratą dorobku życia, utratą najbliższych, rozpaczą, tułaczką. Dla świata zaś groźbą odwetu i humanitarną katastrofą. Wiem, wiem, zapomniałam o Władimirze Putinie. Otóż nie, nie zapomniałam. Putin swoje za uszami ma, ale świata, w przeciwieństwie do USA, permanentnie nie podpala. Jeśli zaś ktoś mówi o tym, że Łukaszenko oddał Białoruś Putinowi, to większej bzdury nie słyszałam. USA polskimi rękoma, z pomocą UE wepchała Białoruś pod opiekę Rosji tak, jak onegdaj USA Polskę wepchały pod opiekę ZSRR. Wniosek: sojusze z kimś, czyli z USA, przeciw komuś czyli Rosji (obecnie ona, plus Chiny, są na celowniku) pachną tym, co dziś najbardziej czują Afgańczycy. Polska jest w kolejce. Nie chcemy wojny, nie prowadźmy jej. Ani w swoim, ani tym bardziej w imieniu interesów USA. Nie chcemy uchodźców, nie pozwólmy, nie pomagajmy Ameryce ich produkować i mnożyć, nie uwiarygadniajmy amerykańskich „misji”.

11.

Czas najwyższy na refleksję. Czas najwyższy na wznowienie dialogu z Mińskiem. Czas najwyższy zakończyć tę nie naszą wojnę z naszym najbliższym sąsiadem. Prezydentowi Białorusi podziękujmy za za te lata, gdy strzegł granicy bardziej niż sami potrafiliśmy sobie to wyobrazić, jak jest strzeżona; dogadajmy się choć na tyle na początek, by przywrócił funkcjonowanie służb granicznych do poziomu sprzed „wojny”, jaką mu wypowiedzieliśmy. Jedynym obecnie krajem w Europie, który wykładnią swojego statusu międzynarodowego uczynił serwilizm jest Polska (niestety). Reszta prowadzi politykę i „zamiata” do siebie, nie od siebie, w przeciwieństwie do nas. To, że od zawsze lubimy ręką w nocniku mieszać, nie znaczy, że nie można tego zmienić. Nie ma drogi do pokoju, to pokój jest drogą. Gdy jest natomiast pokój, nie ma problemu uchodźstwa. Można zejść z niewłaściwej drogi! Trzeba! Pilnie!

Bożena Gaworska-Aleksandrowicz

Blog: https://bozenagawalpl.wordpress.com/

Redakcja