Klasa Vb na poznańskiej Wildzie w roku 1966 liczyła 42 uczniów. Nikt nikogo nie zamordował. Były tego przyczyny…
1.
Dzieci z Vb miały – prawie wszystkie – matki i ojców. Własnych. Matki szyły, prały, gotowały. Ojcowie wczesnym świtem z czterema „skibkami” zawiniętymi w pergamin wsiadali do „bimby”, by przed szóstą przejść przez bramę „ceglorza”.
Ojcowie: tokarze, ślusarze pracowali w trudnym do wyobrażenia zgiełku. Ich wspólnym dziełem były jednak gigantycznych rozmiarów okrętowe silniki, stalowe serca okrętów pływających po wszystkich morzach świata. Ojcowie dzieci z Vb byli dumni ze swej pracy, a ich dzieci były dumne ze swych ojców.
Zapamiętajcie: dzieci szanowały swych ojców. Za to, kim byli, co umieli, jak żyli. Nie za to, co posiadali.
2.
W klasie Vb każde z dzieci było w czymś dobre lub najlepsze. Staszek – w rysunkach. Zbyszek – w chemicznych eksperymentach, Ania – w biegach na 60 metrów, Genek w piłce nożnej, Benio w siłowaniu, Eugeniusz w opiece nad porzuconymi zwierzątkami, Wiesiek – w budowaniu tratw, Iwonka – w plotkowaniu, Mirek – rozczytywał się w filozofach, Zenek – górował w podliczaniu słupków, Agatka – recytowała z przejęciem. No a Władek był klasowym chuliganem. Na miarę czasów, których symbolicznym ogranicznikiem była drewniana linijka, uszy czasami czerwone od testów na elastyczność.
3.
Wszyscy czytali książki. Czytali, bo umieli. Pod koniec pierwszej klasy tylko jeden Romek sylabizował. Co czytali? „Serce” Amicisa, „Winnetou” Karola May’a, nowele Prusa. No i dużo, dużo Konopnickiej. Dzieci z Vb wiedziały, że nie wolno zabijać, kraść, należy szanować starszych, kobiety zwłaszcza w ciąży, ludzi ociemniałych przeprowadzać grzecznie przez ulicę, nigdy, ale to nigdy nie wyśmiewać ludzi kalekich. Szanowały śmierć i gdy chodnikiem spieszył ksiądż z wiatykiem, wzorem swych rodziców – klękały.
Skąd to wszystko wiedziały? Ze szkoły, bo nauczyciele nie przygotowywali ich do rozwiązywania testów, a dość swobodnie kierowali zadanym sobie procesem nauczania. Znajdowali czas na opowiadania, anegdoty. Nie kończyli swych powinności na dzwonku.
No i z kościoła. 10 przykazań, nazwy grzechów głównych. I egzemplifikacje na każdym kazaniu.
4.
Dzieci z Vb przybiegały do szkoły same. Z tymi samymi skórzanymi tornistrami, które nie ważyły tony, kupowanymi raz na cały czas nauki, w codziennie prasowanych fartuszkach z białymi kołnierzykami. Z tarczami na rękawach, które pełniły dwojaką rolę. Gdy uczeń bił się na ulicy, przechodnie od razu informowali, gdzie pójdą ze skargą. Gdy był bity, ulica stawała w jego obronie. Uczeń z tarczą i w mundurku był jak święty.
5.
Po lekcjach uczniowie Vb wracali w grupach koleżeńskich do domów, gdzie czekał obiad. Ziemniaki, kotlecik, kapusta plus kompot. Matka pytała, co w szkole, ojciec po pracy sprawdzał dzienniczek. Potem odrabiało się lekcje. Po lewej to, co do zrobienia, po prawej – to, co już przepisane, nauczone. A potem się biegło. Na trening koszykówki, piłki nożnej, na gimnastykę, do bibliotecznego teatrzyku z kukiełkami, na lekcje muzyki. Wszystko było za darmo lub prawie za darmo. I – co najważniejsze – pełno było w tych działaniach ludzi, którzy „mieli czas”.
6.
Zdarzało się, że uczeń taki lub taki zachorował. Wtedy na pytanie nauczyciela: kto pójdzie w odwiedziny, wznosił się las rąk.
7.
W klasie Vb byli synowie i córy nie tylko robotników, także – dyrektorów i kierowników. Także – co tu kryć kobiet źle się prowadzących. W klasie jednak wszyscy byli traktowani równo. A ściślej – proporcjonalnie do okazywanych chęci do nauki. Tak było, bo nauczyciele tak właśnie zostali do swego zawodu przysposobieni. W „komunistycznych” liceach pedagogicznych, gdzie oprócz ideologicznych nawiedzeńców pracowali jeszcze tacy, co pamiętali nauczycielskie kuźnie sprzed wojny. Naznaczone marzeniem o równości narodów, ras, klas.
I o absolutnej wyższości nauki i kultury nad wszystkim innym.
Zielono malowane blaty dębowych twardych ławek, kałamarze z granatowym atramentem, stalówki i drewniane piórniki i ten szalony pan od przyrody, gdy lamentował nad każdą wyrwaną z zeszytu niesłusznie kartką. – Dzieci, co robicie. Ty, Władku, wyrwiesz kartkę i Ty, Danusiu… I nic po wielkiej puszczy amazońskiej nie zostanie…
8.
Dzieci z Vb nie znały tik-toka, ani społeczności TCC, nie stawiały sobie „wyzwań”, nie drwiły ani z nauczycielek ani z koleżanek ani tym bardziej z miejscowego księdza, który utykał na lewą nogę. Fascynował ich za to mały bandzior z „opowiadań niedzielnych” Amicisa, co własnym ciałem osłonił przed śmiercią babkę, chciały być jak Old Shaterhand, potrafiły w ciszy słuchać o strasznych i wspaniałych dziejach dr. Korczaka…
Dzieci z Vb chciały być dobrymi dziećmi. Na początek. A później dobrymi ludźmi, którzy noża używają do krojenia chleba, zaraz po tym jak ostrzem skreślą na tym chlebie znak krzyża.
Małgorzata Bratek



