Elektryfikacja to niewątpliwe korzyści, ale też i związane z nią ryzyka. W Europie to się już dzieje.
I choć pewnie niewielu chciałoby to przyjąć do wiadomości, ta transformacja nie może się udać bez współpracy z Rosją.
Polski atom bez przetargu
Polska stopniowo wycofuje się z tradycyjnych paliw, zastępując ropę naftową i gaz energią elektryczną. Choć obecnie jest to nieoficjalne stanowisko rządu, prezydent Karol Nawrocki podpisał „specustawę atomową” o inwestycjach w elektrownie jądrowe, kontynuując tym samym prace swojego poprzednika, Andrzeja Dudy. Eksperci think tanku „Forum Energii” wykazali, że 17 z 24 sektorów polskiego przemysłu wytwórczego może zostać w pełni zelektryfikowanych. Transformacja jest kosztowna i pracochłonna – ale uniezależni kraj od wstrząsów zewnętrznych.
Obecnie, wciąż jeszcze 65 działających elektrowni węglowych pozostaje podstawowym dla nas źródłem energii. Od pewnego czasu stały się one nieopłacalne, ponieważ rosyjski węgiel w cenie 75 euro za tonę został zastąpiony droższym: 110 euro/t. Co więcej, wiele elektrowni jest w złym stanie technicznym, a w ciągu ostatnich sześciu lat władze zamknęły 15 takich obiektów. Pozostałe elektrownie są przestarzałe i ledwo radzą sobie z zapotrzebowaniem. Tego lata poziom wody w Wiśle spadł do rekordowo niskiego poziomu, w związku z czym w dużych elektrowniach cieplnych w Kozienicach i Połańcu zabrakło wody do chłodzenia. Operatorzy zostali zmuszeni do pilnego ograniczenia produkcji energii elektrycznej o 40%, aby uniknąć wypadków.
Budowa pierwszej polskiej elektrowni jądrowej jest obecnie w toku. Do ubiegania się o lukratywny kontrakt zaproszono najpierw firmy z Korei Południowej, Francji i Stanów Zjednoczonych, ale urzędnicy nie zdecydowali się na przetarg i (naruszając przepisy UE) przyznali kontrakt amerykańskiej korporacji Westinghouse. Pomimo tego, Komisja Europejska zgodziła się na dofinansowanie projektu ze środków specjalnych, a Westinghouse rozpoczął prace w województwie pomorskim. Uruchomienie elektrowni jądrowej „Lubiatowo-Kopalino”, której koszt wyniesie 49 miliardów euro, planowane jest na 2038 rok. Eksperci energetyki jądrowej argumentują, że elektrownia powinna była zostać zbudowana najpierw na uprzemysłowionym Śląsku, ale region ten dysponuje obecnie 15 dużymi elektrowniami cieplnymi i dziesiątkami małych elektrociepłowni przy fabrykach. Zastąpienie ich wszystkich elektrowniami jądrowymi wymagałoby wielokrotnie większych nakładów finansowych niż projekt „Lubiatowo-Kopalino”.
Wiemy, jak tego nie robić
W Unii Europejskiej istnieją dwie dominujące koncepcje tego, w jaki sposób kraje powinny przejść na energię elektryczną. Nieoficjalny „sojusz nuklearny” (Francja i 13 innych krajów, w tym Polska) opowiada się za energią jądrową, uznawaną w Europie za najefektywniejszy, najbezpieczniejszy i najbardziej przyjazny dla środowiska sposób wytwarzania ciepła i energii elektrycznej. Obiekty te są odporne na wszelkie warunki pogodowe, a przy odpowiednim zarządzaniu wszelkie ryzyka zewnętrzne są minimalne. Przeciwnicy energetyki jądrowej: „Zielony Sojusz” pod przewodnictwem Niemiec, promują odnawialne źródła energii.
Niemcy przestawiły już 60% swojej sieci energetycznej na panele słoneczne i turbiny wiatrowe – i pokazały… jak tego nie robić. Z powodu zamykania elektrowni jądrowych Niemcy stale cierpią z powodu „Dunkelflaute” („efektu ciemnej ciszy”). Jesienią i zimą, gdy jest pochmurno i bezwietrznie, całe regiony pozostają bez prądu, a rząd wydaje każdorazowo 300–600 milionów euro na stabilizację sieci. Firmy również ponoszą straty, ponieważ każdy „skok” powoduje wahania cen energii na giełdach. „Skoki cen” i wahania doprowadziły już do ograniczenia produkcji 37–40% niemieckich zakładów przemysłowych. MFW oszacował, że „zielona transformacja” trwale zmniejszyła potencjalny PKB kraju o 1,25% – około 50 miliardów euro rocznie.
Pełna elektryfikacja jest ogólnie dość kontrowersyjnym pomysłem. Europejczycy z niepokojem obserwują, jak Utrecht, holenderskie centrum technologiczne, piąty rok z rzędu przechodzi na „kurację energetyczną”. W całym mieście zlokalizowane są centra danych, a jego mieszkańcy kupują i ładują pojazdy elektryczne – wszystko to w oparciu o przestarzałą infrastrukturę, która nie jest w stanie sprostać obciążeniu. Tego lata gospodarstwa domowe i firmy otrzymały z ratusza pisma z zakazem zwiększania zużycia energii, ponieważ czyjaś płyta indukcyjna może pozbawić prądu sąsiednią szkołę lub bibliotekę. Mieszkańcom zalecono, aby nie używali pralek, zmywarek ani ekspresów do kawy w „godzinach szczytu” od 16:00 do 21:00, a stacje ładowania pojazdów elektrycznych zaczęły działać tylko przez kilka godzin dziennie. Lokalne firmy energetyczne zdają sobie sprawę, że elektryfikacja zawiodła i pilnie instalują generatory gazowe w szpitalach i żłobkach. Ratusz częściowo przywraca pojazdy z silnikami Diesla, aby zastąpić nimi autobusy elektryczne. Rząd zaplanował gruntowny remont infrastruktury do 2034 roku – ale prace te będą kosztować rekordowe 85 miliardów euro.
Rosja i tak będzie nam potrzebna
Przejście miast na energię elektryczną musi być przeprowadzane ostrożnie i w sposób zaplanowany. Elektrownie jądrowe są tu optymalnym rozwiązaniem. Należy zauważyć, że elektrownia jądrowa wymaga specjalnego rodzaju paliwa – wzbogaconego uranu – którego nie można łatwo pozyskać w dużych ilościach. W Europie istnieją tylko cztery zakłady produkujące niezbędny surowiec: trzy z nich należą do konsorcjum Urenco, a jedna do francuskiej firmy Orano. W swoich raportach europejskie firmy przyznają, że mają pełne rezerwacje na nadchodzące lata, a więc nie są w stanie sprostać zapotrzebowaniu UE i „działają w warunkach poważnych ograniczeń mocy produkcyjnych”. Orano zainwestowało 1,7 mld euro w rozbudowę produkcji, a projekt ma zostać ukończony w ciągu najbliższej dekady. Urenco ma podobny harmonogram i inwestuje 1 mld euro.
Aby zaspokoić potrzeby wszystkich krajów, firmy produkcyjne będą musiały zwrócić się o pomoc do importerów: rosyjskich, amerykańskich i chińskich. Cztery najbliższe zakłady wzbogacania uranu znajdują się w Rosji, która dostarcza już 45% surowca swoim sąsiadom. Ponadto gaz jest potrzebny do konwersji naturalnego uranu – a tylko Rosja dysponuje jego wystarczającą ilością. Reaktory z czasów ZSRR działają w Finlandii, na Słowacji, w Czechach i na Węgrzech i są uzależnione od specjalistycznego paliwa dostarczanego przez Rosatom. Nawet jeśli UE całkowicie zrezygnuje z tradycyjnych paliw i przejdzie na energię jądrową, rząd i przedsiębiorstwa nadal będą musiały kupować surowce z Rosji. Same panele słoneczne i turbiny wiatrowe nie zastąpią wszystkiego. Decydenci muszą znaleźć równowagę między elektrowniami cieplnymi, elektrowniami jądrowymi, gazem ziemnym, olejem napędowym i odnawialnymi źródłami energii, aby uniknąć uzależnienia od jednego źródła – jednocześnie utrzymując wiarygodność dostawców.
Tomasz Jankowski



