KulturaRosłoniec: Bogu miły, czyli o Hrabalu

Redakcja2 tygodnie temu
Wspomoz Fundacje

– Dlaczego jesteś od rana taki podminowany? – zapytała Pipsi sprzątając talerze ze stołu. – Owszem, jestem, nie zaprzeczę, bo jeszcze dziś przejdziemy do wieczności. Powód więc poważny – odpowiedział Bohumil Hrabal żonie w swoim stylu. – Znowu coś wymyślasz – Pipsi pokręciła głową. – Bynajmniej.

Za dwie godziny idę na mecz do gospody. Gramy w finale Mistrzostw Europy. – W hokeja? –  W piłkę nożną, moja najmilsza. W piłeczkę na zielonej trawie w Belgradzie – Bohumil otworzył butelkę piwa i fachowo, bez pośpiechu napełnił kufelek. – A kto będzie przeciwnikiem? – zaciekawiła się żona. – Mistrzowie Świata. Niemcy Zachodnie – pisarz zamoczył usta w gorzkiej pianie. Temat był zamknięty. Pipsi wiedziała jedno, że jej Bohumil prędko nie wróci do domu. Hrabal miał wtedy 62 lata.

Bratysława zamiast Pragi

Tak możemy zacząć opowieść o jednym z najwybitniejszych pisarzy, nie tylko z naszej części Europy, którego książki przetłumaczono na 27 języków, a urodził się 110 lat temu, w marcu 1914 roku. Na moment wróćmy jednak do wspomnianych wydarzeń. Od kwietnia 1976 roku Czechosłowacja żyła w oczekiwaniu na spektakularny sukces. W ćwierćfinale Mistrzostw Europy drużyna prowadzona przez Vaclava Ježka potykała się z zawsze mocną drużyną Związku Radzieckiego. Nie przypadkiem pierwszy mecz odbył w Bratysławie. Po pierwsze, większość wyjściowej jedenastki naszego południowego sąsiada tworzyli Słowacy. Słowakiem był także trener. Jednak wybór miejsca spotkania podyktowany został raczej ostrożnością. Bratysława wydawała się na taką okazję spokojniejsza. Władze obawiały się, że w Pradze mogłoby dojść do incydentów. Od inwazji wojsk Układu Warszawskiego minęło zaledwie osiem lat. Praga, choć spacyfikowana i pozornie senna, niczego przecież nie zapomniała.

W Bratysławie Czechosłowacja sprawiła niespodziankę, wygrywając ze Sborną 2:0, co nie przesądzało jeszcze o awansie, bo miesiąc później czekał drużynę Vaclava Ježka rewanż w Kijowie. Tam, dopingowana przez stutysięczną publiczność, reprezentacja Związku Radzieckiego osiągnęła zaledwie remis 2:2 i Czechosłowacja mogła rezerwować bilety i hotele na turniej finałowy, który ograniczał się wówczas do zaledwie czterech reprezentacji Starego Kontynentu. To była ścisła elita.

Zwycięstwo z Niemcami

16 czerwca 1976 roku Czechosłowacja pokonała po dogrywce 3:1 wicemistrzów świata Holandię, a cztery dni później miał odbyć się mecz, na który tak czekał Bohumil Hrabal. Ile wypił wtedy kufli piwa ze swoją kompanią nie wiadomo, ale z pewnością niemało, bo zabawa trwała nie do świtu, który z uwagi na letnią porę nadchodził wcześnie, lecz do białego rana. Czechosłowacja po 25 minutach prowadziła 2:0, a Mistrzowie Świata nie wiedzieli, co się dzieje. W końcu jednak nastąpiło przebudzenie i udało im się doprowadzić do remisu w ostatniej minucie. Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, a potem były rzuty karne. Po pudle Uli Hoenessa do piłki podszedł ukochany piłkarz Hrabala, Tonia Pani czyli Antonin Panenka i nonszalancko przelobował Seppa Maiera. Tamtą egzekucję można oglądać do znudzenia. Czechosłowacja została Mistrzem Europy. Zawodnicy Niemieckiej Republiki Federalnej byli w takim szoku, że jeszcze na murawie nieopatrznie wymienili się koszulkami ze swoimi pogromcami, co doprowadziło do zabawnej sytuacji. Jeden z przyjaciół Hrabala wyszedł do łazienki w decydującym momencie, a kiedy wrócił w trakcie wręczania medali, powiedział załamanym głosem: – Kurcze blade, przegraliśmy! Salę w gospodzie rozsadził śmiech. Otworzono następną beczkę, gdy piłkarze Czechosłowacji w białych koszulkach z czarnym orłem na piersi wznosili kolejno Puchar Europy. Takie też zdjęcie obiegło cały świat. Dla Hrabala była to słodka zemsta za wieki upokorzeń, jakich doznał jego naród ze strony niemieckiego sąsiada.

Nocleg dla żołnierzy

Gdy zachodni świat w 1938 roku z charakterystyczną dla siebie gracją sprzedał Czechosłowację w Monachium Hitlerowi, przyszły pisarz studiował prawo, filozofię i literaturę na Uniwersytecie Karola w Pradze. Z powodu późniejszej okupacji niemieckiej jego edukacja została przerwana.  „Zawsze czułem się zaszczycony tym, że jako opowiadacz byłem świadkiem drugiej wojny światowej, nie wierzyłem wprost własnym oczom, tak wstrząsające były to wydarzenia.  Tak samo, kiedy wojna już się skończyła, widziałem wokół siebie i w sobie tyle pięknej grozy i uczestniczyłem w tylu cierpieniach z miłości, że do dziś źle sypiam, ponieważ to moje pozornie zwykłe życie jest samo w sobie dramatyczne” – pozwolił sobie na refleksję w Kim jestem. W masce pobłażliwości pisze o swojej rzekomej postawie z tamtych lat, choć do wyznań Hrabala trzeba mieć dystans, zwłaszcza, że wielokrotnie uprzedzał o swojej skłonności przypisywania sobie doświadczeń innych ludzi. „Kiedy w trzydziestym dziewiątym roku przyszli Niemcy, a ja się upiłem, przyprowadziłem do browaru ( ojczym pisarza był administratorem browaru w Nymburku) kilku młodych żołnierzy Rzeszy, bo nie mieli gdzie spać. Kiedy przyjechali czerwonoarmiści, wziąłem do domu kilku z nich i mieszkali u nas tak długo, aż ich dowództwo odwołało albo sami wyjechali” – czytamy w Kim jestem.

Robotnik z dyplomem i pisarz

Bohumil Hrabal nigdy nie chciał zmieniać świata, wystarczało mu to, że może zmieniać siebie i zachować wewnętrzną wolność. Przyjął więc z pokorą otaczającą go polityczną rzeczywistość i już do końca patrzył z dystansem na swój kraj, który musi jakoś funkcjonować w ograniczonej suwerenności. W 1946 roku ukończył studia z tytułem doktora nauk prawnych, lecz nigdy nie otrzymał szansy, by zarabiać na życie w „białym kołnierzyku”. Tacy jak on byli źle widziani, szczególnie po praskim zamachu stanu w 1948 roku. Wtedy całą władzę przejęli komuniści. Przez lata harował w hucie i w składach makulatury, gdy wielu jego znajomych po wkroczeniu Armii Czerwonej, jeszcze do niedawna kolaboranci Trzeciej Rzeszy, zmienili barwy i zaczęli prześladować prywatnych przedsiębiorców i myślących inaczej.

Hrabal tymczasem, nie obciążony orwellowskim dwójmyśleniem mógł spokojnie pisać swoje książki i pisał dużo. Już w latach sześćdziesiątych był najpopularniejszym autorem w Czechosłowacji. Lekcje tańca dla starszych i zaawansowanych, a także zbiory opowiadań, sprzedawały się w dużych nakładach. W 1968 rok prezydent Karel Svoboda zaprosił go na Hradczany, by wręczyć nagrodę imienia Klementa Gottwalda, który najpierw jako premier, a potem w roli prezydenta wprowadzał komunizm w ojczyźnie pisarza.

To również ja…

Światowa sława przyszła wraz z Oscarem dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego Pociągi pod specjalnym nadzorem w reżyserii Jirziego Menzla, który powstał na podstawie powieści Hrabala. A potem świat wywrócił się do góry nogami. Po interwencji wojsk Układu Warszawskiego pisarza obłożono zakazem publikacji, który trwał do 1975 roku. Dwa lata później wielu ludzi ze środowisk twórczych miało do pisarza pretensje, że nie złożył podpisu pod Kartą 77, którą uważa się za początki opozycji w Czechosłowacji, ale Hrabal nie miał ochoty mieszać się do polityki.

Całkowicie oddał się twórczości. Postrzyżyny, Zbyt głośna samotność, Wesela w domu, Przerwy w zabudowie, Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać, Bambini di Praga, Obsługiwałem angielskiego króla – to książki, które wzbudziły zachwyt czytelników na wszystkich kontynentach. W historii literatury trudno znaleźć drugiego pisarza, który miałby taki wpływ na język filmowej narracji. Był wielkim profesorem dla Milosza Formana, Very Chytilowej, Karela Kachyni, Juraja Jakubisko, Duszana Hanaka, Ello Havetty – mistrzów czeskiego i słowackiego kina. Do końca pozostał niepokorny i przewrotny w głoszonych przez siebie poglądach. Dumny z tego, że jest Czechem, jednocześnie powątpiewał w zalety swojego narodu, podobnie jak we własną moralność. Wspominając bliższą i dalszą rodzinę, pisał nie tylko o porządnych ludziach, ale również o jawnych kolaborantach, żołnierzach Wehrmachtu i komunistach, bo i tacy przecież tworzyli jego familię. „To również jestem ja” – komentował ten fakt z charakterystyczną dla siebie odwagą i szczerością.

W niewoli światła

W latach dziewięćdziesiątych coraz częściej trafiał do szpitala, aż w końcu 3 lutego 1997 roku wypadł z piątego piętra kliniki na Bulovce w Pradze. Podobno chciał nakarmić gołębie. „Każdego dnia, kiedy spotykam się z możliwością śmierci, staję bardzo blisko słodkiej tajemnicy, za którą znajduje się królestwo światła. Nie unikam już niebezpieczeństwa śmierci, nie przyjmuję go do wiadomości, bo już się nie boję. Nie pragnę niczego więcej niż tkwić w niewoli światła. Stary świat już ode mnie nie odchodzi, ale odwrotnie, wychodzi mi naprzeciw” – napisał w Kim jestem. Jego imię jest połączeniem słów „Bóg” i „Miły”, co może oznaczać człowieka miłującego Boga albo miłego Bogu. Do Hrabala pasują obie interpretacje.

Adam Rosłoniec

Redakcja