PolskaPublicystykaAndrzej Szlęzak: Skończyłem 60 lat…

Redakcja1 rok temu
Wspomoz Fundacje

Kończę sześćdziesiąt lat. Dziwnie się czuję. Sześćdziesiąt lat wygląda na poważny wiek.

Nie czuję tego ciężaru ani fizycznie, ani intelektualnie. Mam wrażenie, że wiele potrafię i jeszcze wiele mogę. Gorzej z motywacją do różnych działań. Przez te sześćdziesiąt lat życie kilka razy mocno skopało mi tyłek. Jednak nie musiałem przeżywać bardzo wielu dramatycznych czy tragicznych wydarzeń.

Ponoć w takim wieku częściej ogląda się za siebie, robiąc podsumowania i bilanse niż snuje plany na przyszłość. Od czasu do czasu ktoś mnie namawia na spisanie wspomnień z dwunastu lat prezydentury w Stalowej Woli. Widzę w tym sens. Brak mi jednak determinacji, żeby się za to zabrać. Podobnie jest z przygotowaniem książki z tekstami umieszczanymi na facebooku. Może w końcu się uda.

Teraz krótkie spojrzenie w przeszłość o tym kiedy i jak wplątałem się w politykę, która od ponad czterdziestu lat rządzi moim życiem. W działalność polityczną zacząłem się angażować w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy uczęszczałem do liceum w Stalowej Woli. Od zawsze interesowała mnie historia, a od tego był tylko kroczek do polityki. Wciągnął mnie również ówczesny proboszcz z którym na lekcjach religii i po lekcjach toczyłem rozmowy o polityce. Oczywiście nie były to jakieś poważne dyskusje. Na to byłem za młody i za głupi, jednak jasne dla mnie było, że trzeba walczyć z rządami PZPR i sprzeciwiać się dominacji Związku Sowieckiego. Za namową proboszcza raz jeden rozniosłem po osiedlu na którym mieszkałem jakieś opozycyjne gazetki. Akcję przeprowadziłem nad ranem, ale o ile wiem nie odbiła się ona żadnym echem na osiedlu. Ciekawostką było to, że gazetka była wydawana przez KOR. Żeby zostać w tym klimacie dodam, że byłem wtedy entuzjastycznie i bezkrytycznie zafascynowany postacią Józefa Piłsudskiego. Jakąż miałem radochę i dumę, gdy dzięki znajomościom proboszcza udało mi się w przemyskim antykwariacie kupić kilka tomów „Pism” Piłsudskiego. Mam je do dzisiaj w swojej bibliotece.

Od trzeciej klasy liceum już wiedziałem co i gdzie będę studiował oraz co będę robił po studiach. Do drugiej klasy licealnej raczej się popijało i imprezowało. Na studia zdałem na historię na KUL-u. W czasie studiów ukształtowałem niemal całość swoich poglądów. Studiom na KUL-u zawdzięczam swoją formację intelektualną z czego jestem dumny. W latach moich studiów KUL był oazą wolnej myśli na najwyższym poziomie z czego przez dziesięć lat korzystałem pełnymi garściami.

Student

Przychodziłem na KUL z planem na życie. Uważałem, że po skończeniu historii, jako absolwent KUL-u, nie mogłem liczyć na pracę w średniej szkole w większym mieście. Absolwenci KUL-u byli przez władze PRL-u traktowani jako „element wrogi ideologicznie”. Sądziłem, że czeka mnie los nauczyciela w wiejskiej szkole i byłem na to gotowy, byle podgryzać komunę. Jakby to z dzisiejszej perspektywy nie było naiwne i śmieszne, to nadal uważam, że takie do końca głupie nie było.

Jak już napisałem, w czasie studiów ukształtowałem swoje poglądy polityczne, którym w ogromnej części jestem nadal wierny. To na KUL-u stałem się endekiem. W zasadzie należałoby napisać, że zostałem wrobiony w endecję. Stało się to przy okazji przygotowań do obchodów 11 listopada. Przydzielono mi przeczytanie tekstu któregoś endeka i tak zaczęto na mnie mówić endek. Jak już tak zaczęli mówić, to zacząłem czytać, przekonywać się i utożsamiać. Zasadniczym krokiem w tym kierunku było poznanie mecenasa Leona Mireckiego, nestora Stronnictwa Narodowego. Poprzez niego poznałem całą rodzinę Mireckich. Ta znajomość miała ogromny wpływ na moją działalność polityczną i inne aspekty życia.

W latach studiów zaczęła się moja poważniejsza działalność polityczna. Wstąpiłem do Polskiego Związku Katolicko-Społecznego, gdzie poznałem wielu endeckich polityków i uczyłem się czym są i jak funkcjonują mechanizmy życia politycznego. W 1986 roku założyłem na KUL-u Akademicki Klub Myśli Społeczno-Politycznej „Vade Mecum”. Klub miał formować w duchu endeckim i przygotowywać do udziału w życiu politycznym. Stał się ważnym miejscem z którego wywodzili się i wywodzą posłowie i ministrowie kilku rządów. Ponadto wydawaliśmy pismo „Vade Mecum”. Tu uczyłem się pisać o polityce i zdobywałem dziennikarskie umiejętności.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że KUL był miejscem ostrych starć politycznych miedzy prawicą i lewicą. Oczywiście lewica, to nie byli zwolennicy panującego wówczas ustroju. Za lewicę uważaliśmy środowiska związane albo wywodzące się z tego, co Adam Michnik nazywał „lewicą laicką” oraz środowiska katolickie związane z „Tygodnikiem Powszechnym”, które były wpływowe na KUL-u. Największe spory toczyły się na wydziale historii. Należałem do liderów uczelnianej prawicy.

W międzyczasie obok historii zacząłem studiować prawo. Studiowałem kilka lat, ale nie skończyłem tego kierunku. Uważam to za jeden z największych swoich błędów w życiu.  Na początku lat dziewięćdziesiątych pożegnałem się z KUL-em po drodze kończąc z wyróżnieniem historię z nagrodą rektora za pracę magisterską oraz przez bodaj dwa semestry prowadząc zajęcia ze studentami. Zrezygnowałem z tego, jak i z przygotowań do doktoratu. Wróciłem do Stalowej Woli i tu zaczęła się już polityka w dużej skali.

Polityczny start

Otóż po dziesięciu latach na KUL-u wróciłem do Stalowej Woli z ogromną chęcią włączenia się w wybory do samorządu. Miał to być samorząd autentyczny, będący jednym z filarów przekształconego ustroju państwa polskiego. Jak na owe czasy wiedziałem sporo czym powinien być ten samorząd i jak będzie funkcjonował. Byłem uczestnikiem seminarium z prawa administracyjnego, które prowadził profesor Wojciech Łączkowski. Pan profesor z kolei brał udział w pracach zespołu przygotowującego ustawy wprowadzające ten samorząd. Szereg problemów, które omawiano we wspomnianym zespole, profesor Łączkowski przedstawiał na seminarium i zachęcał studentów do dyskusji o nich.

Gdy wróciłem do Stalowej Woli nie znałem prawie nikogo spośród osób przygotowujących wybory samorządowe w mieście. W Stalowej Woli byli to przede wszystkim działacze „Solidarności” i inteligenckie środowiska opozycyjne. Zwróciłem się do swojego proboszcza z którym cały czas miałem kontakt, żeby w parafii wytypować ludzi, którzy mogliby zostać radnymi. Znalazła się grupa osób, która przebojem weszła do Komitetu Obywatelskiego. Zostałem kandydatem na radnego. Wybrano mnie do Rady Miejskiej i od razu wszedłem do Zarządu. Po drodze byłem po raz pierwszy kandydatem na prezydenta miasta. Wówczas prezydenta wybierała Rada Miejska. Przegrałem wybory wyraźnie, choć nie była to klęska. Z perspektywy lat przegrałem na swoje szczęście. Po prostu byłem wówczas za głupi by dobrze pełnić tę funkcję. W starożytnym Rzymie była zasada cursus honorum. Polegało to na tym, że określone stanowiska w państwie można było pełnić wyłącznie po osiągnięciu określonego wieku z czym wiązało się doświadczenie i wiedza. Obowiązywanie takiej zasady bardzo przydałoby się w Polsce i wówczas, a jeszcze bardziej dzisiaj. Może wtedy oszalałe partyjniactwo nie siało by takiego spustoszenia w funkcjonowaniu niemal wszystkich instytucji państwa.

Dziennikarz

Byłem radnym przez dziesięć lat. Gdzieś około roku 1999 uznałem, że to nie ma sensu i trzeba coś zmienić w życiu. Złożyłem mandat radnego. Wyjechałem do Warszawy, gdzie przy pomocy protekcji dawnych podopiecznych z „Vade Mecum” zostałem dziennikarzem w „Naszym Dzienniku”. Choć dzisiaj nic mnie nie łączy z tymi środowiskami, to praca w „gazecie Rydzyka” nauczyła mnie pewnie poruszać się po warszawskich gabinetach i salonach władzy, co bardzo przydało się mi się, gdy zostałem prezydentem Stalowej Woli. Z „Naszego Dziennika” pozbyto się mnie po około roku. Resztę czasu w Warszawie przepracowałem w redakcji „Myśli Polskiej”. Tymczasem rząd Sojuszu Lewicy Demokratycznej wprowadził bezpośrednie wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Uznałem, że to pora na powrót do Stalowej Woli i ponowne wejście do lokalnej polityki.

Bezpośrednie wybory na prezydentów miast miały się odbyć w 2002 roku. Pisząc w ogromnym skrócie startowałem z pozycji skazanego na przegraną. Moim bezpośrednim zapleczem było kilka osób, a czasami kilkanaście. Nie mieliśmy pieniędzy i wszystkie lokalne tak zwane siły ustanowione przeciw sobie. Przeciwko nam były wszystkie ambony, wszystkie lokalne media (niektóre bardzo agresywnie), wszystkie środowiska, które można uznać za opiniotwórcze i większość prywatnego biznesu. Z czasem, stopniowo zaczęło się zmieniać nastawienie części prywatnego biznesu. Co prawda miałem poparcie PiS-u, którego od powstania byłem członkiem, ale PiS dopiero zaczynał działalność i niczego nie mogło to przesądzić.

Pierwszym sukcesem było przejście do drugiej tury wyborów. W tej części kampanii z poparciem dla mnie pofatygował się osobiście do Stalowej Woli Jarosław Kaczyński. Jednak ówczesny PiS, to było coś niewyobrażalnie innego niż obecna partia wodzowska. Odbyłem dość długą rozmowę z Kaczyńskim, która była bardzo pouczająca. Może będzie okazja, by opisać ją szerzej. Poparcie Kaczyńskiego było bardzo ważne, ale nie dawało gwarancji wygranej. O atmosferze przed wyborami w drugiej turze świadczyły dwa fakty. Pierwszy był taki, że urzędujący prezydent na jednym ze spotkań wyborczych prawie publicznie powiedział, że po wyborach – oczywiście wygranych – ludźmi Szlęzaka będzie zamiatał ulice. Drugi był taki, że gdy po zakończonej kampanii, siedliśmy w siedmiu w sztabie wyborczym i bardzo zmęczonym kolegom zadałem pytanie, prosząc o odpowiedź szczerą do bólu. Spytałem kto wierzy, że wygramy. Dwóch lub trzech, łącznie ze mną, odpowiedziało, że wygramy. Reszta, że przegramy.

Byłem i jestem im do dzisiaj wdzięczny i pełen dla nich podziwu mimo, że z częścią nasze polityczne drogi bardzo się rozeszły. Mieli rodziny, których członkowie pracowali w instytucjach zależnych od władz miasta. W razie mojej przegranej nie mieliśmy wątpliwości, że „pozamiatają nimi ulice”. A jednak mimo niewiary w wygraną trwali i ciężko pracowali. Naszym w zasadzie jedynym narzędziem medialnym był biuletyn, który nazwałem „Żądło” i w którym byłem autorem większości tekstów. Maksymalnie wydawaliśmy dziesięć tysięcy egzemplarzy. „Żądło” okazało się bronią bardzo skuteczną. Jak zdobywaliśmy papier i jak drukowaliśmy, jeszcze dzisiaj nie ujawnię. Ostatecznie wygraliśmy i zostałem prezydentem – jak się później okazało – na dwanaście lat.

Prezydent

Ta wygrana, moja i osób mnie wspierających, była ewenementem na skalę Polski. Czy można na jej podstawie powiedzieć, że w polityce nie ma rzeczy niemożliwych? Bardzo bym chciał, choć pewnie nie jest to takie proste. Obawiam się, że dzisiaj byłoby to już dużo trudniejsze, choć przecież i wtedy nikt albo mało kto, dawał nam szanse. Wiem jednak na pewno, że z wiarą w słuszność tego, co chce się osiągnąć i mając nawet nieliczną grupą lojalnych współpracowników, nadal można wiele dokonać i przede wszystkim przeciwstawiać się wszelkim plagom, które niszczą jakąkolwiek normalność w polskim życiu politycznym. To przekonanie cały czas trzyma mnie w polityce, choć muszę przyznać, że niestety słabnie.

Prezydentem Stalowej Woli byłem przez trzy kadencje. W tym kontekście nie miałem szczęścia. Przez dziesięć z tych dwunastu lat był jakiś kryzys gospodarczy czy to w wymiarze całej Polski, czy to w samej Stalowej Woli. Zaledwie przez dwa lata mogłem pracować bez dotkliwej presji finansowych braków i inwestycyjnych ograniczeń.

Czym była Stalowa Wola w 2002 roku?

To była sypialnia dobudowana do fabryki. Tą fabryką była Huta Stalowa Wola. „Huta matka” organizowała życie większości mieszkańców miasta niemal w każdej dziedzinie. Pod względem gospodarczym Huta była taką jedną wielką rurą zasilającą miasto finansowo. Gdy ta rura się zatykała miasto się dusiło. Przez większość mojej prezydentury, ta rura niestety była zatkana.

W pierwszym lub w drugim roku mojej pierwszej kadencji pod urząd miasta przyszło około dwóch tysięcy pracowników Huty, krzycząc „złodzieje!” Wkurzyło mnie to! Przecież nie miałem żadnego wpływu na sytuację Huty, a było ona rzeczywiście zła. Groziło zwolnienie kilku tysięcy pracowników niemal z dnia na dzień. To byłaby socjalna katastrofa dla miasta. Dla mnie miała taki bezpośredni skutek, że na wypłatę dla urzędników Urzędu Miasta musiałem pożyczać pieniądze. Zrobiłem to w sposób do którego zgodności z prawem można się było przyczepić. Robiłem to jeszcze kilkakrotnie. Cóż, nie miałem wyjścia. Z resztą rozbieżności między nieżyciowym prawem, a koniecznością rozwiązywania realnych problemów, były stałym elementem mojej pracy.

Odnośnie wspomnianej demonstracji, to wyszedłem do tłumu i spytałem komu co z nich ukradłem. Zawyli i gdyby nie szybka reakcja przywódców demonstracji, to byłbym w potężnych opałach. Uciekać nie zamierzałem.  Pod względem gospodarczym chodziło o przekształcenie Stalowej Woli z ośrodka zależnego od jednego wielkiego kombinatu przemysłowego, w system przedsiębiorstw, zróżnicowany pod względem gałęzi przemysłu, nowoczesnego przemysłu. Mogę dzisiaj z satysfakcją stwierdzić, że to się udało. Dzisiaj Stalowa Wola to system kilkudziesięciu rur, które zasilają miasto finansowo poprzez podatki i wynagrodzenia dla pracowników. Nawet jeśli część z rur tego systemu się zatyka, to pozostałe działają sprawnie na tyle, że miasto może funkcjonować normalnie. Skalę tej transformacji pokazuje fakt, że kiedyś „Huta matka” płaciła tyle podatków miastu, iż bez tych pieniędzy nie było mowy o prowadzeniu inwestycji. W ostatnich latach mojej prezydentury Huta płaciła tyle podatku, co Miejski Zakład Komunalny, który był ważnym przedsiębiorstwem, ale nigdy żadnym potentatem gospodarczym. Tym samym finanse miasta przestały być zależne od Huty.

Stalowa Wola – moje miasto

Mimo różnych uwag krytycznych Stalowa Wola to nadal jeden z najważniejszych w Polsce ośrodków przemysłowych. Uważam to za swój sukces, ale w równym stopniu, a nawet większym, to zasługa wielu osób i instytucji, które wspierały miasto swoją ciężką pracą, pomysłami i ofiarnością. Szczególnie cieszy mnie fakt, że udało mi się niemal podwoić dochody z podatków, prawie ich nie podnosząc.

Dzisiaj mało kto pamięta o tym w jakiej krytycznej sytuacji znajdowało się miasto na początku lat dwutysięcznych. Ja pamiętam o swoich błędach, pomyłkach i ofiarach, które nieuchronnie powodowały moje i nie tylko moje decyzje. Chciałbym, żeby przynajmniej w Stalowej Woli pamiętano jednak, że choćby na tle sąsiedniego Tarnobrzegu, nasze miasto jest w skali całej Polski przykładem udanej transformacji gospodarczej, a to wcale nie musiało się udać.

Kiedy „Huta matka” popadała w coraz większe tarapaty trzeba było wymyśleć czym ma być i dla kogo ma być Stalowa Wola jako miasto. Kiedyś mało kto zaprzątał sobie tym głowę. Wszystko załatwiała Huta albo pieniądze od niej. Większość instytucji kształtujących życie mieszkańców po pracy miało w nazwie określenie „zakładowy”. Huta przestała być „Hutą matką” i stała się jedną z kilkudziesięciu firm ani największą, ani najmocniejszą. Miasto musiało zacząć żyć własnym życiem. Wbrew pozorom nie było to wcale ani oczywiste, ani łatwe. Dwa lata zajęło mi stworzenie koncepcji, którą z różnym powodzeniem realizowałem do końca prezydentowania. Miałem świadomość, że podstawą sukcesu w tej sprawie będzie to, czy swoimi koncepcjami i ich realizacją, potrafię wyprzedzać czas. Przez szereg lat potrafiłem to robić i miasto szybko się modernizowało. I tu trzeba również powiedzieć o zasłudze w tej mierze wielu ludzi z których wiedzy, pracy i życzliwości mogłem korzystać. Bez nich miasto niczego by nie osiągnęło i ja również.

Muszę jednak przyznać, że w trzeciej kadencji przestałem wyprzedzać czas. Cieszyła mnie rywalizacja i sukcesy w niej z podobnymi miastami z regionu i z Polski. Tymczasem następowały procesy społeczne, które powinny zmuszać do zmiany myślenia. Potrzebna stawała się coraz ściślejsza współpraca z sąsiadami, a nie rywalizacja. Albo tych procesów w odpowiednim momencie nie dostrzegłem albo ich nie rozumiałem. Powstanie koncepcji czwórmiasta Tarnobrzeg – Sandomierz – Stalowa Wola – Nisko było spóźnioną reakcją na sytuację, w której jasne było, że żadne z tych miast w pojedynkę nie zatrzyma procesów degradacji, które je dotykają w coraz większym stopniu. Czwórmiasto było szansą, która jeszcze zachowuje potencjał, ale ze smutkiem stwierdzam, że obecne władze tych miast nie zdają sobie z tego sprawy. Najlepiej widać to w Stalowej Woli. Mimo bardzo dużych środków, które pisowski rząd przekazuje prezydentowi – swojemu pupilowi, to Stalowa Wola jest najszybciej wyludniającym się miastem w województwie i znajduje się w ścisłej czołówce miast o największym ujemnym przyroście naturalnym. Obawiam się, że przy takiej polityce, to się niestety nie zmieni.

Przegrana

Próbowałem dogonić czas i go nawet ponownie wyprzedzić, ale przegrałem wybory. To, że nie musiałem dalej ponosić odpowiedzialności za Stalową Wolę, było na pewno ulgą, ale był i żal. Kto lubi przegrywać? Często zastanawiam się co będzie ze Stalową Wolą i niestety mało mam dobrych myśli. Mam jednak nadzieję, że historia dobrze oceni lata, gdy zacząłem rządzić miastem pogrążonym w kryzysie i o niepewnej przyszłości, a które udało się przekształcić w miarę nowoczesny, samodzielny ośrodek społeczny, gospodarczy i kulturalny. Jednak czas przyspiesza i przyszłość Stalowej Woli nasuwa więcej pytań niż odpowiedzi. Chciałbym jeszcze coś twórczego dokonać w teraźniejszość i przyszłość Stalowej Woli. Ze względów, które wyjaśnię później, zastanawiam się jednak czy to ma sens.

Od początku lat 90. kiedy zaangażowałem się w politykę w Stalowej Woli, miałem dwa cele. Pierwszym było zostanie prezydentem Stalowej Woli. Ten cel osiągnąłem. Drugim było zostanie posłem na Sejm. Trzy razy startowałem do Sejmu bez powodzenia. Uważałem i nadal uważam, że mam bardzo dobre kwalifikacje, żeby zostać posłem. Jednak z biegiem czasu tracę przekonanie, że to ma sens. Według mnie Polska nie jest niepodległym państwem i pogrąża się w zależności od sił zewnętrznych. Parlament nie jest już instytucją, która potrafi budować siłę niepodległego państwa. To miejsce realizacji partyjno – koteryjnych interesów, coraz bardziej kosztem niepodległości Polski. Narasta we mnie przekonanie, że są to procesy, które zaszły tak daleko, iż stają się nieodwracalne.

Udział w polityce nie był i nie jest dla mnie sposobem na wygodne urządzenie się w życiu. Niczego się w życiu tą drogą nie dorobiłem. Co prawda mam świadomość, że patrząc pod tym kątem dla wielu pewnie uchodzę za nieudacznika, ale mam to po prostu w dupie. Polityka była, jest i będzie dla mnie sposobem realizacji wielkich idei, a jeśli nie ma szans na ich realizację ( uważam, że w tej Polsce już nie ma), to przynajmniej dla idei ważnych za jakie uważam uczciwą, kompetentną i sprawną władzę na szczeblu lokalnym. W pewnej mierze rozumiałem to już będąc prezydentem Stalowej Woli. Stopniowo pozbywałem się wielkich politycznych ambicji. Chciałem w Stalowej Woli zbudować kawałek normalnego państwa. W pewnych obszarach to się udało w pewnych nie. Na przykład udało mi się w bardzo dużym stopniu ograniczyć korupcję, ale nie łudziłem się, że ją w ogóle wyeliminuję. Do tego trzeba by było przebudować system całego państwa, a na to z oczywistych względów nie było i niestety nie ma szans.

Polityka i ja

Polską polityką zawładnęło partyjniactwo. Jest zrozumiałym, że niemal naturalną formą organizacyjną przez którą prowadzi się politykę są partie polityczne. Niestety u nas przybrało to już formę tak zwyrodniałą, że polityka widziana poprzez partyjne interesy podporządkowała sobie rząd, parlament, sądy i inne instytucje mające zasadniczy wpływ na funkcjonowanie państwa. Partyjniactwo dosięgło samorządów, niszcząc istotę samorządności. Widzę to teraz w podkarpackim sejmiku wojewódzkim.

W związku z tym swoją przynależność do partii politycznych traktowałem i traktuję w kategoriach treści i formy. Idee to treść, a partia to forma przez którą treść – idea jest realizowana. Treść – idea jest stała i powinna być niezmienna. Forma – partia jest wtórna w stosunku do treści – idei. Forma – partia powinna być podporządkowana treści – idei i w zależności od możliwości realizacji idei partia może się zmieniać. Zatem jeśli nie mam własnej partii, w której mogę skutecznie realizować swoje idee, to mogę wstąpić do innej partii, która taką szansę daje pod warunkiem zachowania własnej tożsamości. Stąd należałem już do kilku partii i z powyższych powodów nie wykluczam, że jeszcze mogę zmieniać przynależność partyjną. Nigdy nie zmieniłem swojej tożsamości ideowej. Spuentuję to pół żartem, pół serio zdaniem z jednego z opowiadań ulubionego Jana Himilsbacha. Otóż mistrz świata naturszczyków napisał, że „Nieważne z kim się kładziesz spać, ważne jest z kim wstajesz”. Jako kandydat na prezydenta Stalowej Woli kładłem się spać z PiS-em. Wstałem i przez dwanaście lat byłem bezpartyjnym i niezależnym politykiem samorządowym o endeckim profilu ideowym. Tę tożsamość zachowałem i gdy należałem do PSL-u i gdy byłem w Sejmiku członkiem klubu radnych Koalicji Obywatelskiej. Ta tożsamość była powodem tego, że już nie jestem w PSL-u ani we wspomnianym klubie radnych. Forma się zmieniła. Treść została niezmieniona.

Rozumiem, że w polskich warunkach polityk zmieniający partię, traci wiarygodność. Większość polityków zmieniających partię robi to głównie ze względów koniunkturalnych na zasadzie „górą nasi!” A którzy nasi? No ci co górą. Nigdy nie byłem politycznym koniunkturalistą.

Polityką zajmuję się już ponad czterdzieści lat. Jej obecny kształt w Polsce sprawia, że to, o czym marzyłem, by w niej robić oraz to, jaką rolę chciałem w niej pełnić sprawia, iż jestem coraz bliższy porzucenia tych marzeń i zamierzeń.

Nie pamiętam, który ze starożytnych filozofów przyrównał świat do rynku – agory. Na tym rynku gromadzą się trzy grupy ludzi. Najliczniejsi są ci, którzy przyszli coś kupić, zobaczyć, usłyszeć. Mniejszą grupę stanowią ci, którzy przychodzą się pokazać, zyskać poklask, sławę i uznanie. Do tej grupy należą politycy. Trzecią, najmniej liczną grupę, stanowią ci, którzy przychodzą na agorę, by się zastanowić i zrozumieć wszystko, co się tam dzieje. Tymi nielicznymi są filozofowie. W wieku sześćdziesięciu lat jestem rozdarty między drugą a trzecią grupą przychodzących na agorę. Cały czas pociąga mnie zgiełk politycznych walk. Cały czas tli się we mnie iskra i głos szepcący, że zaangażowanie w bieżącą politykę ma sens. Kiedyś ta iskra była płomieniem, a ten głos brzmiał z siłą dzwonu. Czy ta iskra znowu rozgorzeje, a dzwon uderzy?

Coraz częściej – a wiek sprzyja tej refleksji – opanowuje mnie myśl, by dać sobie spokój z bieżącą polityczną szarpaniną. Coraz częściej chciałbym zyskać spokój ducha i dystans do świata mędrca z agory, którego nie pociąga udział w wydarzeniach, ale chęć znalezienia i zrozumienia sensu tego, co się dzieje na agorze. Tylko czy mój ogląd i poziom zrozumienia świata, a w tym polityki, kiedykolwiek będzie mnie kwalifikował na mędrca?  I oto tak tłumaczę swoim czytelnikom, ale głównie sobie to, co robiłem i robię w polityce przy okazji sześćdziesiątych urodzin.

Andrzej Szlęzak

Myśl Polska, nr 5-6 (29.01-5.02.2023)

Redakcja