PublicystykaPapież Franciszek, Conan i mroczne wieki

Redakcja3 tygodnie temu
Wspomoz Fundacje

Robert Ervin Howard (1906-1936) przeszedł do historii głównie jako autor opowiadań o wędrówkach i przygodach Conana barbarzyńcy.

Sława to w pełni zasłużona, bo amerykański pisarz wyposażył je w warstwę refleksji historiozoficznej zdumiewająco głęboką jak na utwory, które z założenia powstawały jako literatura klasy B. Historiozofia Howarda mocno przypomina filozofię dziejów Jacoba Christopha Burckhardta (1818-1897) i Oswalda Spenglera (1880-1936), a lapidarnie streszcza ją formuła wypowiedziana kiedyś przez samego pisarza: barbarzyństwo jest stanem naturalnym ludzkości, cywilizacja jest jej stanem przejściowym. Wraz z głównym bohaterem oglądamy gnuśnienie i zmierzch potężnych niegdyś kultur, niszczonych przez silniejszych prymitywów, albo też odnajdujemy już tylko ich dawno zapomniane ruiny. Ale to nie o twórcy postaci Conana, Kulla i Solomona Kane’a chciałem tu właściwie pomówić.

3 października 2020 r. papież Franciszek ogłosił swoją czwartą encyklikę, zatytułowaną „Fratelli tutti”. Jej objętość, jak i wielość poruszonych w niej tematów jest zauważalnie większa, niż w przypadku poprzednich dokumentów tego typu. Wzbudziła też żywszy rezonans, niż wcześniejsze encykliki papieskie. Jej treść starały się analizować i na różne sposoby omawiały liczne media, także nastawione nieprzychylnie do Kościoła i w ogóle do religii. W kręgach tych zinterpretowano „Fratelli tutti” jako wyraz poparcia papieża dla współczesnych przemian społecznych – bardzo pospiesznie i bardzo powierzchownie.

Wystarczy bowiem otworzyć encyklikę na spisie treści, po czym rzucić okiem na tytuły rozdziałów i podrozdziałów: „Mroki zamkniętego świata”, „Rozpadające się marzenia”, „Bez projektu dla wszystkich”, „Globalne odrzucenie”, „Konflikt i lęk”, „Globalizacja i postęp bez wspólnego kursu”, „Złudzenie komunikacji”, „Bezwstydna agresywność”, „Informacje bez mądrości”, „Podporządkowanie i pogarda dla samego siebie”, „Porzucony”, „Nieuchronny konflikt” – by przekonać się, że papieski dokument wcale nie emanuje optymizmem w ocenie dzisiejszego świata. Przeciwnie, w niemałym stopniu dochodzi w nim do głosu metafizyczny niepokój człowieka stojącego naprzeciw tego, co zafundowała nam późna nowoczesność.

Chciałbym tutaj zwrócić uwagę tylko na jeden, krótki fragment „Fratelli tutti” – paragraf 239 tej encykliki. Przytoczmy go w całości: „Czytając inne teksty Nowego Testamentu, możemy zauważyć, że w istocie pierwsze wspólnoty, zanurzone w świecie pogańskim, pełnym rozkładu moralnego i aberracji, żyły w poczuciu cierpliwości, tolerancji i zrozumienia. Bardzo jasne w tej kwestii są niektóre teksty: zachęca się do upomnienia swoich przeciwników »z łagodnością« (2 Tm 2, 25). Albo napomina się: »nikogo nie lżyć, unikać sporów, odznaczać się uprzejmością, okazywać każdemu człowiekowi wszelką łagodność. Niegdyś bowiem i my byliśmy nierozumni« (Tt 3, 2-3). Księga Dziejów Apostolskich stwierdza, że uczniowie, prześladowani przez niektóre władze, »cieszyli się szacunkiem wszystkich ludzi« (por. Dz 2, 47; 4, 21.33; 5, 13).”

Papież wyraźnie sugeruje, iż do takiego świata powracamy – wracamy do świata z Dziejów Apostolskich, kiedy małe wspólnoty chrześcijan żyły zanurzone w świecie pogańskim i niemoralnym. Dokonuje się obrót koła czasu; cykl historii zamyka się. Chrystianizacja okazała się przejściowym stanem świata, tak jak cywilizacja według Roberta Ervina Howarda.

Diagnoza postawiona przez Franciszka radykalizuje i zarazem dezaktualizuje wysuniętą niegdyś przez Jacquesa Maritaina (1882-1973) tezę, że Kościół musi przystosować się do funkcjonowania w rzeczywistości pluralistycznej, w której katolicyzm będzie tylko jednym z kilku współistniejących w społeczeństwie światopoglądów. Oznacza również pośrednie przyznanie, iż Sobór Watykański II poniósł klęskę. Autorzy soborowych i posoborowych reform kościelnych stawiali sobie bowiem za cel ponowne przyciągnięcie do Kościoła mas ludzi obojętniejących na jego nauczanie. Teraz okazuje się, że nic takiego nie nastąpiło, a świat zamiast wracać do Kościoła, idzie w przeciwnym kierunku.

Co bardziej zachowawczo nastawieni katolicy reagują na tę sytuację rozgoryczeniem, przybierającym postać mniej lub bardziej otwarcie formułowanych pytań, jak długo jeszcze Pan Bóg będzie na to pozwalać i kiedy wreszcie ukaże bezbożny świat. Jeżeli jednak takiej nadziei się chwytają, najwyraźniej trzeba im przypomnieć, co napisał Nicolás Gómez Dávila: „Świat współczesny nie będzie ukarany. On sam jest karą”. Być może fakt, iż w do niedawna katolickich państwach szerokie rzesze ludzi odwróciły się od Kościoła nie jest stanem wołającym o ukaranie przez Opatrzność, a właśnie zesłaną przez nią karą.

Być może Kościół za bardzo rozgościł się na tej ziemi, zwłaszcza w lubianej przez konserwatystów, różnie nazywanej „epoce Piusów” czy „sojuszu tronu i ołtarza”, kiedy ziemscy władcy wspierali instytucje kościelne, bo traktowali je utylitarnie jako podporę porządku i bezpieczeństwa publicznego. Być może Kościół za dobrze urządził się w tych wszystkich konserwatywnych krajach, gdzie struktura społeczeństwa i kultury odgórnie sprzyjały religijności, umożliwiając podtrzymywanie jej małym wysiłkiem. Być może pod wpływem takiego (z przyczyn zewnętrznych wobec samej religii) łatwo sprawowanego rządu dusz przestał być „Kościołem walczącym” czy nawet „Kościołem pielgrzymującym”, bo ani nie musiał z nikim walczyć, ani nigdzie stąd nie pielgrzymował, a stał się po prostu beneficjentem status quo. Być może z powyższych powodów Pan Bóg postanowił upokorzyć nieużyteczne sługi i postawić Kościół w położeniu, w którym znowu będzie musiał walczyć i działać jak Ecclesia militans tam, gdzie do niedawna bezpiecznie mu się żyło.

Teza o śmierci religii niesionej przez współczesne trendy, w której z kolei swoje nadzieje pokładają wrogowie Kościoła, została otrąbiona zdecydowanie przedwcześnie i dzisiaj śmieją się z niej nawet świecko nastawieni socjolodzy. Religijność wypychana ze świadomości zbiorowej pozostawia po sobie pustkę, którą ludzie prędzej czy później zaczynają odczuwać jako głód. Przebija się z podświadomości i albo w końcu powraca w jakiejś formie (jak konwersje na islam w Europie Zachodniej), albo – u najbardziej uporczywie uprzedzonych – zastępowana jest przez groteskowe niekiedy substytuty (łatwo zaobserwować, że nie ma bardziej zabobonnych ludzi, niż ateiści).

Naukowcy o laickim podejściu piszą o „zemście Boga”, o „religijnej rekonkwiście świata” (jak w tytule książki Gillesa Kepela) czy o fenomenie popularności tak zwanych „fundamentalizmów”. Nawet więc, jeśli obecnie poziom religijności w społeczeństwie opada, kiedyś znowu zacznie rosnąć. Nie wiemy jednak, kiedy to nastąpi i w jakich formach, ani czy w ogóle tego dożyjemy. Wiemy natomiast, co nas czeka: zadanie przechowania do tego czasu i rozkrzewiania na ziemi depozytu wiary.

„Dlatego przywdziejcie pełną zbroję Bożą, abyście się zdołali przeciwstawić w dzień zły i ostać, zwalczywszy wszystko. Stańcie więc, przepasawszy biodra wasze prawdą i przyoblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość, a obuwszy nogi w gotowość dobrej nowiny o pokoju. W każdym położeniu bierzcie wiarę jako tarczę, dzięki której zdołacie zgasić wszystkie rozżarzone pociski Złego. Weźcie też hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże – wśród wszelakiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu!” (Ef 6, 13-18). Bądźcie gotowi, katolicy. Nadchodzą mroczne wieki.

Adam Danek  

Na zdjęciu: Papież Franciszek i Patriarcha Bartłomiej w Jerozolimie.

Fot. wikipedia commons

Myśl Polska, nr 37-38 (12-19.09.2021)

 

Redakcja