HistoriaDziadek w Wehrmachcie

Redakcja2 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Łatwo jest mówić o Polsce,/ Trudniej dla niej pracować / Jeszcze trudniej umrzeć/ A najtrudniej cierpieć (Inskrypcja w celi-izolatce nr 6 w Mauzoleum Walki I męczeństwa Al. Szucha 25).

Użyta w formie motta jakże wymowna jedna z ok. 1.200 inskrypcji zachowanych w Mauzoleum Walki i Męczeństwa w Al. Szucha 25 jest śladem po więźniach, którzy w latach 1939-1944 byli w tym miejscu przesłuchiwani. Cytat pomimo, że powstał w innej rzeczywistości, niż opisana poniżej historia doskonale pasuje do sytuacji Polaków, którym przyszło żyć na terenach wcielonych jesienią 1939 r. w granice III Rzeszy.

Tytułowy slogan wypowiedziany publicznie przez jednego z głównych polityków pod adresem przeciwnika politycznego doskonale współgra z mottem. Wypowiedziana opinia zapadła głęboko w świadomość społeczeństwa. Dowodzi ona przede wszystkim absolutnej ignorancji w zakresie wiedzy historycznej. Użycie tego sformułowania w formie argumentu politycznego jest niestety niezwykle krzywdzące. Jest również przykładem niezwykle powierzchownego traktowania rzeczywistości historycznej jako argumentu we wszelkiego rodzaju dyskusjach. Niesłuszność tej opinii pogłębia fakt, że jest ona wypowiadana w sposób arogancki i nieodpowiedzialny w jednym celu – zdeprecjonowania adwersarza.

Czy dziś, mając określoną wiedzę historyczną możemy to zagadnienie rozwikłać, czy możemy je wyjaśnić? Zależy to od kilku czynników. Jednym z ważniejszych jest chęć przynajmniej wysłuchania tych argumentów przez stronę, która feruje takie osądy. Przystępując do ich prezentacji należy również pamiętać, że historia nigdy nie jest jednoznaczna. Nie jest ani zupełnie biała, ani zupełnie czarna. Ta świadomość powinna przyświecać obu polemizującym stronom.

W poprzednich publikacjach, które składają się na opowieść o historii Pomorza, Kaszub i Kociewia w latach 1939-1945, pisałem o początkach okupacji w tym regionie, o eksterminacji ludności kaszubsko-pomorskiej a także o polityce okupanta w odniesieniu do ludności miejscowej po wcieleniu Pomorza do III Rzeszy. Ten ostatni element miał swoje konsekwencje również w postaci wcielania ludności miejscowej w szeregi Wehrmachtu. Było to istotne działanie polityki okupanta w stosunku do ludności zamieszkującej te regiony. Bowiem problem ten dotyczył nie tylko Pomorza, ale również Górnego Śląska i Wielkopolski.

Omówienie tej historii należy rozpocząć od stwierdzenia, że pobór do armii niemieckiej w tamtym czasie nie nastąpił od samego początku, czyli od jesieni 1939 r. Armia niemiecka przyjmowała w swoje szeregi przede wszystkim rdzennych obywateli. Nawet wpisanie się na niemiecką listę narodowościową nie uprawniało z automatu do starania się o włożenie munduru. Przez cały ten czas, osoby z tej listy nie były w pełni „pewnym” materiałem ludzkim dla wojska. Należy tu przypomnieć, że dopiero rok 1942 zmienił tą sytuację. Przyczyny takiej zmiany stosunku do ludności z terenów wcielonych do Rzeszy, należy wiązać z agresją w czerwcu 1941 r. na Związek Radziecki i ponoszonymi pomimo sukcesów stratami na tym froncie. Należy pamiętać, że równolegle toczyły się działania w Afryce Północnej i na Bałkanach. Tak znaczne rozciągniecie linii frontu, wymagało ogromnego wysiłku również kadrowego. I nawet przy początkowych sukcesach wojsk niemieckich, należało zadbać o stały dopływ „świeżej krwi” w szeregi oddziałów walczących na froncie. A w miarę upływu czasu sytuacja na wszystkich frontach zaczęła stopniowo zmieniać się na niekorzyść III Rzeszy.

Z powyższych powodów władze niemieckie zostały zmuszone do sięgnięcia również po te rezerwy kadrowe. By móc go wykorzystać, trzeba było spowodować zwiększenie ilości osób wpisanych na niemiecką listę narodowościową. Wyrazem tej zmiany była odezwa Alberta Forstera z 22 marca 1942 r. Wówczas to wprowadzono z jednej strony przyspieszone procedury rozpatrywania wniosków. Z drugiej zaś zaostrzono sankcje wobec osób opierających się temu działaniu. W tym celu wykorzystywano groźbę uwięzienia w obozie w Potulicach lub Stutthofie. I nie były to tylko czcze pogróżki, ale konsekwentnie realizowany odwet a raczej kara za odmowę wpisu na listę co było równoznaczne z odmową „dostarczenia” rekruta do armii niemieckiej. Osoby, które usiłowały uchylić się od tej powinności, miały być traktowane jako najwięksi wrogowie narodu niemieckiego.

Oczywiście pobór odnosił się do tych, którzy z racji czy to wieku czy stanu zdrowia były zdolne do służby wojskowej. Jaki zatem był stosunek samych Kaszubów do takiej polityki okupanta. Otóż pierwszym krokiem w kwestii oporu był wspomniany sprzeciw wobec wpisu na listę narodowościową. W ówczesnej prasie Polskiego Państwa Podziemnego, w 1942 r. znajdujemy takie oto sformułowanie na ten temat: „Młodzież kaszubska ucieka w lasy przed poborem do wojska. W borach  tucholskich grupują się silne oddziały” [„Biuletyn Zachodni” Nr 2/1942].

Z oczywistych względów nie wszyscy mieli taką możliwość. Wezwani do stawienia się przed komisją poborową w rejonowych komendach wojskowych byli kierowani w głąb Rzeszy a nawet do krajów okupowanych w celu odbycia podstawowego przeszkolenia wojskowego. Podróż do tych miejsc odbywała się w zorganizowanych grupach a środkiem transportu była kolej. Niejednokrotnie, w czasie podróży młodzież manifestowała swoją polskość śpiewem polskich pieśni kościelnych i patriotycznych.

Do swoistego oportunizmu dochodziło w czasie przeszkolenia rekruckiego. Obok standardowych zajęć ogólnowojskowych i specjalistycznych, prowadzona była nauka języka niemieckiego. Wynikało to z faktu, że wielu wcielonych deklarowało, że nie zna tego języka. Konsekwencją było opóźnione wykonywanie ćwiczeń. Tłumaczyli się, że… muszą obserwować swoich niemieckich „kolegów” by właściwie wykonywać wydawane komendy. Jedno ze świadectw spisanych przez uczestnika takiego szkolenia, pokazuje, że nie zważając na względy ideologiczne, oficerowie niemieccy wynajdywali byłych podoficerów Wojska Polskiego i nakazywali prowadzenie ćwiczeń w… języku polskim.

Kolejne pytanie, na które należy udzielić odpowiedzi odnosi się do wskazania rodzajów wojsk, do których wcielano rekrutów oraz na jakie trafiali fronty. Decyzja co do formacji zapadała już na etapie stawania przed komisją wojskową. Najczęściej były to jednostki wojsk lądowych, w tym również oddziałów zmechanizowanych oraz do Luftwaffe. W przypadku rekrutów z Półwyspu Helskiego, byli kierowani do Kriegsmarine.

Mieszkańców Pomorza wcielonych do Wehrmachtu spotykamy niemal na wszystkich frontach II wojny światowej i to nie tylko na europejskim, ale również afrykańskim teatrze działań. Sytuację tą najlepiej dokumentują ślady obecności tych żołnierzy w szeregach Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Przy nadarzającej się okazji dezerterowali z szeregów Wehrmachtu. Najczęściej wstępowali do formacji ruchu oporu w państwach, w których przyszło im służyć. Dla przykładu można tutaj przytoczyć ścisłą współpracę Polaków służących w Wermachcie z oddziałami Wolnych Francuzów. Pomorzan spotykamy również w szeregach Greckiej Armii Narodowo-Wyzwoleńczej ELAS (partyzantka monarchistyczna) czy greckich oddziałach o zabarwieniu lewicującym – Greckiej Armii Ludowej. Nie brakowało również chętnych by dołączyć do partyzantki jugosłowiańskiej dowodzonej przez Josifa Broz-Tito.

Pomorzanie byli również kierowani do oddziałów walczących na froncie wschodnim. Także i ci żołnierze podejmowali próby dezercji i przejścia do oddziałów radzieckich. Choć ich sytuacja była zdecydowanie gorsza. Wpływ na to miała znaczna brutalizacja i bezwzględność form walki po obu stronach na tym teatrze działań wojennych. (Chodziło m. in. o nieprzestrzeganie Konwencji Genewskich w stosunku doi jeńców wojennych).

Wymienione powyżej oddziały ruchu oporu, do których trafiali dezerterzy były często etapem przejściowym. Kolejnym krokiem było oczywiście wstąpienie w szeregi zarówno Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, jak również I Armii Wojska Polskiego w ZSRR. Wielu spośród nich, po przejściu do oddziałów Wolnych Francuzów trafiało do oddziałów II Korpusu stacjonującego we Włoszech. W przypadku dezerterów z oddziałów stacjonujących na Półwyspie Bałkańskim przedostawali się do polskich oddziałów stacjonujących na Bliskim Wschodzie. Pomorzanie, którzy dezerterowali na froncie wschodnim byli wcielani m. in. do radzieckich grup zwiadowczych zrzucanych na teren Pomorza. Od 1943 r. ożywioną działalność w tym względzie prowadził Związek Patriotów Polskich. Tą drogą najwięcej spośród nich zasiliło szeregi 3. Pomorskiej Dywizji Piechoty im. Romualda Traugutta.

Dezerterzy z oddziałów Afrika-Korps gen. Rommla trafiali w szeregi PSZ na Zachodzie. Tutaj droga wiodła do dwóch formacji: I Samodzielnej Brygady Spadochronowej gen. Sosabowskiego oraz do I Dywizji Pancernej gen. Maczka. Ten ostatni wyrażał się bardzo pozytywnie o żołnierzach mających za sobą „szlak bojowy” na afrykańskiej pustyni.

Opisując historię Kaszubów w Wehrmachcie nie wolno zapominać o jeszcze jednym, zupełnie wyjątkowym i nieznanym fakcie. Otóż w szeregach Wehrmachtu powstała polska komórka konspiracyjna, której inicjatorem i przywódcą był pochodzący ze Starogardu Zygmunt Grochocki. Jego najbliższym współpracownikiem był Józef Grzędzicki z Chmielna. Obaj odbyli przeszkolenie w Malborku skąd  skierowani zostali do Francji w okolice Nantes. Tutaj nawiązali kontakt z miejscową Polonią. Swoją organizację nazwali Związkiem Jaszczurczym. Nazwa ta stanowiła proste nawiązanie do Związku zawiązanego w XV w., który doprowadził w 1454 r. do Inkorporacji Prus do Polski. W szeregi Związku udało się wciągnąć wielu ziomków. Celem ich działania było zorganizowanie przejścia możliwie największej grupie rodaków na stronę aliantów. Niestety w trakcie wyjazdu na front, organizacja została zdekonspirowana. Przed sądem wojennym postawiono 27 żołnierzy. Obaj przywódcy zostali skazani na karę śmierci, którą. wykonano 20 marca 1943 r.

Nie bez znaczenia w tej historii jest również stosunek dowództwa PSZ na Zachodzie do sprawy Polaków – dezerterów z Wehrmachtu. Początkowy sceptycyzm do tego zagadnienia, stosunkowo szybko przerodził się w aprobatę tych poczynań. Zwłaszcza, że Pomorzanie nawiązali bardzo dobre stosunki z oddziałami francuskiego ruchu oporu. Dowodem na taki stan rzeczy jest fakt, że od sierpnia 1943 roku ukazywała się gazetka „Polak w Wehrmachcie”. Ponadto w strukturach Wolnych Francuzów istniała Polska Organizacja Walki o Niepodległość, której przewodził wywodzący się z Skorzewa (gmina Kościerzyna) wówczas mjr Antoni Zdrojewski. Jedną z form działania tej organizacji było wydawanie i kolportowanie ulotek nawołujących do przechodzenia na stronę Aliantów.

Oczywiście każda wojna, bez względu na jej zasięg terytorialny i czasowy przynosi ofiary. Ponoszą je, choć może w różnym stopniu, obie walczące strony. Może to banał, ale warto go stale przypominać. Nie inaczej było podczas II wojny światowej. Wśród ofiar po obu stronach frontu byli również Pomorzacy. Warto tutaj pamiętać, że śmierć na froncie nie wybiera, tutaj wszyscy są równi. Każdy Polak wie czym była bitwa o wzgórze Monte Cassino. Ale już niewielu wie, że na obu cmentarzach poległych w tej bitwie, oczywiście przede wszystkim tym polskim, ale również niemieckim zostali pochowani żołnierze o rodowodzie kaszubsko-pomorskim. Innym przykładem jest również śmierć na froncie wschodnim Mestwina Majkowskiego – syna lekarza, pisarza i działacza młodokaszubskiego Aleksandra Majkowskiego. Niestety, w przypadku Pomorzan, nie znamy skali tego zjawiska. Do chwili obecnej żaden historyk nie pokusił się o przeprowadzenie badań nad ilością wcielonych Pomorzan i Kaszubów do Wehrmachtu i wykazania wielkości poniesionych strat. Dane jakimi dysponujemy, stanowią jedynie zestawienia cząstkowe dla poszczególnych części lub miejscowości regionu. Przykładem może być tu parafia Borowy Młyn na Gochach (Kaszuby Zachodnie). Autor opracowania Benedykt Reszka przedstawia następujące dane:

„[…] W przypadku bohaterów mojej książki, to część z nich walczyła w kampanii wrześniowej 1939 roku, a potem w okresie hitlerowskiej okupacji musiała przywdziać mundury niemieckich żołnierzy. By potem z kolei, po dostaniu się do niewoli lub ucieczce do aliantów, na  powrót wstąpić w szeregi Wojska Polskiego […] Ale największym etapem tej gehenny było wcielenie młodych Borowiczan do Wermachtu i ich udział w walkach na frontach całej Europy i Afryki Północnej […] Do dnia 9 maja 1945 r. z naszej parafii powołano 176 mężczyzn do Wermachtu, z czego 129 walczyło na zachodzie i południu Europy, a 46 na wschodzie. Łącznie z nich poległo 40 żołnierzy, z czego na wschodzie 22. Czyli co czwarty z nich zginął na froncie tej wojny. […] Z  pobudek patriotycznych nie poszło do niego [Wermachtu] i ukrywało blisko 20 osób. […] Do polskiej armii na zachodzie wstąpiło 53, w tym do armii gen. Andersa we Włoszech – 26, a gen. S. Maczka w Anglii – 21. W jenieckich obozach alianckich znalazło się 33. […] Traktowano ich  różnie. Najgorzej było w obozach amerykańskich we Francji. […] Trzech spośród wziętych do  niewoli znalazło się w Stanach Zjednoczonych. […] W obozach rosyjskich znalazło się 11 osób, byłych żołnierzy Wermachtu. Łącznie z naszej parafii wywieziono do Rosji 43 osoby”.

Rozważając powyższe kwestie, możemy odnieść wrażenie, że podczas II wojny światowej powtórzyła się historia jaka miała miejsce podczas I wojny światowej. Wówczas to również po każdej stronie frontu walczyli Polacy. Co prawda sytuacja była nieco inna – były to armie zaborcze. Niemniej i tam jak i w dwadzieścia lat później na frontach II wojny światowej Polak mógł nieświadomie strzelać do… Polaka. Również o tym należy pamiętać przy wyrażaniu tak arbitralnych sądów. To kolejny dowód, że w historii nic nie jest do końca jednoznaczne, proste i oczywiste.

Jak to zatem z owym „dziadkiem w Wehrmachcie” było? Jak już wspomniałem na wstępie, w historii nic nie jest tylko albo czarne albo białe. Wiele z historii składających się na obraz całości należy rozpatrywać indywidualnie. Może oczywiście paść zarzut, że nie wszyscy wcieleni, o ile nie polegli, nie przeszli na stronę aliantów. Ale… Cały czas musimy pamiętać, że pozostali w domu członkowie rodziny żołnierza byli swoistego rodzaju zakładnikami. W razie dezercji mogli być w najlepszym wypadku wysiedleni a najczęściej trafiali do obozów koncentracyjnych.

A w przypadku przysłowiowego już dziadka – nie jest to postać mityczna. Chodzi tu o postać historyczną – dziadka Donalda Tuska, który był działaczem Polonii Gdańskiej i więźniem Stutthofu. Po zwolnieniu z obozu, jako obywatel byłego Wolnego Miasta Gdańska, pomimo niepodpisania niemieckiej listy narodowościowej został wcielony do Wehrmachtu. Zatem jeszcze raz apeluję, by przy ferowaniu tak zdecydowanych i bezkompromisowych ocen i wyroków, zachować rozwagę i ostrożność.

Andrzej Kotecki

Opracowano na podstawie Józef Borzyszkowski, „Historia Kaszubów w dziejach Pomorza”, t. IV „Kaszubi w II RP i w latach II wojny światowej (1920-1945)”, Instytut Kaszubski, Gdańsk 2019.

Myśl Polska, nr 49-50 (5-12.12.2021)

Redakcja