Publicystyka Tomczak: „Antyfaszyzm” jako projekt zmiany świata

Redakcja14 minut temu
Wspomoz Fundacje

Różne XX-wieczne lewicowe nurty ideowe, dążąc do tego co one same określały jako „rekonstrukcja” świata dowodziły, że silna metafizyka, czyli charakterystyczne dla filozofii klasycznej przekonanie o istnieniu prawdy – obiektywnej, niezmiennej i poznawalnej – jest źródłem totalitaryzmu.

Skoro człowiek wie jaka jest prawda, będzie dążył do narzucania jej innym wbrew ich woli – przekonywali przedstawiciele tych nurtów.  Szczególną rolę odegrała tu myśl postmodernistów, głoszących za Michelem Foucault, że „Prawda nad zniewoli” czy używających „teorii języka” Jacquesa Lacana, dowodząc, że słowa, jakimi się porozumiewamy są narzędziami władzy i należy zmieniać język, by wyzwolić się z zależności władzy i podporządkowania tym, którzy nami nieoficjalnie rządzą.

Przypisywanie współczesnej lewicy powinowactwa z marksizmem jest najczęściej nadużyciem i schematem myślowym bądź chwytem retorycznym prawicowych publicystów. Możemy natomiast mówić o takim związku w tym sensie, że utożsamiające się z lewicą grupy, takie jak opisywani tu “antyfaszyści” w dychotomicznym podziale na nurty “silnie przywiązane do prawdy” oraz “rozmywające prawdę” w istocie zdecydowanie mieszczą się bliżej marksizmu niż postmodernizmu.

Nie przeszkadza im to skrywać się za parawanem relatywizmu, przedstawianego jako zapobieganie faszyzmowi właśnie. O czym mówimy? Otóż, „antyfaszyści” mają skłonność do „selektywnego uświęcania” różnych prawd.  Różnią się w tym sensie od lewicowych intelektualistów opisywanych kiedyś przez Ryszarda Legutko, odrzucających antykomunizm nie z powodu sympatii do ZSRR, lecz jako zawierający zbyt wyraźne (a przez to groźne) odróżnienie dobra od zła, prawdy od nieprawdy.

Charakterystycznym przykładem jest książka Jasona Stanleya „Jak działa faszyzm. My kontra oni”.

„Antyfaszyści” są fanatykami ścigania „kłamstwa oświęcimskiego”, ze szkodą dla otwartości poznawczej, badań historycznych, dyskusji i wolności słowa – dodajmy, że nie mówimy tu o oponowaniu przeciwko negacji istnienia komór gazowych, lecz o dążeniu do wyeliminowania wszelkich zdań innych od tych przekazujących „dogmatyczną” prawdę. Pomińmy tu kwestię czy – choćby wobec ogromu zła wyrządzonego przez niemieckich narodowych socjalistów i instrumentalnym wykorzystywaniu historii przez demagogów różnorakiej proweniencji – popieramy penalizację „kłamstwa oświęcimskiego”. Elementarna spójność światopoglądowa wymaga, by osoby, które dogmatyzują „kłamstwo oświęcimskie” analogiczną sankcją prawną obłożyły głoszenie nieprawdy na temat najistotniejszych i zarazem najbardziej wrażliwych kwestii z najnowszej historii Polski.

A tymczasem…

„Polityka faszystowska wypiera wszelkie mroczne epizody historii narodu. Na początku 2018 roku polski sejm przyjął ustawę zakazującą choćby sugerowania, że Polska podnosi odpowiedzialność za jakiekolwiek zbrodnie popełnione na jej terytorium podczas okupacji niemieckiej ziem polskich – nawet za dobrze udokumentowane pogromy z tego okresu” (s. 49). Następnie Stanley cytuje art. 55a ust. 1 Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej: „Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie lub inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne, podlega karze grzywny lub karze pozbawienia wolności do lat 3”. Oczywiście, Stanley nie zechciał wspomnieć o dekryminalizacji takiego czynu wprowadzonej niedługo po jego penalizacji.

Natychmiastowe przeskakiwanie od relatywizmu do absolutyzmu i z powrotem przejawia sam Sierakowski, uprawiając negacjonizm wołyński przez negowanie faktu, iż zbrodnia wołyńska była ludobójstwem. Czyli można uznać, że dążenie do zagłady wszystkich przedstawicieli danej nacji i mordowanie ich tylko dlatego, że do niej należą jest tak czymś tak unikalnym w swojej zbrodniczości, że każda próba podważenia danych przedstawionych wiele lat temu przez historyków jest nie tyle nawet nikczemnością co przestępstwem. Można też jednak uznać, że takie same działania powinny być nie tylko prawnie dopuszczalne, ale że próba ich zakazania jest „faszystowska”. Wszystko zależy od tego czy ludobójstwo dotyczy Żydów czy Polaków.

 „Antyfaszystowskie” piruety

Znamienne są piruety samego Jasona Stanleya, który stosuje charakterystyczną manipulację uwiarygodniającą go w oczach czytelnika. Polega ona na tym, że przeprowadza kilka rozumowań logicznych (przy czym dotyczą one, rzecz jasna, wąskiego zakresu omawianego zagadnienia), zaś następnie – gdy wskazane byłoby odniesienie podważanej przez niego, „faszystowskiej” tezy do statystyk czy badań naukowych – ucieka w oburzenie i potępienie moralne bądź zaprzeczenie bez jakiegokolwiek uzasadnienia. Strefa komfortu „antyfaszysty” to obszar zajmowany przez moralistę, nie zaś publicystę czy politologa.

Omawiając dwie książki, które ocenia jako rasistowskie (s. 147) – „Rasowe cechy i skłonności amerykańskich Murzynów” oraz „Liczenie ofiar. Moralne ubóstwo… i jak wygrać wojnę USA z przestępczością i narkotykami” – Jason Stanley w niewielkim fragmencie najpierw manipuluje, zaś następnie oburza się na „faszystów” za to, że ci… za bardzo ufają nauce. Niemożliwe?

„Książka ostrzegała przed nadchodzącą falą przemocy z ich strony (fala oczywiście nie wystąpiła; brutalna przemoc w kolejnych latach zmalała, zamiast drastycznie wzrosnąć). Te pozycje wyznaczają stulecie istnienia pseudonauki, pogłębiającej w amerykańskiej świadomości związek między przestępczością i Amerykanami pochodzącymi od zniewolonych Afrykanów. Pomimo dzielącego je wieku obie są uderzająco podobne: wykorzystują suchy język statystyk do wzbudzania moralnej paniki przed nadchodzącą falą warunkowanej rasowo przemocy”.

Z jednej strony – i niech Czytelnik pozwoli mi uznać, że ten zabieg Stanleya jest całkowicie celowy – autor nie pisze jaka „fala przemocy” zmalała: czy mówimy o ogólnym spadku liczby przestępstw czy o jej zmniejszeniu liczby tych popełnianych przez czarnoskórą ludność?

I dalej – skoro Stanley twierdzi, że „brutalna przemoc w kolejnych latach zmalała”, oznacza to, iż przyznaje, że taka właśnie występowała z udziałem czarnoskórej ludności? Czy Stanley nieświadomie wspiera „rasistowską” narrację? A jeśli tak to czy robi tak dlatego, że nie da się znaleźć jakichkolwiek danych, które dowodziłyby czegokolwiek innego niż te „rasistowskie”? Czy klasyfikowanie statystyk i danych naukowych jako „rasistowskich”, a zatem nie przez pryzmat wykorzystanej przy ich tworzeniu metodologii, lecz wniosków, do których prowadzą nie jest jednym z najbardziej ideologicznych zabiegów z istniejących, a przy tym takim, jaki Stanley i jemu podobni przypisują „faszystom”? Czy „faszystowska” metodologia jest usprawiedliwiona, jeśli wspomaga tezy „antyfaszystowskie”?

Czy Stanley tak naprawdę uznaje prawdziwość „rasistowskich” statystyk, broniąc Afrykanów przy użyciu faktu, iż byli oni „zniewoleni”? Bo po co miałby wspominać to „zniewolenie” jako przyczynę, skoro skutek w postaci zwiększonej przestępczości wcale nie występuje? Jason Stanley wielokrotnie „bareizuje” dowodząc, że „nie jest prawdą, że nad łóżkami dach przeciekał – szczególnie, że prawie nie padało”. A może chce wykorzystać „ogólne wrażenie” spadku brutalności na amerykańskich ulicach, by dowieść, że nastąpił spadek liczby przestępstw wśród ludności czarnoskórej?

Z drugiej strony – jak połączyć równie swawolne wybiegi publicystyczne z chęcią udowodnienia, że „faszyści” kłamią? Jak wykazać wrogość „faszystów” wobec nauki, czyniąc w gruncie rzeczy zarzut z tego, że posługują się oni danymi statystycznymi? Jak uczynić język statystyk mniej „suchym” – nie brać pod uwagę koloru skóry? Lecz skoro narracja „faszystów” jest kłamliwa, to przecież czego ich tropiciele mieliby się obawiać? Czy nie wystarczyłoby jedynie przedstawić do wiadomości publicznej danych i kłamliwość „faszystów” zostałaby wykazana z mocą wręcz piorunującą?

Merytoryczna analiza kilku ledwie zdań sformułowanych przez Jasona Stanleya wskazuje sposób, w jaki pisana jest cała jego książka, ale też niezliczone ilości innych publikacji tropicieli „faszyzmu”.

„Metodologia badawcza” ludzi pokroju Jasona Stanleya jako swoją podstawową “metodę” traktuje oburzanie się, moralizowanie i autoprezentację w chwale ludzi racjonalnych, wykształconych i otwartych.

Jednocześnie tkwią oni też w pewnym przedziwnym rozdarciu. Z jednej strony epatują tym, co stanowi ich budulec i motor napędowy, a więc przekonaniem o własnej moralnej słuszności i wyższości zarazem. Z drugiej strony (choć źródło takiego podejścia tkwi we wspomnianym przekonaniu), czują się zwolnieni z przeprowadzania procesów logicznych i należytego uzasadniania formułowanych wniosków. To co obowiązuje wszystkich innych, tych żuczków, parobków i rzemieślników, niewolników pragmatyzmu skutkującego pytaniami typu: „a z czego to wynika?”, nie dotyczy przecież depozytariuszy całej światłości, jaką świat zgromadził.

„Racjonalność”, „światłość”, „naukowe podstawy”, „źródło w wiedzy” to w istocie estetyczne kwantyfikatory, środowiskowe zaklęcia i rytualne „puszczenie oka” do „swoich” – tropiciele faszyzmu równie często mówią o własnej racjonalności co dają wyraz jej całkowitego lekceważenia w przedstawianej argumentacji. Podkreślanie wykształcenia w gruncie rzeczy odwołuje się do etosu, jest roztaczaniem wokół siebie aureoli, nie łącząc się z uwidacznianiem logiki, wiedzy czy sposobów rozumowania, do jakich wykształcenie powinno prowadzić.

Jacek Tomczak

Myśl Polska, nr 33-34 (16-23.08.2026)

Redakcja