PolskaPublicystykaBieleń: Nauka i władza

Redakcja12 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

23 maja 2023 r. odbyło się posiedzenie plenarne Komitetu Prognoz PAN nt. źródeł nieskuteczności środowiska naukowego w przekazywaniu opinii publicznej i rządzącym idei istotnych z punktu widzenia państwa i społeczeństwa.

Samo podjęcie dyskusji na ten temat pokazuje, że środowisko naukowe zdaje sobie sprawę, jak w ostatnich dekadach zostało zmarginalizowane przez rządzących w wypełnianiu funkcji poznawczych i praktycznych.

Na kanwie  tego wydarzenia warto sformułować diagnozę na temat wzajemnego zapotrzebowania władzy i wspólnot epistemicznych (spójnych zbiorowości naukowych), ich relacji wzajemnych w państwie, które mogą być oparte na symbiozie i pożytecznej kooperacji, na krytyce i kontestacji albo na wzajemnej wrogości i konfrontacji. Takie zależności nigdy nie występują w czystej postaci. Obecnie mamy raczej do czynienia z bezsilnością świata nauki wobec arogancji elit politycznych. Ucieczka w upolitycznienie nauki, konformizację,  służebne funkcje wspierające i protekcyjne wobec sprawujących władzę  jedynie pogłębiają procesy destrukcyjne. Gdy uczelnie wyższe, zwłaszcza w dziedzinach nauk społecznych i humanistycznych stają się przybudówkami aparatu propagandy i oficjalnej doktryny, dochodzi do kapitulacji akademii przed władzą.

Wspólnoty naukowe są jedynymi podmiotami społecznymi, które dzięki  konkurencji i wyśrubowanym kryteriom awansu zawodowego osiągają coś w rodzaju monopolu autorytetu i kompetencji, rozumianych jako zdolność do mówienia i działania w sposób autorytatywny, tj. uprawomocniony, uzasadniony wiedzą, potwierdzoną przez kolektywną intersubiektywność. Badania socjologiczne wskazują na widoczny spadek tego autorytetu.

Niektórzy obserwatorzy piszą nawet o coraz liczniejszych antyautorytetach, osobach z tytułami profesorskimi, występujących w mediach masowych, które raczej demotywują do działań w imię idei, które głoszą. Zgodnie z praktyką poszczególnych stacji zaprasza się przeważnie te same osoby, które nie prowokują do dyskusji, lecz bezkrytycznie odpowiadają na stawiane pytania pod z góry założoną tezę. Wystarczy przeanalizować  prezentowanie we wszystkich mediach masowych mitu „wrogiej Rosji i braterskiej Ukrainy”, co nie tylko świadczy o jakimś beznadziejnym syndromie ogłupienia zbiorowego, ale sprzyja budowaniu fałszywych narracji i wprost odpowiada zapotrzebowaniu propagandy prowojennej.

Wyjątkowość, by nie powiedzieć ekskluzywizm nauki jest z jednej strony pewnym  przywilejem, źródłem podziwu  i wyróżnikiem pośród innych sfer życia społecznego, z drugiej jednak jest  źródłem alienacji, wyobcowania, a także społecznego niezrozumienia i lekceważenia.  W świecie powszechnego dostępu do informacji i prymitywizacji przekazu coraz mniejszą popularnością cieszą się skomplikowane wywody naukowe. Istnieje naturalna tendencja do uproszczeń, a przeczytanie trudnej książki nawet dla niejednego profesora staje się nie lada wyzwaniem. Jeszcze gorzej  jest z przyswajaniem wiedzy przez młodych adeptów nauki. Z własnych doświadczeń mogę przytoczyć skargi studentów na zadawanie przez wykładowcę nowych lektur i egzekwowanie ich znajomości na zajęciach dydaktycznych.

Wspólnoty naukowe same często w imię autonomii i specyfiki zawodowej odrywają się od reszty społeczeństwa. Utrudnienia komunikacyjne wynikają głównie ze słabości działań popularyzatorskich. W zasadzie zanikło dziennikarstwo naukowe, które potrafiło najtrudniejsze dziedziny badań w prosty sposób tłumaczyć odbiorcom różnych mediów.

Wspólnoty epistemiczne skazują się  na wyizolowanie poprzez stosowanie wyspecjalizowanego słownictwa, fachowego żargonu, którego nie rozumie przeciętnie wykształcony odbiorca. Jeśli dystans pojęciowy się zwiększa, to rośnie też dysonans poznawczy i występuje relatywizacja znaczeń używanych pojęć oraz rozbieganie się perspektyw poznawczych.

Środowisko naukowe jest zbudowane hierarchicznie. Ma charakter „skanalizowany” w pewne organizacyjno-instytucjonalne wzory, decydujące o awansach naukowych, odpowiadających osiągnięciom, talentowi, nakładom pracy itd. Taka struktura, kojarzona niekiedy z feudalnymi i konserwatywnymi obyczajami jest w pewnej mierze  barierą dla wolności akademickiej. Naukowcy o uznanym autorytecie i  utrwalonej pozycji w hierarchii naukowej często bowiem  narzucają innym swoje poglądy jako jedynie słuszne i prawidłowe. Blokują w ten sposób nie tylko  różnorodność pomysłów i alternatywność podejść badawczych, ale szkodzą też uczelni przez wymuszanie konformizmu wobec dominujących norm czy wzorów zachowań.

Już dawno zauważono, że nauka jest profesją konkurencyjną. W ramach współzawodnictwa realizuje się dążenie naukowców do zdobywania statusu, szacunku i pozycji. W rezultacie następuje różnicowanie środowiska naukowego, nie tylko pod względem stopni, tytułów i stanowisk, ale także indywidualnych talentów, pracowitości i wyników. Tej „ruchliwości konkurencyjnej”  dziwnie sprzyjają „nowoczesne” systemy ewaluacyjne, oparte na wymyślnych wskaźnikach i punktacji. Oznacza to, że sam fakt publikacji wyników badawczych stał się ważniejszy od procesów myślowych. Mniej ważna jest merytoryczna zawartość tekstu, lecz to, gdzie został on opublikowany. Ta wymyślona przez biurokratów logika ewaluacji istotnie modyfikuje „zastane procesy awansu”, traktując preferencyjnie najbardziej „przebojowych” naukowców w zdobywaniu punktów.

Rzeczywistość bezlitośnie weryfikuje ten „punktacyjny sponsoring”. Albo pozostaną po badaczach znakomite książki i wybitne artykuły, albo jedynie formalne notowania, o których za jakiś czas nikt nie będzie pamiętać. Redukcjonistyczne podejście do nauki, wiążące  wyniki punktowe z finansowaniem nauki, jest całkowicie sprzeczne z tradycjami akademickimi.  Gubi się w nim istotę uprawiania nauki. Formalne algorytmy zastępują oceny merytoryczne, które mimo subiektywności, a może właśnie dzięki niej pozwalają zrozumieć ludzką egzystencję we wszystkich wymiarach i przejawach.

Środowiska naukowe cechuje wewnątrzakademicka „ortodoksja” i dogmatyzacja „poprawnościowych” poglądów. Prowadzi to do wyjałowienia nauki, odcięcia jej od rzeczywistych przemian społecznych, pozbawiania badaczy odwagi i skutecznego aktywizmu. Wydaje się na tym tle, że w czasach „realnego socjalizmu” było więcej buntu przeciw narzucaniu jednej oficjalnie uprawomocnionej wizji świata. Obecnie zapanował kanon neoliberalizmu i zachłyśnięcie się „poprawnością polityczną” o rodowodzie amerykańskim, co ani nie czyni polskich uczelni bardziej zachodnimi, ani nie sprzyja budowaniu i obronie własnej tożsamości. Prowadzi raczej do upowszechnienia działań indoktrynacyjnych, a zamiast kreatywności – do reprodukcji pożądanych, często  inercyjnych i asekuracyjnych  wzorów zachowań (pisał o tym francuski socjolog Pierre Bourdieu).

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden ważny aspekt pojmowania autorytetu nauki. Otóż w wyniku transformacji ustrojowej w Polsce nie nastąpiła radykalna wymiana kadry naukowej, a raczej jest adaptacja do nowych warunków. Nie chodzi przy tym o jakieś dramatyczne procesy „dekomunizacji”, bowiem większość ludzi nauki z komunizmem nie miała nic wspólnego. Rzecz dotyczy raczej  poszukiwania  nowej legitymizacji za cenę utraty wiarygodności i autentyczności, kosztem prawdy i obiektywizmu. Widać też, że nabór młodej kadry spośród wychowanków dotychczas dominującej generacji nie sprzyja otwieraniu przestrzeni intelektualnej na nowe wyzwania paradygmatyczne.

Dyskusja akademicka jest skrępowana systemem zależności hierarchicznej i społeczną etykietą ingracjacji, wkupywania się w łaski osób wpływowych i uchodzących za autorytety. Postawy buntownicze są w zasadzie nie do zaakceptowania. Każdy, kto próbuje odwołać się do „twórczej krytyki” zastanych i powielanych poglądów zasługuje na miano ekscentryka, a najczęściej zostaje zneutralizowany, choćby przez przemilczanie (wyłączanie z publikacji, odmawianie wsparcia, brak cytowań itd.).

Władza polityczna doskonale zdaje sobie sprawę z tych słabości elity akademickiej. Wie, że niezależnie od zróżnicowania dyscyplin naukowych i podziałów ideowo-światopoglądowych uczelnie  wyższe wraz z Polską Akademią Nauk są żywotnie przywiązane do swojego statusu i stanu posiadania (tytułów i stopni, prestiżu, pozycji) i mimo mizerii materialnej – a może właśnie ze względu na tę biedę – godzą się na  trwanie w oportunizmie,  posłuchu i marazmie. Wszystko to jest bardzo przygnębiające, gdyż nie przynosi praktycznych korzyści instytucjom władzy, ani nie sprzyja rozwojowi środowisk naukowych.

Władza polityczna w Polsce, niezależnie od formacji ustrojowej, ma dwojaki stosunek do nauki. Z jednej strony zdaje sobie sprawę  z walorów i potrzeby jej utrzymania na jak najwyższym poziomie, jako istotnej służby społecznej, spełniającej funkcje kulturotwórcze i strukturotwórcze (w sensie kreowania elit intelektualnych, a także profesjonalizacji różnych grup społecznych). Władza dostrzega więc użytkową wartość nauki, wytwarzającą dobra i wartości o istotnej przydatności społecznej oraz komercyjnej aplikacji. Za tym jednak nie idzie świadomość kolejnych rządów, aby naukę traktować poważnie, jako ważną dziedzinę życia publicznego i sektor gospodarki wymagający odpowiedniego doinwestowania. Obecnie nakłady budżetowe na naukę w Polsce należą do żenująco niskich.

Z drugiej strony władza polityczna traktuje naukę podejrzliwie, z dystansem, by nie powiedzieć nieprzyjaźnie. Od dawna, być może jeszcze od II Rzeczpospolitej, a czasy PRL jedynie umocniły to  przekonanie, utrzymuje się  pogląd o kontestacyjnym charakterze środowisk naukowych, wyrażających nie tylko krytykę wobec rządzących, ale także stwarzających  możliwości kreowania kontrelit politycznych. Wielu naukowców oskarża się więc o opozycyjność wobec władzy, a nawet szkodliwą działalność przeciw narodowi czy państwu polskiemu.

Członkowie elity politycznej w różny sposób odnoszą się do merytokracji, oferowanej przez środowiska naukowe. Najwyraźniej  widać to na przykładach korzystania z doradców i ekspertów, zapraszanych do stałej lub doraźnej współpracy w celu przedstawiania ekspertyz – analiz sytuacji decyzyjnej, możliwych wyborów, ich pożądanych i niepożądanych skutków. Ludzie nauki zatrudnieni w charakterze „zaplecza decyzyjnego” stają przed dylematem utrzymania swojej niezależności. Jeśli bowiem są zatrudniani jako doradcy decydentów w resortach rządu, w partiach politycznych czy ciałach parlamentarnych, to automatycznie godzą się na rolę służebną wobec zamawiających ich usługi.

Polityczne zaangażowanie  czyni z nich rzeczników określonych interesów, a to podrywa ich rolę w swobodnym kreowaniu wiedzy i odkrywaniu prawdy o świecie. Ponieważ jednak pecunia non olet, więc dorabiają finansowo – co nawet specjalnie nie dziwi – do swoich skromnych uposażeń, płacąc świadomie lub nie koniunkturalizmem. Znane jest w polityce pojęcie „dworaków”, którzy nawet bez nacisku decydentów gorliwie uzasadniają racje rządzących, łącząc je z przekonaniem, że służą „dobrej zmianie”. Często aktywność ekspercka ma związek z maskowaniem błędnych decyzji władzy (ex ante albo ex post), co grozi kompromitacją społeczną. Zapobiega się temu przez nieujawnianie nazwisk profesorskich ekspertów. Oni sami zresztą nie chwalą się tą działalnością, aby uniknąć niepotrzebnych kłopotów.

W nieco lepszej sytuacji są eksperci niezależni, prezentujący swoją fachową wiedzę na użytek decydentów, ale bez określonych afiliacji politycznych, czy deklarowania sympatii światopoglądowych. W polskich warunkach nie zbudowano jak dotąd takiego neutralnego zaplecza eksperckiego. Różne „prywatne” think tanki najczęściej korzystają z dotacji zewnętrznych (swojego i obcych rządów, fundacji, korporacji i in.) i już z tego powodu trudno je uznać za niezależne. Poza tym ulegają – jak wszystkie przedsięwzięcia komercyjne – tzw. biznesyfikacji i korporatyzacji, a to oznacza, że „wytwarzana przez nie wiedza”  ma przede wszystkim charakter utylitarny.

Mimo wymiany dużej części elit politycznych w Polsce nadal nie ma wykwalifikowanych kadr przygotowanych do rządzenia państwem i zarządzania różnymi sferami życia publicznego. Eksperymenty z powołaniem profesjonalnej służby cywilnej  skończyły się niepowodzeniem. Dominuje polityzacja w obsadzaniu stanowisk kierowniczych i decyzyjnych, polegająca na stosowaniu partyjnych rekomendacji (partokracja), zamiast fachowych kwalifikacji. Być może potrzebna jest głęboka zmiana pokoleniowa, aby rekrutacja nowej elity politycznej nie opierała się na kombatanctwie, nepotyzmie i koniunkturalizmie, lecz uwzględniała konkursową obsadę stanowisk na podstawie profesjonalnego przygotowania. Nowoczesny kandydat do służby publicznej powinien legitymować się nie tylko wykształceniem prawniczym, ekonomicznym czy politologicznym, ale także praktycznym sprawdzianem swoich umiejętności w czasie wcześniejszego stażu zawodowego. Ludzie, którzy niczego jeszcze nie osiągnęli w swoim życiu, powinni  „terminować” u zawodowych polityków, a nie ze względu na osobiste układy tworzyć zastępy dyletantów na stanowiskach kierowniczych. To kompromitująca przypadłość tzw. misiewiczów.

Brak merytorycznych kwalifikacji polityków przejawia się choćby w nieumiejętności formułowania pytań zadawanych ekspertom, niezdolności korzystania z obszernej wiedzy naukowej, kompleksach związanych z niedostatkami własnego wykształcenia, nieuzasadnionych pretensjach do wszechwiedzy i omnipotencji. Polskim politykom brakuje pokory w przyznawaniu się do własnych ograniczeń  i błędów, co prowadzi do tworzenia fałszywych narracji, pozorów w rozwiązywaniu problemów, unikania merytorycznej debaty i konfrontowania poglądów z przedstawicielami odmiennych racji. Zamykanie się przed umysłami zdolnymi do tworzenia różnorodnych hipotez, kreatorami dalekosiężnych wizji i wariantowego rozwiązywania złożonych problemów ogranicza perspektywy decyzyjne, skazuje na zamykanie się w gronach amatorów, przytakiwaczy i ignorantów. Skutki błędnych decyzji, obrony fałszywych rozwiązań i zwyczajnych zaniechań ponosi całe społeczeństwo, a nauka w tej sprawie jest bezradna.

Intelektualiści w rozumieniu specyficznej ze względu na swój rodowód i sposób zarobkowania warstwy umysłowej, służący społecznej reprodukcji wiedzy i nauczaniu, w technokratycznych społeczeństwach narażeni są na utratę statusu, szacunku, prestiżu i dochodów. „Humanistyczna, krytyczna i teoretyczna wiedza jest kwestionowana jako bezużyteczna” (Margaret Thornton). Rządzący, ale także szefowie wielkich korporacji ignorują fakt, że to uniwersytety w swym tradycyjnym znaczeniu gwarantują zachowanie ciągłości kulturowej, że są źródłem nowych oryginalnych myśli, pozwalających ludziom dostosowywać się do wyzwań technologicznych i przemian cywilizacyjnych.

W kontekście tej przygnębiającej diagnozy wypadałoby postawić pytanie, co samo środowisko naukowe może zrobić dla uratowania pozycji nauki i instytucji, które są oparciem dla niezależnych badań i nauczania.  Dotychczasowa obserwacja procesu degradacji szkolnictwa wyższego i ośrodków badawczych prowadzi niestety do pesymistycznych wniosków. W wielu reformach ustroju polskiej nauki brały bowiem udział rozmaite gremia złożone z funkcjonariuszy nauki, którzy niewystarczająco dobitnie protestowali przeciw „psuciu” polskiej nauki. Usprawiedliwianie się niemożnością wpływu na politycznych decydentów brzmi naiwnie. Podobnie kompromitujący jest brak wyobraźni wielu utytułowanych doradców i konsultantów, jak można było zgodzić się  na tak daleko idące  ograniczenia samorządności akademickiej i skrępowanie wolności akademickiej przez absurdalny system ewaluacyjny, mający przede wszystkim charakter monitorująco-kontrolujący.

Redukcjonistyczne podejście do nauki przekreśla pasje badawcze, niszczy wybitne biografie i ogranicza proces badawczy do „fabryki publikacyjnej”. Zdezawuowanie elitarności nauki, opartej na autorytetach, mistrzach i duchowych przewodnikach powoduje utratę jej siły sprawczej w społeczeństwie. Z nauką przestaje się liczyć nie tylko władza polityczna, ale także zwykli obywatele. Uniwersytety przestają być świątyniami wyrafinowanej wiedzy i mądrości. Coraz bardziej są kojarzone z wyrobnictwem, grą o przetrwanie, upokorzeniem materialnym i brakiem perspektyw.

Środowisko naukowe w Polsce musi obudzić się z marazmu. Jeśli nie pomagają odezwy i apele, trzeba sięgać do różnych form kontestacji i otwartej krytyki szkodliwej polityki. Potrzebni są liderzy nowej generacji, patrzący prospektywnie, a nie zamknięci w bezpiecznych „kokonach”  akademickiego konserwatyzmu. Potrzebne jest „wielkie przebudzenie”, otwarty lobbing interesariuszy, aktywność medialna i społecznikowska oraz ofensywa propagandowo-informacyjna z wykorzystaniem nowoczesnych mediów, aby doprowadzić do uświadomienia różnych środowisk, czym grozi utrata podmiotowości nauki.

Od  Polskiej Akademii Nauk, tego areopagu skupiającego „ludzi wiedzy dla wiedzy” można i trzeba oczekiwać większej inicjatywności w dziedzinie krytyki polityki naukowej, a także inicjatywności na rzecz nowego „społecznego kontraktu” nauki z władzą. „Ewaluacyjne” państwo musi zauważyć, że „gra algorytmów” doprowadziła do takiego paraliżu  „wydajności naukowej”, iż mamy coraz więcej punktów i fikcyjnych grantów, ale cofamy się cywilizacyjnie, naśladując anglosaskie wzory zarządzania nauką, bez koncepcji własnej tożsamości, no i przede wszystkim bez pieniędzy, które mają bogate państwa Zachodu. Co ciekawe, znajdujemy ogromne środki na armaty, ale nie ma ich na  wiedzę dla postępu społecznego. To jedna z największych tragedii naszych czasów.

Ciekawe, czy w kampanii przedwyborczej w Polsce jakaś siła polityczna odważy się postawić na wokandzie debaty publicznej kondycję polskich uczelni, wieloletnie zaniedbania i błędy, a także grożący nam regres cywilizacyjny ze względu na bezmyślne i karygodne psucie uprawiania nauki i myślenia o uniwersytecie? Kto z codziennie oglądanych w mediach Wielkich Demagogów będzie w stanie zaproponować jakąś formę sanacji polskiej nauki?

Prof. Stanisław Bieleń

Myśl Polska, nr 23-24 (4-11.06.2023)

Redakcja