Cieszy mię ten rym: Polak mądr po szkodzie/ Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie/ Nową przypowieść Polak sobie kupi/ Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi
Jan Kochanowski, Pieśń o spustoszeniu Podola
Jeśli dzieje Polski czegoś uczą, to tego, że położenie geograficzne nie gwarantuje sukcesu politycznego. Częściej można się spotkać z przekonaniem, że Polska leży na „najlepszej działce na globie” niż z przykładami wykorzystania tego przywileju dla własnej korzyści. Wielokrotnie ponosiliśmy koszty naszego usytuowania. Skoro więc Polska leży na obszarze o wyjątkowym znaczeniu geopolitycznym, dlaczego od czterystu lat częściej na tym traci niż zyskuje?
Brytyjski geograf Halford John Mackinder (1861-1947) scharakteryzował „najlepszą działkę na globie” w dziele „Ideały demokratyczne i rzeczywistość” (Democratic Ideals and Reality, 1919), gdzie napisał znamienne słowa: „Kto panuje we wschodniej Europie – panuje nad sercem Eurazji. Kto panuje nad sercem Eurazji, ten panuje nad wyspą światową. Kto panuje nad wyspą światową, ten panuje nad światem”. Słynną teorię Heartlandu (serca Eurazji) sformułował już w 1904 roku w artykule „Geograficzna oś historii”, opublikowanym przez Królewskie Towarzystwo Geograficzne. Do dzisiaj stanowi ona podstawę dla rozumienia stosunków międzynarodowych, a w Stanach Zjednoczonych stała za doktryną powstrzymywania Związku Radzieckiego i Chin. Obecnie pomaga wyjaśnić geopolityczne tło rywalizacji amerykańsko-rosyjskiej. Najkrwawszym jej polem stała się Ukraina, po tym jak demokratycznie wybrany prezydent Wiktor Janukowycz opowiedział się za przystąpieniem Ukrainy do Azjatyckiego Obszaru Gospodarczego, a nie stowarzyszeniem z Unią Europejską. Polska bierze udział w tej wojnie po stronie Zachodu, ponieważ po 1989 roku została do niego inkorporowana.
Kolorowa rewolucja, czyli nihil novi sub sole
Jak zauważa Hans-Hermann Hoppe, po upadku socjalizmu Europa Wschodnia stała się obszarem otwartym dla zachodniej ekspansji kapitałowej. Proces transformacji oznaczał nie tylko prywatyzację majątku państwowego, ale również przyjęcie instytucji finansowych wzorowanych na modelu zachodnim. W jego interpretacji stworzyło to mechanizm zależności gospodarczej, w którym kapitał i system kredytowy stały się narzędziami utrwalania przewagi Zachodu nad gospodarkami regionu. „Wraz z upadkiem socjalizmu, kraje Europy Wschodniej miały nagle coś do zaoferowania [..] część wschodnioeuropejskiego majątku stała się z dnia na dzień do wzięcia” („Demokracja – bóg, który zawiódł”, 2006, str. 191).
Transformacja znaczona w Polsce nazwiskiem Balcerowicza była przeprowadzana przez ludzi dobrze rozumiejących, że zyski są większe neoliberalnej gospodarce Zachodu niż w centralnie planowanych gospodarkach państw bloku wschodniego. Dość inżynierów budujących fabryki w epoce towarzysza Gierka, było na zagranicznych stażach, żeby różnicę znać z autopsji. Profesor Andrzej Targowski główny projektant i inicjator systemu PESEL, odsunięty na boczny tor przez PZPR za projekty m.in. Infostrady (prototypu Internetu zakładającego zagrażający cenzurze i monopolowi partii swobodny przepływ informacji) twierdził nawet, że to właśnie szeroka grupa inżynierów po powrocie z Zachodu (i po niewątpliwym kontakcie z CIA) była podstawą ruchu „Solidarność”. Obłożony zakazem publikacji i odsunięty od kluczowych projektów Targowski wyjechał na Zachód, gdzie pracował dla koncernu IBM. Pozostali podjęli wieloletni proces integracji Polski z gospodarkami zachodnimi, rozpoczęty od zaciągnięcia kredytów i zakupu licencji. Można wątpić, czy zdawali sobie sprawę z geopolitycznego kontekstu przeprowadzanych przez siebie zmian (vide: Paweł Bożyk „Apokalipsa według Pawła. Jak zniszczono nasz kraj”, Wektory, 2015).
Czy w pełni zdawali się sobie z niego sprawę myśliciele polityczni? Roman Dmowski w „Niemcy, Rosja i kwestia polska”, Adolf Bocheński w „Między Niemcami a Rosją” czy Aleksander Bocheński w „Dziejach głupoty w Polsce” zawarli analizy położenia politycznego Polski (choć nie zawsze dawali trafne predykcje). Jednak zmienność tego położenia była przez nich przyjmowana po prostu jako dana empiryczna, do której należy się przystosować. Tak właśnie rozumiany jest w Polsce realizm polityczny. Realiści nie zajmują się przyczynami tej zmienności. Stąd operacyjny, nakierowany na optymalizację środków, a nie strategiczny, identyfikujący przyczyny celowe charakter analiz. W polskiej pamięci historycznej wyprawa Napoleona na Moskwę będzie romantyczną krucjatą, sentymentalnie wspominaną w mickiewiczowskim „Panu Tadeuszu” a nie cesarską próbą domknięcia kontynentalnej blokady Anglii. Bez szerokiego kontekstu geopolitycznego wojny napoleońskie są równie niepojęte jak długotrwały pokój między zaborcami w niezrozumiałym momencie przerwany I wojną światową.
Brak strategicznego myślenia jest obecny zarówno w dawnej jak i najnowszej historii Polski. O Rzeczypospolitej przedrozbiorowej pisze się w kategoriach polityki dynastycznej lub religijnej, odrzucając sugestie geopolityczne jako niedorzeczne (patrz dalej casus Zygmunta III Wazy). Tradycji powstańczej trudno w ogóle nadać sensowną polityczną interpretację. W II RP pojawiają się oderwane od rzeczywistości mocarstwowo – kolonialne urojenia, które można rozumieć jako protezę myślenia geopolitycznego poniewczasie. Natomiast w PRL brak strategii stanowi zasadę ustrojową narzuconą przez Moskwę, którą po 1989 roku wykorzystał Zachód.
Trudności w traktowaniu historii jako nauki, znane były już Arystotelesowi. Zdawał sobie on sprawę, że wyjaśnienie naukowe domaga się konieczności i ogólności a tymczasem na historię (tj. dzieje) składają się przygodne wydarzenia. Fakty mogą się zdarzyć, jak zdarzyła się insurekcja kościuszkowska lub nie zdarzyć, jak nie miało miejsca zwycięstwo powstania listopadowego. Jakie prawa mogłyby regulować coś tak przygodnego?
Choć trudno jest traktować historię w kategoriach naukowych to nie znaczy, że się nie da. Przekonują o tym realizm ofensywny Johna Mearsheimera i kliodynamika Petera Turchina, które można zastosować do analizy polskiego przypadku. Historia Polski ilustruje bowiem powtarzający się mechanizm: państwo położone między wielkimi centrami siły płaci cenę, gdy nie potrafi wyzyskać swego położenia. Łatwiej jednak popada się w mitologizację historii, jak w przypadku gloryfikacji powstań „narodowych”. Niezależnie od wersji (mesjanistycznej dla wierzących, a prometejskiej dla ateuszy) czyni się to zawsze w oderwaniu od geopolitycznego kontekstu.
Ślepy spichlerz Europy
Mackinder nie powiedział niczego odkrywczego. Podsumował kilkusetletnie funkcjonowanie nowatorskiego systemu finansowego w chwili, gdy skutki stały się widoczne na mapie politycznej. Teza Mackindera o globalnym znaczeniu Europy Wschodniej dostarcza klucza interpretacyjnego pozwalającego na wyjaśnienie dziejów Rzeczypospolitej w spójny sposób, choć słabo obecny w polskim piśmiennictwie.
W XVI wieku Rzeczpospolita uważała się za potęgę, ale z systemowego punktu widzenia była ślepa i bezbronna. Wielkie odkrycia geograficzne przeniosły środek ciężkości życia gospodarczego z handlu kontynentalnego na handel morski. „W przeciwieństwie do Polski, która w następstwie podbojów tureckich została de facto odcięta od jedwabnego szlaku, zachód Starego Kontynentu posiadał swobodny dostęp handlowy do Chin, czy Indii” (J. Woziński, „Od ujścia Wisły po Morze Czarne. Handlowo – gospodarcze tło dziejów Polski 1572-1795”, t.2, str. 175). Warto pamiętać, że do końca XVIII wieku Chiny były największą gospodarką świata. Dopiero rewolucja przemysłowa w Anglii zmieniła ten stan rzeczy. Polska szlachta, oddając kontrolę nad ujściem Wisły obcym kupcom i rezygnując z budowy floty morskiej, skazała olbrzymie obszarowo państwo na rolę dostawcy półproduktów rolnych i leśnych.
Holendrzy a potem Brytyjczycy doskonale rozumieli, że kontrolowanie terytorium generuje olbrzymie koszty (utrzymanie armii, tłumienie powstań itd.). Wobec wielkości zajmowanych obszarów jest czasem niemożliwe, jak przekonali się o tym Napoleon Bonaparte i Adolf Hitler. Efektywniej jest kontrolować punkty węzłowe globalnego handlu (porty i wybrzeża) oraz oraz obsługujące go rynki finansowe. Problemy polityczne można rozwiązywać z pomocą lokalnych wojen toczonych przez tubylców. To jest istotą koncepcji Wybrzeża (Rimlandu) i zabezpieczającej go potęgi morskiej (Sea Power). Jej zasady wypracowywano właśnie w relacjach z Rzeczypospolitą. Za pomocą autonomicznego pośrednika, jakim był Gdańsk, narzucono Polsce asymetrię wymiany handlowej. Rzeczpospolita eksportowała nisko przetworzone surowce o niskiej wartości dodanej (produkty rolne i leśne), a importowała drogie dobra luksusowe, sukno, wino i korzenie. Ponieważ Polska nie posiadała własnej floty handlowej, marża z transportu morskiego, ubezpieczeń i obrotu giełdowego zostawała w Amsterdamie a potem w Londynie. Brytyjski model neokolonialny opierał się zatem na mechanizmie opisanym przez cytowanego Hoppe’go w odniesieniu do transformacji po 1989 roku: narzuceniu kontrolowanej z zewnątrz ekspansji kredytowej. Kraj eksploatowany zostaje wciągnięty w spiralę zadłużenia. W tym momencie lokalna praca i produkcja stają się zabezpieczeniem dla odsetek wypłacanych zachodnim syndykatom. Szlachcie zostaje tylko podnoszenie wymiaru pańszczyzny.
Polacy wychowani na sienkiewiczowskiej lub martyrologicznej wizji historii, utożsamiają kolonializm z podbojem militarnym. Myślą o obcych (niedawno ukraińskich) flagach powiewających nad urzędami i fizycznej okupacji. Nie rozumieją natomiast istoty kolonizacji finansowej i handlowej. W tym mechanizmie podziału pracy państwo zachowuje formalne atrybuty niepodległości, takie jak godło, rządy i granice. Jednak jego krwiobieg ekonomiczny zostaje wykorzystany przez zewnętrzne ośrodki kapitałowe. Władcy wykazujący się rozumieniem tej problematyki nie zyskują uznania dziejopisów. Mam na myśli Zygmunta III Wazę. Podręcznikowe klisze każą widzieć w nim katolickiego fanatyka, który marnował polską krew w dynastycznych wojnach o koronę szwedzką i moskiewskim samodurstwie. Tezę, że Waza chciał ogromnemu, osadzonemu wyłącznie na lądzie państwu dać suwerenne instrumenty handlowe nie jest nawet rozważana.
Jakub Woziński zarzuca polskiej historiografii, że ta nie pojmuje koncepcji tego władcy. Unia Polski, Litwy i Rosji pod jednym berłem oznaczałaby stworzenie potężnego imperium od Wisły po Kamczatkę. Wyposażenie takiego lądowego giganta w instrumenty polityki morskiej zapewniało udział w światowym handlu, w tym handlu bez zachodnich pośredników ze Wschodem, gdzie znajdowała się największa gospodarka świata. Zygmunt III Waza miał rozumieć, że dopóki Rzeczpospolita jest tylko spichlerzem spławiającym Wisłą zboże do Gdańska, dopóty pozostaje gospodarczą kolonią, na której pasie się obóz protestancki. Jego polityka bałtycka, budowa floty wojennej i handlowej oraz plany celne były próbą przejęcia kontroli nad dystrybucją dóbr na korzyść obozu katolickiego. Chodziło zatem o narzucenie Zachodowi własnych warunków podziału pracy na pomoście bałtycko-czarnomorskim.
Dla zamorskich potęg handlowych zjednoczenie zasobów Polski i Rosji połączone z ambicjami morskimi oznaczało koniec marzeń imperialnych. Byłby to anglosaski koszmar Heartlandu zrealizowany trzysta lat przed jego wyartykułowaniem przez Mackindera. Dlatego Zachód musiał ten projekt rozbić. Nie nastąpiło to serią decyzji politycznych, po których zostają ślady w archiwach, lecz dokonało się logiką samego systemu finansowego, jaki powstał na Zachodzie. Dla tradycyjnych metod historycznych proces ten może być niewidoczny, ale jest wykrywalny dla cybernetyki historycznej. Nie jest przypadkiem, że pierwszy bank centralny powstaje w Sztokholmie (1668), kolejny w Londynie (1694) a prototypem dla obu jest obsługujący „matkę wszystkich handlów” – jak określali handel bałtycki Żydzi, bank giełdowy w Amsterdamie (1609). Kapitał handlowy z Amsterdamu czy Londynu nie potrzebował rozkazów Cromwella, aby drenować Europę Wschodnią. Działał poprzez samą różnicę potencjałów. Tam, gdzie pieniądz był tańszy i lepiej zorganizowany (Zachód), tam zasysało realne dobra z obszarów o prymitywnej strukturze finansowej i gospodarczej (Rzeczpospolita). Kupiec z Londynu, kupując polskie zboże, realizował logikę maksymalizacji zysku i akumulacji kapitału, sterowaną przez powstający właśnie system bankowy. Ponieważ Polska – w odróżnieniu od Prus – nie odpowiedziała na to ekonomiczne wyzwanie, doprowadziło to do podziału pracy znanego jako dualizm na Łabie.
Bezpiecznik mocarstw i jego wyłączenie
Gdy projekt Wazy upadł, Rzeczpospolita osuwała się stopniowo w wewnętrzny paraliż. To co nie udało się Zygmuntowi III w Warszawie zrealizował Piotr I w Sankt Petersburgu, który założył w 1703 roku na bagnistych terenach u ujścia rzeki Newy do Zatoki Fińskiej, odebranych Szwecji podczas III wojny północnej. „Wielkim atutem Rosji było to, że nie miała na swoim terytorium Gdańska, tak jak Polska, dlatego wpływy z handlu mogły zasilać najbardziej istotne dla państwa obszary. Ekspansja terytorialna Rosji w XVII wieku doprowadziła ostatecznie do tego, że istotny dla losów całej Europy problem dostępu do niezwykle rozwiniętych rynków Chin, Indii czy tez Persji wszedł w zupełnie nową fazę. […] Przez pewien czas wydawało się, że wielkim konkurentem w zakresie handlu ze wschodem dla Holandii, czy też Portugalii stanie się Rosja.[…] Niemniej jednak konkurencja handlowa ze strony Rosji zostanie z biegiem czasu dostrzeżona przez zachodnie potęgi, które będą starały się na różne sposoby jej przeciwdziałać” (J. Woziński, „Od ujścia Wisły…” str. 175).
Od końca XVII wieku i wojny północnej Polska była de facto protektoratem Rosji. Petersburg kontrolował całą przestrzeń Europy Wschodniej, przejmując handel bałtycki i budując na tym swoją mocarstwowość. Powstaje pytanie, dlaczego u schyłku XVIII wieku doszło do rozbiorów Polski, skoro caryca Katarzyna II i tak rządziła w Warszawie? Proponowana teza brzmi tak, że rozbiory były wynikiem przeciwdziałania powstaniu potęgi euroazjatyckiej. Wyłączna dominacja Rosji nad Polską godziła przede wszystkim Prusy, Holandię oraz Wielką Brytanię. Gdyby Rosja utrzymała swój protektorat nad Polską, zyskałaby kontrolę nad korytarzem wschodnioeuropejskim. Zaaranżowane przez Prusy rozbiory wymuszały podzielenie się łupem. Geopolityczny mechanizm ubezpieczeniowy polegał na rozczłonkowaniu Rzeczypospolitej na trzy odrębne organizmy prawne i gospodarcze. Rozbiory stanowiły gwarancję, że nikt nie zdobędzie przewagi w newralgicznej geopolitycznie Europie Wschodniej. Polska była zatem ceną płaconą za utrzymanie mocarstw w stanie równowagi.
Wzmocnienie Prus kosztem Polski zrodziło ostatecznie nowego potwora w Europie, czyli II Cesarstwo Niemieckie kanclerza Bismarcka. Dynamiczny wzrost Niemiec, oparty poniekąd na zaprzeczeniu anglosaskich „wolnorynkowych” paradygmatów, doprowadził do złamania równowagi sił w kluczowym geopolitycznie miejscu i rzucenia wyzwania brytyjskiemu imperium morskiemu. Wraz z drugim czynnikiem, którym było uprzemysłowienie imperium carów prowadziło to do wybuchu I wojny światowej. Zindustrializowane Niemcy uświadomiły sobie to, co Mackinder zapisał w 1919 roku. Berlin opracował koncepcję niemieckiej dominacji politycznej i gospodarczej między Morzem Bałtyckim, Czarnym i Adriatykiem (Mitteleuropa), zamierzającą do opanowania bramy do Heartlandu a kolejną wersję tego projektu zaproponowała III Rzesza. I wojna światowa była nieuchronnym skutkiem tego pęknięcia równowagi. Anglosasi musieli podpalić Europę Wschodnią, aby nie dopuścić do współpracy Niemiec i Rosji. Rzeczypospolita została odtworzona w 1918 roku z inicjatywy USA, jako nowego hegemona, nie z powodu sprawiedliwości dziejowej, ale jako kordon sanitarny – bufor mający fizycznie rozdzielić Berlin od Moskwy.
Divide et impera
Zagospodarowanie polskiego położenia wymaga zrozumienia mechanizmów geopolitycznych rządzących przestrzenią między Europą a Azją. Historycznie Rzeczpospolita była przedmurzem, które sztucznie dzieliło strefę brzeżną od serca Eurazji. Rola zderzaka wojennego położonego między potęgami na równinie środkowoeuropejskiej zawsze kończy się drenażem zasobów i biologiczną katastrofą. Żeby wykorzystać położenie „najlepszej działki na globie”, Polska musiałaby stać się łącznikiem, dokładnie tak, jak zakładała to koncepcja Zygmunta III Wazy.
Peter Turchin w swojej teorii imperiogenezy dowodzi, że wielkie imperia (jak Rzym, Rosja czy USA) nigdy nie rodzą się w bezpiecznym centrum, ale zawsze na uskokach cywilizacyjnych, czyli na granicach metaetnicznych, gdzie dochodzi do gwałtownego ścierania się odmiennych kultur i cywilizacji. To właśnie w takich zderzeniach rodzi się asabijja, definiowana przez Turchina w książce „Wojna i pokój i wojna” jako najwyższa solidarność (współpraca) społeczna, napędzająca budowę imperium. Dawna Rzeczpospolita leżała na takim, podręcznikowym wręcz uskoku. Na jej terytorium mieszały się wpływy łacińskie, bizantyjskie i turańskie. Miała zatem wszelkie dane, aby wyrosnąć na imperium, pod warunkiem, że przetworzyłaby to cywilizacyjne starcie w imperialną strukturę.
Odrzucone katolickie koncepcje Wazy oraz ich późniejsze jednoznaczne potępienie świadczą o tym, że Polska nie zachowała łacińskiego programu. Nominalnie uchodziła za kraj katolicki. Ale już Zygmunt Krasiński demaskował pozory, kpiąc bezlitośnie z tolerancji religijnej, która doprowadziła Polskę do cybernetycznego bezwładu. „Po śmierci dopiero nam się żyć zachciało (…) Że wojen religijnych u nas nie było, to tylko dowód, że nikt w nic nie wierzył mocno. O to, w co ludzie wierzą, biją się. Wojna jest znakiem życia. Naród polski zawsze bywał leniwy do wojny, do pospolitego ruszenia, lubił wygódki. Ale za to fanfaron wielki – bo ten tylko się chełpi, który czuje niedostatek rzeczy z której się chełpi; ale za to małpa – bo ten tylko naśladuje, kto nie ma nic własnego” („Wybór listów politycznych”, 2013, str. 47).
Współistnienie odmiennych kultur pod jednym dachem z natury osłabia bodźce etyczne i spójność społeczną. Aby taki system nie rozpadł się osłabienie należało zrekompensować powiększeniem sterowania prawnego (vide: Prusy). Jednak cenioną przez szlachtę tolerancję religijną i ustrojową wolność postawiono wyżej niż budowę silnych instytucji. W efekcie państwo kończyło się na „fantomowym ciele króla”, jeśli użyć metafory Jana Sowy („Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesną formą”, 2011). Natomiast według Jarosława Bratkiewicza Polska zamiast zachować swoją zachodnią (piastowską) matrycę turanizowała się, czego efektem była jałowa kultura sarmacka (vide: „Euazjatyzm na wspak. Polscy tradycjonaliści przeglądają się w zwierciadle Eurazji i udają, że to nie oni”, 2021). Na to samo zwracał uwagę Feliks Koneczny, znajdując w dziejach Polski potwierdzenie swojej (kontrowersyjnej zresztą) zasady, że nie można być cywilizowanym na dwa sposoby. Polskiemu sarmatyzmowi przeciwstawiały się wszak wpływy zachodniego oświecenia, które (cywilizowany na dwa sposoby?) Koneczny przeoczył. Reformy stanisławowskie na czele z Komisją Edukacji Narodowej, Konstytucja 3 Maja, czy insurekcja kościuszkowska (z jej próbą założenia banku centralnego) są tu oczywistymi przykładami.
Wspomniana wyżej tolerancja (przy sporym udziale poczucia niższości) doprowadziła do charakterystycznego dla polskiej świadomości pomieszania cywilizacji katolickiej (łacińskiej) z cywilizacją zachodnią. Już Adam Mickiewicz prekursorsko łączył ideały rewolucji francuskiej z katolicyzmem w konglomerat, który zlaicyzowany dzisiaj Watykan nazywa „kościołem synodalnym”. Jak zauważył Józef Bocheński „kościół polski na długo przed soborem był posoborowy” (chodzi o II Sobór Watykański 1962-1965, przyp. W.K). Jednak podczas spotkania poety z papieżem Piusem IX w marcu 1848 roku, gdy Mickiewicz wykrzyczał słynne słowa, że Duch Boży jest dzisiaj „w bluzach paryskiego ludu”, zszokowany i urażony Pius IX próbował uciszać wieszcza słowami „Piano, piano!” (Ciszej, ciszej!) oraz „Zapominasz się!”, a po spotkaniu nazwał Mickiewicza „biednym człowiekiem”. Papieskie podsumowanie można by odnieść do całego narodu.
W konsekwencji osłabienia elementu etycznego i prawnego dominującą rolę zaczęła odgrywać motywacja witalna, typowa dla Polaków do dzisiaj, a często sentymentalnie mylona z moralnością. Witalne uleganie wpływom obcym jest równoznaczne z utratą zdolności do sterowania się systemu społecznego we własnym (systemowym) interesie. W konsekwencji elity polskie same wybrały dla siebie rolę „przedmurza” (izolatora), co skutecznie zablokowało mechanizm imperiogenezy. Nie przetwarzając energii metaetnicznego uskoku na czynnik własnej potęgi, Polska stała się areną, na której jej energię spalały we własnym interesie sąsiednie mocarstwa. Opisany przez Kalinkę klientyzm elit epoki stanisławowskiej stał się oczywistym tego wyrazem (ks. Walerian Kalinka, „Przyczyny upadku Polski. Ostatnie lata panowania Stanisława Augusta”, 2023).
Kontemplując upadek
Upadek Rzeczypospolitej Szlacheckiej wpisuje się w teorię cykli sekularnych (trwających 200–300 lat) oraz cykli generacyjnych (30–40 lat) Petera Turchina. Pierwszymi charakteryzuje się proces cywilizacyjny a drugimi cyrkulacja elit w ramach tego procesu. Każdy cykl sekularny składa się z fazy integracji (wzrostu), fazy stagnacji, kiedy nadmiernie rozmnożone elity zaczynają walczyć o zasoby oraz fazy depresji/chaosu. Cykle generacyjne są reakcją na stabilizację lub chaos (faza odwetowa trwa ok. 2-3 dekady). Od połowy XVI wieku „dawne rody możnowładcze traciły coraz bardziej na znaczeniu, a ich miejsce zajmowały rody magnackie, które swoją potęgę materialną zdobyły dzięki rewolucji protestanckiej i ekspansji na wschodzie” (J. Woziński, tamże, str. 174). Nadprodukcja elit rywalizujących o wysysane przez Gdańsk zasoby, przy słabej władzy królewskiej, generowała rokosze i konfederacje rozrywając państwo szukaniem zagranicznych protekcji przez poszczególne „familie”.
Pokazany na wstępie przykład z inżynierami Gierka i transformacją ustrojową może być współczesną ilustracją fazy nadprodukcji elit. Inżynierowie, którzy wrócili z Zachodu (i zobaczyli różnicę poziomów życia), stali się konkurencyjną elitą, generującą kryzys starego systemu, możliwy do wykorzystania przez establishment, zajmujący po temu odpowiednią pozycję polityczną i gospodarczą, a zarazem ignorujący koszty w postaci poświęcenia suwerenności. Pokolenie ojców transformacji (Balcerowicz i beneficjenci po 1989 roku) zbudowało obecny system poddaństwa wobec Zachodu w imię świętego spokoju i konsumpcji. Pokolenie synów wchodzi teraz w fazę gwałtownego, emocjonalnego odreagowania w postaci prowojennego mesjanizmu, przygotowując grunt pod kolejną fazę kliodynamicznej depresji.
Dzisiejsza Polska w odróżnieniu od tej dawnej jest niepodzielnie częścią Zachodu (NATO i UE), ale mentalność jej klasy politycznej jest podobna jak elit Rzeczypospolitej Szlacheckiej. Nie potrafiąc określić strategii państwa, uzależnia się od zachodnich sojuszników w sposób całkowicie bezalternatywny. Może okazać się to strukturalną pułapką. Jeżeli Zachód wygra globalne starcie o Eurazję, Polska prawdopodobnie zostanie ostatecznie zasymilowana przez globalny kapitał i przestanie istnieć jako podmiot (zgodnie z oficjalną agendą Wielkiego Resetu i realizowanym równolegle do niej głębokim resetem). Gdy Zachód przegra, Polska stanie się krwawym przedmurzem w miejsce wykrwawionej Ukrainy. Znajdujemy się zatem w położeniu, w którym tradycyjny brak własnej strategii może przekształcić położenie geograficzne w źródło zagrożenia o charakterze egzystencjalnym.
John Mearsheimer twierdzi, że państwa są racjonalnymi graczami, którzy dążą do maksymalizacji swojej potęgi. Celem ostatecznym jest status hegemona w swoim regionie, ponieważ hegemonia globalna jest nieosiągalna. Gdy w XVIII wieku Rosja zyskała wyłączny protektorat nad całą Rzeczpospolitą, była blisko osiągnięcia regionalnej hegemonii w Europie. Z perspektywy realizmu ofensywnego rozbiory nie były aktem irracjonalnej nienawiści, jak chciałby Mickiewicz, ale strukturalnym balansem sił ze strony Prus i Austrii (za przyzwoleniem Wielkiej Brytanii). Mocarstwa musiały dokonać rozbioru, aby odebrać Rosji monopol nad korytarzem wschodnioeuropejskim i zapobiec narodzinom euroazjatyckiego superhegemona. Nie oznacza to oczywiście moralnej legitymizacji rozbiorów, lecz tylko próbę wyjaśnienia ich logiki w systemie równowagi sił.
Podobnie dzisiaj dla USA, jako globalnego hegemona Ukraina, a teraz Polska, to jedynie narzędzia do przerzucania kosztów wojny lądowej na peryferie, mające na celu osłabienie Rosji i Chin. Zgodnie z logiką realizmu ofensywnego, jeśli Zachód przegra, to poświęci Polskę, aby kupić czas na konsolidację własnych sił. Historia polityki mocarstw pokazuje, że państwa hegemoniczne podporządkowują swoje zobowiązania sojusznicze własnym interesom strategicznym. Stany Zjednoczone nie stanowią tu wyjątku. Ich polityka zagraniczna, podobnie jak polityka innych imperiów, podporządkowana jest przede wszystkim utrzymaniu korzystnego układu sił. Czy w takiej sytuacji Polakom pozostanie za Janem Kochanowskim kontemplować własną bezmyślność?
Włodzimierz Kowalik
Myśl Polska, nr 33-34 (16-23.08.2026)



