PublicystykaDanek: Polska tajemna

Redakcja1 miesiąc temu
Wspomoz Fundacje

Aleksandr Dugin to rosyjski myśliciel, który wzbudza w Polsce emocje nieproporcjonalne do rzeczywistej znajomości jego dzieł i poglądów. Co parę lat ktoś w naszym kraju znowu zaczyna demonizować autora „Templariuszy proletariatu” i dzisiaj też się to dzieje, ze względu na obecne wydarzenia na arenie międzynarodowej i jego do nich komentarze.

Szczerze mówiąc, te rytualne filipiki przeciw Duginowi dla mnie zawsze pobrzmiewały kompleksem niższości, złością ludzi świadomych, że nie są zdolni podnieść rękawicy. Bo taka jest prawda: choćby wszystkie nasze intelektualne mizeroty, wszyscy nasi specjaliści od recyklingu banałów i sztamp, wszystkie nasze Nowe Konfederacje i Nowe Łady, Kluby Jagiellońskie, „Pressje” i „Do Rzeczy”, „Arcana” i „Nowe Państwa” zjednoczyły się w piskliwym chórze oburzenia i płyciutkiej krytyki, to w całej Polsce nie znajdą nikogo, kogo mogliby przeciwstawić Duginowi pod względem wizji politycznej – jej rozmachu, żywości, pogłębienia.

Dla większości naszych podwórkowych hejterów Dugina wciąż jedynym punktem odniesienia, a wcale nierzadko zgoła jedynym źródłem wiedzy o nim, pozostaje wywiad, jakiego ówczesny ideolog rosyjskiej Partii Narodowo-Bolszewickiej udzielił Grzegorzowi Górnemu już przed prawie ćwierćwieczem, w 1998 r. A nawet nie cały wywiad, tylko parę wyjętych z niego krótkich fragmentów, cytatów. Dugin powiedział wówczas między innymi: „Stanowczo bliższe są mi słowiańsko-eurazjatyckie źródła polskości, ich element etniczny, a nawet pogański. Pociągają mnie pewne pierwiastki wschodnie czy też orientalne, kultura mniejszości. Myślę, że to, co najlepsze w polskiej historii, to tradycja żydowska w małych miasteczkach wschodniej Polski. Właściwie interesuje mnie w Polsce wszystko, co było antykatolickie: polska masoneria i okultyści, Jan Potocki i Hoene-Wroński, Mienżyński i Dzierżyński… Oni wszyscy wybrali drogę eurazjatycką”.

Zawsze fascynowały mnie te słowa

Nie dlatego, żebym miał sympatyzować ze wszystkim w dziejach Polski, co antykatolickie. Ze względu na to, co one pokazują: jak ważna i potrzebna jest świadomość istnienia alternatywnej tradycji, możliwości zinterpretowania historii własnej wspólnoty narodowej według innego klucza, niż to się najczęściej, sztampowo czyni. Tej świadomości jak tlenu potrzebuje polska prawica, bo dla lewicy tradycja tak czy siak pozostaje obojętna lub nienawistna, podczas gdy prawica w naszym kraju cierpi w tej kwestii na chroniczne niedotlenienie mózgu.

Nadal dominuje u nas przekonanie, że osią historii Polski są patetyczne klęski oraz zbiorowe akty autodestrukcji lub bezmyślności, od nieodpowiedzialnego wszczęcia wojny domowej przez konfederatów barskich, przez nieodpowiedzialne wszczęcie II wojny światowej przez sanację, co nie chciała oddać „ani guzika”, po nieodpowiedzialne przedłużanie wojny domowej przez krwawą bieganinę „żołnierzy wyklętych”, rzecz jasna zawsze pod bogoojczyźnianymi hasłami, bo dla polskiej tromtadracji najważniejsze są hasła, nie skutki. Że to właśnie one są dla nas wzorem, zobowiązaniem, inspiracją. Ileż razy słyszałem – w XXI wieku – frazesy w stylu: chcesz czy nie, tacy właśnie jesteśmy, taki jest duch dziejów Polski, duch naszego narodu, musisz to uznać i uszanować [1].

Otóż nie. Ani JA nie muszę, ani MY nie powinniśmy. Jak uczyła krakowska szkoła historyczna, tradycja nie polega na przyjmowaniu (a tym bardziej afirmowaniu) wszystkiego jak leci, co wydarzyło się w historii naszego kraju. Tradycja to rezultat dokonania wyboru z historii wydarzeń kluczowych dla zbiorowej tożsamości narodu. Wyboru tego dokonuje rozum stanu, czy też rozum polityczny. A o interpretacji naszych dziejów, poprzez którą z dumą przedstawiamy się jako szlachetni (we własnym mniemaniu) głupcy, zawsze gotowi zaryzykować samozniszczenie (i rzeź rodaków) dla idei (byle jakiej) – najchętniej za podszeptem Anglosasów – na pewno nie można powiedzieć, że została podyktowana przez rozum stanu. Nie dajcie się moralnie sterroryzować ludziom, którzy bogoojczyźnianymi babskimi krzykami próbują nam wpoić, że tym właśnie jest „polskość”.

Kolejny problem: polskie dyskusje o historii ojczystej, a także jej nauczanie, z reguły wtłaczane są w ciasne ramy mitu o odwiecznym dążeniu narodu polskiego do budowy, a potem odzyskania i utrzymania niepodległego PAŃSTWA NARODOWEGO. Bo przecież skoro inni (czytaj: Europa Zachodnia) tworzyli swoje NOWOCZESNE państwa narodowe, to musieliśmy i my, nieprawdaż? To dlatego na przykład refleksja nad historią prezentowana przez kręgi intelektualne związane z PiS obsesyjnie (i nudno) kręci się wokół tematu „modernizacji” (i Rosji). Jakże płytka i uboga jest treść tego mitu w porównaniu z bogactwem prawdziwych dziejów Polski. Państwo narodowe – ten sztuczny wymysł dziewiętnastowiecznych mieszczuchów; jak wiele z tego, co niosła nasza historia, trzeba było zniszczyć i odrzucić, by wprowadzić go w życie, a może raczej – życie wprowadzić w niego.

Wzywam więc: wynieśmy na śmietnik nawarstwione stereotypy tromtadrackie, nacjonalistyczne, demokratyczne, republikańskie, endeckie, PiS-owskie i wydobądźmy zagrzebaną pod nimi przez tyle lat – Polskę tajemną. Polskę rozświetloną perspektywą uniwersalistyczną, stanowiącą ogniwo szerszego porządku świata, a nie Polskę – zbiorowy solipsyzm narodu w stylu fichteańskim. Tę, której wyrazicielami byli polscy słowianofile [2] z lat 1815-1830, a nie nieszczęsne „wolnomularstwa narodowe”, „towarzystwa patriotyczne” i grupki podchorążych-morderców, co bohatersko zmarnowały cały wysiłek odbudowy kraju po rozbiorach i wojnach napoleońskich.

Polskę, której wyrazicielami byli wszyscy ci, co uczyli Polaków, jak zamieszkiwać swój świat, zamiast go niszczyć i podpalać: stańczycy, organicznicy, ugodowcy, trójlojaliści, „kataryniarze”, „żubry kresowe”, „krajowcy” litewscy i ukraińscy, nawet tak często lekceważeni przez nas w latach szkolnych polscy pozytywiści – a nie demagogia i polityczna żulia insurekcjonistów, socjalistów, endeków, ludowców. Wprawdzie Wojciech Wasiutyński (w czasach, gdy był jeszcze rewolucyjnym nacjonalistą) spostrzegawczo zauważył, iż pośród naszych obozów politycznych stronnictwo ludowe „było najbardziej może polskie z typu” [3] – ale niech za figurę dla ruchu ludowego archetypiczną przestanie robić Wincenty Witos, a miejsce to zajmie prawdziwy patriarcha ruchu, ksiądz Stanisław Stojałowski: „moskalofil”, monarchista i solidarysta.

Wydobądźmy z niesprawiedliwego zapomnienia tę Polskę, której bronili prawdziwi bohaterowie doby powstania styczniowego: margrabia Aleksander Wielopolski, hrabia Andrzej Zamoyski, ksiądz Hieronim Kajsiewicz, Józef Aleksander Miniszewski – a nie Romuald Traugutt, najbardziej klasyczny przykład tyle razy powielanego w naszych dziejach przypadku dobrego człowieka dającego się użyć do uwiarygodnienia złej sprawy (serio, więcej od niego zrobił dla Polski choćby Leopold Kronenberg).

Skoro tak wielkie znaczenie ma dla nas symbol „walki o niepodległość”, to umiejmy w I wojnie światowej dostrzec przede wszystkim czyn POLITYCZNY obozu „aktywistów”, a nie wiecznie tylko „czyn zbrojny”, pod którą to nazwą od stu czy więcej lat wpaja się nam kult wymachiwania szabelką bez zastanowienia, w dowolnym kierunku oraz bez oglądania się na efekty i konsekwencje. Ileż się zmieni – na lepsze – w naszym obrazie świata, jeśli za nauczycieli myślenia w kategoriach polskich, myślenia o naszej historii, będą nam służyć pisarze tacy jak Aleksander Bocheński czy Ksawery Pruszyński, a nie czereda barykadowych poetów od bagnetu na broń.

Dopiero odrzucenie mitu „budowy państwa narodowego” [4] daje głębszy i żywszy wgląd w nasze dzieje ojczyste. W epokach takich jak rozbicie dzielnicowe czy zabory pozwala ujrzeć immanentny rozwój, ich własny sens, a nie tylko wymyślone i apriorycznie założone „dążenie narodu do zjednoczenia”. Zrozumiemy sens walki obozu staroszlacheckiego (nazywanego też przez różnych autorów hetmańskim, „republikanckim” czy po prostu „narodowym”) w czasach stanisławowskich, chcącego ocalić oryginalną osobowość Polski (a także jej państwową egzystencję) przed zheblowaniem według obcych wzorców przez obóz nazywany w szkolnych podręcznikach „patriotycznym”.

I prawdziwy sens Konstytucji 3 Maja: głupiego, nieżyciowego manifestu doktryn modnych na salonach zapatrzonych w Anglię i w salony francuskie; przyczyny zagłady naszego państwa, a nie urojonego aktu wielkiej wagi, jakim w ramach naszych kompleksów usiłujemy chwalić się przed Zachodem („druga nowoczesna konstytucja na świecie i pierwsza w Europie”). Teraz dopiero rozbłyskuje w pełni prawdziwy złoty wiek naszych dziejów: wiek „monarchii Gallowej” [5], zwłaszcza do czasów Bolesława Śmiałego – a nie okres jagielloński i sarmacki, dzisiaj przedstawiane w duchu prezentyzmu jako wynalezienie przez Polskę demokracji i republiki, w celu udowodnienia na siłę, że my, Polacy, jesteśmy bardziej zachodni od Zachodu. Adam Mickiewicz odsłania oblicze rewolucyjnego konserwatysty (jak w swoich wnikliwych studiach nazwali go profesorowie Juliusz Kleiner i Andrzej Walicki), zrzuca wciskany na niego kostium proto-demokraty, prekursora ideologii „samostanowienia narodów”.

Jego najważniejszym dziełem politycznym stają się nie „Dziady, część III”, lecz „Prelekcje paryskie”, ta do dziś nie wyzyskana należycie skarbnica oryginalnej polskiej idei narodowej. „Pan Tadeusz” jawi się zaś na powrót jako to, czym jest w istocie: szczytowym osiągnięciem arcypolskiego gatunku literackiego, jakim była gawęda szlachecka; opisem wspaniałego starego świata, do którego powinniśmy tęsknić – a nie agitacyjnym tekstem nawołującym do kolejnych „powstań narodowych”.

Naszymi duchami opiekuńczymi w tym wysiłku zrozumienia są wszyscy nie mieszczący się w kanonie cepeliowego patriotyzmu. Polacy (zaskakująco liczni), którzy walczyli w powstaniach śląskich… po stronie niemieckiej. Niemcy, którzy walczyli w powstaniach śląskich po stronie polskiej. Żydzi – polscy konserwatyści i państwowcy. Politycy, którzy podczas II wojny światowej starali się znaleźć modus vivendi w stosunkach Polski z Niemcami lub Sowietami. Komuniści i działacze PZPR, którzy wprowadzali realne zmiany na lepsze w życiu zbiorowym narodu, wcale niekoniecznie w opozycji do ówczesnego systemu. Konserwatyści i katolicy, którzy popierali PRL, bo dostrzegli w niej większe dobro obok mniejszego zła. Antysemici w KOR, ROPCiO i „Solidarności”, spędzający sen z powiek Geremkowi i Michnikowi, a znienawidzeni przez postsolidarnościową centroprawicę. I tylu innych.

Do tej Polski – Polski tajemnej – sięgaj; z niej zaczerpnij siłę myśli.

A potem chodź ze mną.

Adam Danek 

[1] Pewien rozmówca posunął się nawet do stwierdzenia, że takie przeznaczenie dał naszemu krajowi Bóg (oby odpuścił poczciwcowi to złamanie II przykazania).

[2] Za nazwiska-symbole tego kierunku niech posłużą Jan Potocki (1761-1815), Wawrzyniec Surowiecki (1769-1827), Zorian Dołęga-Chodakowski (1784-1825), Ignacy Benedykt Rakowiecki (1783-1839), Wacław Aleksander Maciejowski (1792-1883). Idąc tym tropem, więcej Czytelnik znajdzie sam.

[3] Wojciech Wasiutyński, „Z czym do gości”, „Prosto z Mostu”, 1936, nr 15-16, s. 12.

[4] Nawet sama ta kategoria jest kopiowaniem obcych, zagranicznych – oczywiście zachodnich i anglosaskich – schematów: w oryginale wyrażenie to brzmi nation-building.

[5] Zob. Jan Adamus, „O monarchii Gallowej”, Warszawa 1952.

Myśl Polska, nr 33-34 (14-21.08.2022)

Redakcja