KulturaDwornik: Kosiarze stanęli w rząd

Redakcja31 minut temu
Wspomoz Fundacje

W przeuroczej książeczce Rok Polski opiewa Zofia Kossak bogactwo obyczajów i wierzeń polskiego ludu oraz przypomina mało komu dziś znane pochodzenie imion poszczególnych miesięcy.

I jest to niewątpliwie – zaznaczmy to zresztą od razu – dzieło ze wszech miar frapujące i pożyteczne. Albowiem – jak w słowie wstępnym powiada znana autorka – „Polska mowa należy do wyjątków, które nie pozwoliły narzucić sobie łacińskich nazw miesięcy, zachowując swoje”.

Słowiańskie miesiące

Ową nazewniczą swojskość udało się również  – oprócz wspólnoty plemiennej Polan – zachować jeszcze blisko spokrewnionym z naszymi pradziadami Czechom. Z niemałym zdziwieniem skonstatują natomiast – zwłaszcza najmłodsi czytelnicy najstarszego z polskich tygodników – iż ta wielce chwalebna sztuka nie powiodła się najpotężniejszemu ze wszystkich ludów Słowiańszczyzny – Rosjanom.

Pory roku

Literacko-malarski przegląd najbardziej znamiennych zjawisk czterech pór polskiego roku rozpoczynamy od jego środka, rozpoczynamy od czerwca. Kreśląc „piórem wiedzionym tęsknotą” artystyczny wyraz swojej żarliwej miłości do ojczystej niwy, skazana na długoletnią  rozłąkę z krajem Kossak wzdychała: „Czerwiec… Najdłuższe dnie, najkrótsze noce, noce ciepłe i wonne, rozjaśnione błyskaniem świętojańskich robaczków, luksusowej fantazji natury. Szczytowy punkt lata. Rytmiczne kumkanie żab w strugach i stawach o zmierzchu…”. 

Czerwiaki 

„Młodopolscy literaci – przędła nić błogich wspomnień powieściopisarka – wywodzili mylnie słowo czerwiec od czerwieni jagód. W rzeczywistości, wraz z czerwienią pochodzi ono od czerwia. Czerw, robaczek, a raczej pajączek maleńki jak kropka nad ’i’, purpurowej barwy, roi się między korzeniami dębów. W tym miesiącu jest najsilniej zabarwiony. To żyjątko koralowe stanowiło niegdyś ważny przedmiot handlu, używano je do barwienia tkanin. Drogo płacono za kwartę czerwia, wszelka zapłata jednak wydaje się niska, porównana z trudem zbierania. Rozgarnąć ziemię pod drzewem, śledzić miganie ruchliwych czerwonych punkcików, zgarniać je do podstawionej króbki, gdy znikną spłoszone, czekać aż pojawią się znowu… Zaprawdę, cierpliwość była cnotą owych czasów! Kosztowna purpura wrosła w pamięć mieszkańców puszcz polańskich tak mocno, że miesiąc zatrzymał jej nazwę”.  Utrwalonym w przebiegu wieków rysem charakterystycznym miesiąca rozpoczynającego okres letni stały się sianokosy: „Sianokosy to wsiowy karnawał. Praca mniej znojna od innych, czysta, przyjemna, dopuszczająca zalecanki i pogwarki”.

Kosiarze

Wydany pod koniec lat 1950-tych Rok Polski raczy swych czytelników przepysznie sugestywnym – do malarskiego jedynie przyrównywalnym – opisem tegoż „karnawałowego” trawożęcia: Kosiarze stanęli w rząd. Rytmicznie, jak na paradzie, klepią kosy, ujmują styliska, zagarniają tęgi pokłos. Idą równym, skośnym sznurem, wcinając się w ścianę traw. Nazajutrz, gdy trawa przeschnie, dziewczęta przewrócą pokos na drugą stronę. Znów trzeba odczekać parę dni i już wszyscy pospołu, spiesząc się, przeganiając wzajemnie, grabią suche siano, składają w kopki, z kopek na wozy i cenny ciężar jedzie do stodoły, względnie jest stawiany w stogi. Jeśli pogoda dopisze, zbiór może być dokonany w przeciągu tygodnia. Takie siano jest wonne do zawrotu głowy, a zielone jak ruta”.

I rzeczywiście! Gdy tylko do aromatu świeżego siana dołączył „pachnący miodem złoty łubin”, to owa łąkowa symfonia zapachów, odgłosów i barw tak mocno zawróciła w głowie najautentyczniejszej czarodziejce słowa – uznawanej za najwybitniejszą z poetek Młodej Polski – Bronisławie Ostrowskiej, iż przecudnemu misterium „ziemi i słońca ognistych zaślubin” złożyła ona hołd w skrzącym się szczerym złotem prześlicznym wierszu zatytułowanym Światy:

 „Parno. Ze stawu idzie rechot żabi

I pszczoły brzęczą z pobliskiej pasieki.

Na łące, zżółkłej od słonecznej spieki,

Rój kraśnych dziewek świeże siano grabi.

Od pola miodem pachnie złoty łubin

I chór koników cichym szmerem gędzie

Na uroczystym radosnym obrzędzie

Ziemi i słońca ognistych zaślubin.

W powietrzu dyszy woń jak w kwietnej lipie!

A z niewidzialnych klepsydr opył złoty

W jasnym błękicie sypie się i sypie…

Gwiazdy wygasłe w błękitnej roztoczy

Ku ziemi, drżącej z słonecznej pieszczoty,

Martwe i zimne obracają oczy”.

Karol Dwornik

Ilustrująca niniejszy artykuł fotografia przedstawia obraz Stanisława Janowskiego Sianokosy.

Redakcja