OpinieRękas: Putin w Polsce

Redakcja7 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Mija dokładnie 20 lat od pierwszej wizyty Władimira Putina w Polsce. Ze wszystkich trzech odwiedzin rosyjskiego przywódcy – te ze stycznia 2002 roku odbywały się w najspokojniejszej atmosferze. Już wtedy niekoniecznie serdecznej, ale mimo wszystko naładowanej pragmatyzmem. Przynajmniej po stronie Rosji. I to se ne vrati.

Typowo słowiańskie chciejstwo

Prezydent Federacji Rosyjskiej odwiedzał kraj świeżo przez poprzedni, centroprawicowy rządy przytroczony do NATO, a przez ówczesne, „lewicowe” władze wleczony do Unii Europejskiej. A jednak bez uprzedzeń tworzono ramy współpracy i format organizacyjny, który wystarczyło nasycić treścią uzgodnień i współpracy. Czy możemy sobie dziś wyobrazić, że obiecywano sobie tryb roboczy, w ramach którego dwa razy w roku konferować będą premierzy obu stron, zaś międzyresortowe komisje strzec będą obopólnych korzyści z prowadzonych wspólnie przedsięwzięć gospodarczych? Perspektywy wydawały się więc optymistyczne, a raczej (jak to u Polaków, Rosjan i w ogóle Słowian bywa) – zbyt optymistyczne. Polacy rzuciwszy wszystko na jedną kartę opcji zachodniej do dziś ponoszą tego wymierne koszty, zaś główną korzyścią (?) z integracji euro-atlantyckiej dla 3 mln naszych rodaków okazał się bilet w jedną stronę do pracy na Zachodzie. Z kolei Rosja pod rządami Władimira Putina wychodziła już wówczas z okresu smuty jelcynowskiej, naiwnie jednak wierząc, że Zachód będzie ją traktował jak równoprawne mocarstwo i pozwoli krajom zależnym, takim jak Polska, na suwerenne i zgodne z racją stanu układanie sobie relacji bilateralnych. Jak wiemy – do niczego takiego nie doszło.

Koniec złudzeń

Kolejna wizyta, w roku 2005 miała miejsce już po wykorzystaniu Polski do organizowania „pomarańczowej rewolucji”, czyli pierwszej próby przewrotu na Ukrainie. Przekrwioną twarzą poparcia dla niego w Polsce było oblicze Aleksandra Kwaśniewskiego, już wówczas na pensji miejscowego oligarchy, a zawsze w służbie zachodnich mocodawców i w pogoni za posadą. Znowu jednak, Rosja działała pragmatycznie i dopóki Polacy w swym entuzjazmie na służbie nowym panom nie posunęli się zbyt daleko – wciąż jeszcze przynajmniej o gospodarce mogliśmy rozmawiać poważnie, a przecież w naszym to było głównie interesie. Z kolei rok 2009 niósł wprawdzie obietnicę wkomponowania Polski w ówczesny reset amerykańsko-rosyjski, jednak i te nadzieje okazały się na dłuższą metę płonne. Niestety, ale zmarnowano zwłaszcza wielki potencjał łączącej nasze narody tragedii smoleńskiej, gdy miliony Rosjan po ludzku współczuły polskim braciom, a my przyjmowaliśmy te wyrazy wsparcia z wdzięcznością i zrozumieniem. Potem, wraz z narastaniem szaleńczej teorii „zamachu”, po aktywnym udziale polskich władz w politycznym przewrocie na Ukrainie – realnie o jakichkolwiek stosunkach polsko-rosyjskich w ogóle nie można już chyba mówić. Rosja tyle razy w ciągu ostatnich lat wyciągała do Polaków swą dłoń, dłoń swego przywódcy – i nie było w Polsce nikogo, w żadnym obozie politycznym, kto byłby w stanie odpowiedzieć w ten sam sposób, stając się godnym największego polskiego wyzwania geopolitycznego: odrzucenia samobójczej opcji zachodniej i podjęcia współpracy z Rosją oraz innymi podmiotami Eurazji. Ten sam Donald Tusk, który podejmował Władimira Putina na Westerplatte, nadal rządził w Polsce, gdy szkolono na naszym terytorium terrorystów aktywnych na kijowskim Majdanie.

Nie jesteśmy podmiotem geopolitycznym

Fakt, że nie można ufać żadnemu z głównonurtowych polityków III RP – jest następstwem tyleż oczywistego, co smutnego faktu. Ani dziś, ani już 20 lat temu Polska nie miała i nie ma realnej podmiotowości międzynarodowej. Nawet gdy agenci opłacani z jej terytorium podejmują akcje terrorystyczne i polityczne na Ukrainie, na Białorusi, ostatnio w Kazachstanie – nie ma to żadnego związku ani z polskim interesem narodowym, ani nawet z suwerennymi decyzjami Polaków. Gołymi rękoma wyciągamy za innych i dla innych gorące kartofle z ognisk, które sami nieudolnie próbujemy rozpalać nie bacząc, że i nasz dom może się od nich spłonąć.

Dlatego właśnie nie można sobie wyobrazić już nie tylko wizyty prezydenta Putina w Polsce, ale nawet normalizacji stosunków choćby na poziomie minimum dyplomatycznego. I nie chodzi nawet o żenująco niski poziom polskiej debaty publicznej, w której nieodmiennie od lat najważniejszym tematem pozostaje „kto jest większym agentem Putina”: rząd czy opozycja. Po prostu – zachodnim mocodawcom polskich polityków nie opłaca się, by pozwolić Polakom na przywilej samodzielnego myślenia. Dlatego mamy stale podskakiwać i ujadać u granic Rosji, nosić pieniądze na kolejne kolorowe rewolucje, a samemu drogo, coraz drożej płacić Zachodowi za wszystko: od broni, przez gaz i ropę po czwartej jakości śmieci konsumpcyjne.

Czy więc całkiem nie ma nadziei? Nie ukrywam, że jestem raczej pesymistą, tzn. przede wszystkim nie wierzę w żadną zmianę o charakterze endogenicznym. Ostatni już życzliwi Polakom Rosjanie czasem łapią się takich nadziei. Gdy dochodził u nas do władzy PiS – nasi wschodni przyjaciele pytali mnie: „No co, ci to się z nami już dogadają, prawda? Tacy są patriotyczni, swojscy, tyle mówią o polskich interesach… A przecież w interesie Polaków jest nie kłócić się z sąsiadami, prawda? A poza tym ich przecież nikt nie oskarży, że są naszymi agentami…”. I co? I wyszło jak zwykle, jak ostrzegałem. Nie, nie dogadali się. Nie, nie są naprawdę patriotyczni, a swojscy tylko we własnej nieudolności. I tak, są oskarżani o agenturalność. Przez tych niby racjonalnych i pragmatycznych. Bo analogicznie: nawet, gdyby nagle do władzy w Polsce wrócił Donald Tusk (co na szczęście wciąż nie wydaje się realne) – nie wróci bynajmniej automatycznie reset w relacjach polsko-rosyjskich. Premier Tusk ściskał dłoń premiera Putina – bo takie były instrukcje z Ameryki. A teraz są inne, zatem Tusk nie gorzej od Jarosława Kaczyńskiego i Leszka Millera gromi „agentów Putina”. Zresztą – pamiętajmy który rząd wysyłał kasę i snajperów na kijowski Majdan… PSL? Partia, która jedną ręką wprowadzała sankcje gospodarcze niby to wymierzone w Rosję, a faktycznie w polskich rolników – drugą zaś wpuszczała do Polski produkcję spożywczą sygnowaną przez majdanowych oligarchów? I której samorządowcy, jak wiceprezes NKW Krzysztof Hetman kazali za pieniądze polskich podatników leczyć w polskich szpitalach nazistów z Azowa? „Lewica”? Nawet gdyby z politycznych zaświatów powrócili Leszek Miller (ostatnio sam tropiący „ruską agenturę”, oczywiście w PiSie) i Aleksander Kwaśniewski – nie, nic się nie zmieni. Bo nikt z tych, którzy formalnie stoją albo stali przy sterach Polski – sam nie rządzi, sam niczego nie zmieni i nigdy nawet o milimetr nie odbiegnie od zachodnich instrukcji.

Normalność zdrajców i szaleńców

Czy więc może być w stosunkach polsko-rosyjskich lepiej? Tak, jeśli Amerykanie wycofają się z Europy, a przynajmniej jej środkowo-wschodniej części i skupią nieważne, na Azji albo na własnych problemach wewnętrznych. I (albo) jeśli reset w stosunkach z Rosją na poważnie zacznie przeprowadzać cała Unia Europejska, wlokąc za sobą chcących czy nie, ale także Polaków, Bałtów i Rumunów. Choć nawet i wtedy można by się obawiać, że instrukcje anglosaskie nakazałyby tym nacjom powołać jakąś mini-Europę-bis, oczywiście nadal pod flagą anty-Rosji. Ot tak, na wszelki wypadek. Byle mieć choćby najmniejszy i najsłabszy, ale jednak element nacisku na Moskwę i przyczółek do agresji na Wschód.

Kiedy mnie więc ktoś pyta czy może być między nami normalnie – odpowiadam: to jest, niestety, normalnie. To powrót do rozumu, racjonalność, poszanowanie własnego i cudzego interesu narodowego oraz zrozumienie konieczności geopolitycznych – to właśnie byłaby dla Polaków, Ukraińców, Litwinów i innych nienormalność. Nowość. A faktycznie – wręcz cud.

Konrad Rękas

Redakcja