Lincze w południowych stanach Ameryki zdarzały się jeszcze w pierwszej połowie XX wieku. Z reguły pretekstem były dokonywane przez czarnoskórych domniemane gwałty na białych kobietach, a w wersjach bardziej drastycznych na dzieciach.
To klasyczny model wykorzystujący wpisany w głębiny naszej psychiki odruch moralnego potępienia uwarunkowany ewolucyjnie potrzebą rozmnażania się danej rodziny czy plemienia i służący przetrwaniu w warunkach pierwotnych. W czasach współczesnych zwyczajny, choć zawoalowany moralną maskirowką, sposób na zaspokojenie tłumionej przez cywilizację potrzeby ludzkiego okrucieństwa i agresji. Oficjalne napiętnowanie tej formy ludowej sprawiedliwości w USA nastąpiło zaledwie kilka lat temu.
Każdy kto na chłodno śledził reakcje lewicowo liberalnych mediów oraz polityków, a przede wszystkim internautów i widział amerykańskie filmy poświęcone temu zjawisku musiał odnieść wrażenie deja vue. Tym razem jednak ofiarą nie był czarnoskóry, ale biały, starszy mężczyzna narodowości polskiej, który „zwyzywał ukraińskie dziewczynki”, w dodatku nawiązał w swoich wypowiedziach do ich pochodzenia. Ludzka natura jest dosyć stała, ale czasy się jednak zmieniają i jak pisał Arnold Gehlen dzisiaj krwiożercze bestie do wzajemnego niszczenia się używają wywarkiwanych formuł moralnych. Dlatego zamiast gonitwy z psami, pochodniami i kijami mamy do czynienia z nagonką medialną, w ramach której upubliczniono wizerunek ściganego, zwyzywano go od debili, zwyrodnialców itp. a gorliwy zarząd bielsko-bialskiego MZK pozbawił go środków do życia zwalniając z pracy, choć przebywał na zwolnieniu lekarskim, jego czyn nie miał związku z pracą, a cała historia zaczęła się od niewłaściwego zachowania ofiar napaści w autobusie komunikacji miejskiej.
Nieszczęśnik posługiwał się w swoim słownym ataku wulgaryzmami jakie słyszymy w języku codziennym na oko u 90 % polskiego społeczeństwa, łącznie z politykami najwyższej rangi, czego przykładem były choćby taśmy z restauracji „Sowa i przyjaciele”. Człowiek z pewnością nie zachował się właściwie, stracił nad sobą panowanie, używał plugawego języka. Nie tak dawno ostrzegaliśmy w jednej z audycji przed takimi reakcjami. Dzisiaj widać, że mieliśmy rację, a udział w całym przedsięwzięciu Natalii Panczenko, która udostępniła film nagrany przez ponoć spanikowane dziewczynki po doczekaniu do możliwie najlepszego medialnie momentu, musi stawiać jeszcze jeden znak zapytania w tej historii. Monitoring nie zawiera dźwięku, a z własnego doświadczenia wiem, że młodsze nastolatki potrafią być znakomitymi prowokatorami, a ich świadomość znaczenia prawdy i fałszu jest bardzo niewielka.
Oburzenie wulgarnym językiem i uleganiem gniewowi byłbym w stanie podzielić, gdyby nie pobieżna nawet znajomość treści kont oburzonych, gdzie język nie jest lepszy, a jakiekolwiek hamulce nie istnieją. Co więcej, prawdziwe elity powinny zamiast pogardy i oburzenia czuć odpowiedzialność za to jak zachowują się tak zwani prości ludzie i jakim językiem się posługują. I jeszcze jedna sprawa, która jest dowodem postępującego upadku cywilizacji. To zgodne od lewicy po tak zwaną prawicę przyjmowanie za oczywistość, że zwyzywanie dziecka to coś gorszego niż np. wyśmianie dorosłego. Jeszcze nie tak dawno nazwanie dziecka gówniarzem i skarcenie klapsem, a nawet laniem było normą, taką samą jak bezwzględny szacunek dla osób starszych uznawany za niemal wyznacznik jakości danej cywilizacji. Tymczasem okazało się, że małe, sprytne i biegłe w nowoczesnej technologii prowokatorki zasługują na specjalną ochronę, a starszy, bezradny i o niskim potencjale kulturowym mężczyzna to w III RP odpowiednik czarnoskórego, którego nieszczęsny czyn można wykorzystać do upieczenia politycznej pieczeni, a przede wszystkim do wyładowania własnych, najbardziej prymitywnych instynktów.
Olaf Swolkień



