PublicystykaPiskorski: do braci Ukraińców

Redakcja3 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Sporo Was jest tutaj, w naszym kraju.  Niektórzy twierdzą, że jakieś cztery miliony, inni uważają, że pięć i więcej. Tak czy inaczej, jakiś co ósmy mieszkaniec Polski pochodzi dziś z Ukrainy. I jakoś musimy nauczyć się rozumieć, szanować, żyć obok siebie. Choć wszystkim Wam z całego serca życzę, byście mogli jak najszybciej wrócić bezpiecznie do swoich domów w Charkowie, Żytomierzu, Dniepropietrowsku (jakoś ciężko przyzwyczaić mi się do nowej nazwy tego miasta), Ługańsku, Tarnopolu, Odessie, Kijowie i wielu, wielu innych pięknych miastach, miasteczkach i wsiach, z których pochodzicie.

Co nas dzieli?

Wiele nas dzieli. Trudne, krwawe, tragiczne momenty dwóch sąsiadujących ze sobą społeczności. Zrządzeniem losu i wyrokiem historii my dostaliśmy się pod wpływy Zachodu, Wy pozostaliście na Wschodzie. Później to my próbowaliśmy Was eksploatować, co zresztą stało się jedną z podstawowych przyczyn naszego wspólnego cywilizacyjnego i gospodarczego zapóźnienia. Macie często rację, gdy mówicie o „polskich panach”, z wyrzutem i pretensją w głosie. Fakt, że byliśmy pod wpływem Zachodu spowodował, że nasi przodkowie traktowali Was często z góry, nieraz nie umieli wręcz ukryć pogardy wobec Waszych przodków i ich kultury. Niektórzy z Waszych przodków w efekcie, chcąc zająć lepsze miejsce w hierarchii społecznej I Rzeczypospolitej, udawali, że są Polakami. Inni buntowali się przeciwko rządom ówczesnej odmiany oligarchii, tworząc zjawisko unikalne w skali Europy – Kozaków. Do Kozaków pomocną dłoń wyciągnęła Moskwa, a nie „polscy panowie”. I mieliście pełne prawo tych „panów” nienawidzić, buntować się przeciwko nim. Czasem były tu bunty i rebelie krwawe.

W II Rzeczypospolitej my burzyliśmy Wasze świątynie, a Wy mordowaliście naszych polityków, organizując zamachy terrorystyczne, niekiedy udane. Po Europie szalał nazizm. Część z Was dała mu się uwieść i w efekcie popełniła zbrodnię ludobójstwa. Nie tylko na nas, ale również na tych z Was, którzy nie podzielali ich fascynacji metodami III Rzeszy, którzy zachowywali się po prostu przyzwoicie wobec Polaków i innych narodowości zamieszkujących wspólnie ich ziemie. Byli dobrymi sąsiadami. Niektórzy z Was nie zgadzają się z tymi ocenami historii najnowszej. Musicie jednak zrozumieć, że dla nas odwołania do ideologii i postaci kojarzonych w Polsce ze zbrodnią ludobójstwa nie są możliwe do zaakceptowania. Nawet jeśli jacyś politycy polscy udają dziś, że im to nie przeszkadza.

O trudnych, tragicznych chwilach powinniśmy rozmawiać. Na Ukrainie i w Polsce są znakomici historycy, uczeni, którzy mogliby wiele wspólnie osiągnąć. Choćby rozpisać protokół rozbieżności, ale, przy dobrych wiatrach, być może także wyjaśnić pewne białe plamy. Tym powinni zajmować się jednak uczeni, a nie propagatorzy tzw. polityki historycznej z polskiego i ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej. Nawiasem mówiąc, powołując ten instytut, Wasze władze skopiowały najgorsze wzorce u nas. Polski instytut doprowadził do głębokich podziałów w naszym narodzie, zafałszował historię i przekształcił rozważania nad naszymi dziejami w farsę.

Co nas łączy?

Jest jednak bardzo wiele rzeczy, które nas łączą. Jesteście Słowianami Wschodnimi, a my pokrewnymi Wam Słowianami Zachodnimi. Mamy mnóstwo wspólnych obyczajów, kodów kulturowych a nawet przesądów z czasów dawnej Słowiańszczyzny. Posługujemy się językami należącymi do jednej grupy w ramach języków indoeuropejskich. Jesteśmy w stanie wzajemnie się zrozumieć bez uciekania się do języka angielskiego (używanie go w kontaktach między nami uważam za absurd). Wiele naszych zachowań, wartości i wzorców wykazuje uderzające podobieństwo.

W najnowszej historii łączy nas wspólne zwycięstwo z niemieckim, ludobójczym nazizmem. Chylimy czoła przed pomnikami tych z Waszych przodków, którzy w szeregach Armii Czerwonej wyzwalali nasz kraj spod okupacji. Właściwie chyliliśmy, dopóki pomników i miejsc pamięci Waszych dziadków i pradziadków nie zburzono na mocy politycznych decyzji wspomnianego Instytutu Pamięci Narodowej. Razem wyzwalaliśmy nie tylko Polskę i jej nowe Ziemie Odzyskane, ale też zdobywaliśmy Berlin. U nas i u Was oficjalne władze oczywiście o tym nie pamiętają, lecz fakty pozostają faktami. W najnowszej historii podjęliśmy próbę budowy socjalizmu. Wy w ramach Związku Radzieckiego, na który mieliście całkiem spory wpływ (Wasi ludzie stali na czele ZSRR przez parę dziesięcioleci), my w ramach bloku wschodniego. Nie było tak tragicznie, jak niektórzy dziś twierdzą. Dokonaliśmy niespotykanego w naszych wcześniejszych dziejach skoku technologicznego i cywilizacyjnego. Po upadku bloku wschodniego i ZSRR wspólnie przeżywaliśmy katastrofę, widzieliśmy proces dewastacji oraz świadomego niszczenia dorobku kilku pokoleń. U Was pojawili się oligarchowie, u nas wielki, transnarodowy kapitał.

Trajektorie naszego rozwoju chwilę później nieco się rozeszły. Oba nasze kraje znalazły się na peryferiach, stały się terytoriami zależnymi. Trudno powiedzieć, która z dróg była lepsza. My zostaliśmy zmodernizowani dzięki członkostwu w Unii Europejskiej, bo taka była potrzeba wiodącej w Europie gospodarki niemieckiej, której podwykonawcą się staliśmy. Wy pozwoliliście na powstanie własnej oligarchii; wprawdzie kapitał był Wasz, krajowy, ale jego przedstawicielom niezbyt zależało na budowie dróg, szkół i całej infrastruktury.

Dzielimy wspólną biedę

Łączy nas to, że żyjemy na geopolitycznie istotnej przestrzeni. Szczególnie dotyczy to Was. To o Was wielokrotnie mówili i pisali czołowi amerykańscy eksperci, wskazując bez ogródek, że należy Was wykorzystać przeciwko Rosji. Nas już wykorzystano, szczególnie po tym, jak w 1999 roku – wbrew oczywistym ustaleniom wcześniejszych lat – znaleźliśmy się w NATO. Później były, może o nich słyszeliście, tajne więzienia CIA na naszym terytorium, udział naszych żołnierzy w imperialistycznej agresji na Irak (Wasi też tam zresztą byli) i poniżające podporządkowanie polityczne wszystkich kolejnych rządów ambasadzie amerykańskiej w Warszawie. Z Wami nie było tak łatwo. Anglosasi musieli wpompować w Waszych aktywistów miliardy dolarów, by w końcu powiodła im się tzw. kolorowa rewolucja, którą niektórzy – chyba ironicznie – nazywają rewolucją godności. Przez ludzi, których nielegalnie wprowadzono wówczas do władzy w Kijowie, straciliście bezpowrotnie Krym i Donbas. Później poniżono Was dodatkowo, narzucając drakońskie dyrektywy Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Zachodu, które pozbawiły Was niemal wszystkiego. Przyznam, że niezbyt rozumiem, dlaczego nie urządziliście wtedy prawdziwego Majdanu, społecznego i ukraińskiego, gdy podwyższano Wam opłaty komunalne o kilkaset procent i traktowano Was jak ludność niewolniczą w kraju podbitym. Zresztą, niezbyt rozumiem dziś też Polaków, którzy nie protestują w związku z cenami paliwa, opału i żywności.

Cieszę się, że wielu z Was ma tak dobre zdanie o naszym kraju. Chciałbym jednak zwrócić Waszą uwagę, że nie jest on tą wyobrażoną „Europą”, do której dążycie. Pod cienką warstwą rozmaitych hasełek i fałszywych zapewnień o naszych wartościach, kryje się rzeczywistość, której opis zająłby sporo miejsca i nie nastrajałby już tak optymistycznie. Co piąty mieszkaniec Polski zagrożony jest skrajnym ubóstwem. Choć większość z nas pracuje, coraz więcej ma poważne problemy z dokonaniem podstawowych opłat i zakupów. Nasza służba zdrowia dawno już przestała gwarantować cokolwiek; z powodu jej niedofinansowania co roku tysiące ludzi nie doczekuje się operacji i zabiegów ratujących życie. Nasz system edukacji i szkolnictwa wypuszcza tysiące analfabetów funkcjonalnych, nie rozumiejących nawet bardzo prostych tekstów i przekazów. Nasz poziom życia był przez ostatnie lata niewątpliwie wyższy od Waszego, przede wszystkim dzięki załapaniu się do Unii Europejskiej, do której Wy się nie załapiecie (UE obiektywnie na to nie stać, a status kandydata do tej organizacji – jak pokazuje przykład Turcji – niewiele znaczy). To się jednak zmienia na naszych oczach. W wyniku decyzji mocarstw znajdujemy się na progu gigantycznego kryzysu gospodarczego, głębokiej depresji, która skończy się dewastacją całej tkanki społecznej. Naszej i Waszej.

Czasami konflikt toczący się na Waszej ziemi bywa nazywany konfliktem „wolnego świata” ze „światem dyktatur”. Nie przesadzajmy jednak z tą wiarą w „wolność”. W Polsce ludzie za głoszenie określonych, nie podobających się władzy poglądów, trafiają do aresztów i więzień. Za kwestionowanie panującej ideologii tracą pracę, a ich zastraszeni znajomi odwracają się od nich plecami. Niewiele różni się to od Waszej sytuacji, od zamykania przez władze w Kijowie niektórych kanałów telewizyjnych, represjonowania oponentów reżimu czy zakazu działalności największej, parlamentarnej partii opozycyjnej. Na opiewaną jako najwyższa wartość Zachodu wolność nie macie zatem co liczyć. Tu jej nie znajdziecie.

Nie oddawajmy życia w imię cudzych interesów

Znam Wasz kraj i spędziłem w nim wspaniałe chwile. Pamiętam ludzi serdecznych, gościnnych i przyjaznych, na których zawsze można było liczyć w potrzebie. Fascynowało mnie to, że mówili oni w różnych językach, przynależeli do różnych kultur i narodowości.  Był to dla mnie trochę taki Związek Radziecki w mniejszej skali. Szkoda, że wielu z nich musiało z Waszego kraju wyjechać tylko dlatego, że chcieli pozostać sobą, utrzymać swą tożsamość. Po 2014 roku, gdy praktycznie zlikwidowano Wasz kraj w dotychczasowym kształcie, bywałem na Krymie i Donbasie. I spotkałem tam wielu wspaniałych ludzi czujących się Ukraińcami, mówiących po ukraińsku, choć żyjących już w innych państwach.

Uważam wszelką wojnę za najgorsze z możliwych rozwiązań. To, co się stało 24 lutego, można było jednak przewidzieć. Nie tylko kilka tygodni czy miesięcy wcześniej, gdy Rosja sformułowała jasną i czytelną propozycję gwarancji dla pokoju, na którą Zachód nawet nie zareagował. Znacznie wcześniej, w pracach strategów i analityków amerykańskich, których Wasi przywódcy powinni znać, mowa była wprost o tym, że trzeba Was wykorzystać jako broń przeciwko Moskwie. Nie chodziło Anglosasom o Wasz spokój, bezpieczeństwo i dobrobyt. Chodziło o to, by sprowadzić Was do roli mięsa armatniego, służącego ich celom.

Walka, poświęcenie, krew i cierpienia nie są w tych warunkach realizacją jakiegoś narodowego obowiązku czy wzniosłej idei. Tak się Wam wmawia, a w rzeczywistości chodzi po prostu o wykorzystanie Was, Słowian i Wschodnich Europejczyków, przeciwko innym Słowianom, jakże bliskim Wam (i trochę też nam) kulturowo i mentalnie. Wygodnie rozpostarci w skórzanych fotelach autorzy całej tej globalnej gry spoglądają tylko na Was z satysfakcją i zacierają ręce, patrząc jak giniecie w imię ich planu urządzenia świata.

Wielu moim rodakom niezbyt się dziś to podoba (niektórzy próbują szczuć nas przeciwko sobie, nadając jakieś specjalne statusy i przywileje, co zawsze budzi niechęć większości miejscowych), ale ja jednak twierdzę, że jesteśmy braćmi. Nie tylko my i Wy, ale wiele innych, bliskich nam narodów Europy Środkowej i Wschodniej. Dlatego nie mogę pogodzić się z tym, że politykom w moim kraju tak bardzo zależy na tym, by bracia-Ukraińcy masowo ginęli na froncie cudzej wojny prowadzonej ich rękoma. Przecież popychanie brata na pewną śmierć jest czymś, w naszej i Waszej kulturze, zupełnie niepojętym. A właśnie tym jest namawianie Was do walki w obecnych warunkach, do ostatniego z Was.

Mateusz Piskorski

Redakcja