Felietony Możemy się (wreszcie) czuć „zdradzeni przez Zachód”

Redakcja6 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Przez minione kilkanaście lat jedynym widocznym motywem polskiej polityki zagranicznej był werbalny sprzeciw budowie drugiej nitki gazociągu na dnie Bałtyku, będącego – jak wiadomo – wspólną rosyjsko-niemiecką inwestycją przesyłową.

Uzasadnienia naszego sprzeciwu nie były dostatecznie jasne: z tego co rozumiem głównie martwimy się o to, że ów „Zachód (nie my) uzależni się od rosyjskiego gazu”, a my chcemy się „uniezależnić”, więc wszyscy powinni iść naszym śladem. Dlaczego? Nie wiadomo. Przecież rosyjski gaz możemy kupować od Rosji, ale również od Niemiec (już tak nie raz bywało): jeśli cena będzie porównywalna, to po co szarpać i psuć i tak niezbyt dobre relacje z oboma tymi państwami? Przecież tu idzie o biznes; czyli rachunek ekonomiczny. Od kogoś w końcu gaz rosyjski będziemy musieli kupić, bo jest to najważniejszy światowy i regionalny producent – reszta jest daleko i sprzedaje nam dużo drożej.

Można się tylko domyślić, że ów sprzeciw był próbą przypodobania się naszemu „strategicznemu sojusznikowi”, który był przeciwny tej inwestycji i nawet nakładał (naszym zdaniem) zbyt mało dotkliwe sankcje na niektóre firmy wykonujące te inwestycję. Dlaczego to robił? Też nie wiadomo: chyba chciał trochę zaszkodzić Niemcom, bo stały się zbyt ważne. Obiektywnie Waszyngton nie miał szansy zablokować tej inwestycji, bo przecież po przegranej wojnie z małym i bardzo prowincjonalnym Afganistanem nie rzuci się na drugie supermocarstwo militarne i niemieckiego sojusznika; światem być może rządzą czasami szaleńcy, ale ich „odlot” ma jednak swoje granice. Finał polityki amerykańskiej był chyba możliwy do przewidzenia: jeśli obiektywnie nie można skutecznie wstrzymać jakiegoś przedsięwzięcia, oznacza to już wystarczające uzasadnienie dla fiaska swoich działań. Już wiemy, że Waszyngton uznał swoją porażkę: sprzeciwy i sankcje nie zdały się na nic, a my – podobnie jak w przypadku polityki poparcia dla promajdanowych rządów na Ukrainie –wyszliśmy na oszukanych i nieważnych krzykaczy.

Tu pewne pocieszające wspomnienie: jeden z tomów z serii szkice polsko-rosyjskie został wysłany przez wydawcę do kilku redakcji, m.in. do pewnego „Dziennika”, który ma również słowo „Gazeta”. Reakcją tego medium był atak na poziomie brukowca, bo dziennikarzowi owej „Gazety” nie mieściło się w jego głowinie, że ktoś może nazwać po imieniu całkowite fiasko naszej polityki („wyszliśmy na idiotów”). Publicystyka polityczna tego „Dziennika” budziłaby tylko nie mające znaczenia zażenowania, gdyby nie była jednocześnie tak wstrętna. Nie wierzę, że po takiej wpadce ludzie tego „Dziennika” będą chcieli coś tam jeszcze pisać na ten temat, a zwłaszcza czytać co piszę, a wydawca serii „Szkice polsko-rosyjskie” na pewno nie wyśle im książki, bo być może zainteresuje nią dużo poważniejsze tytuły np. „Fakt”.

Czyli „Zachód” spersonifikowany tym razem przez Stany Zjednoczone „zdradził nas” po raz trzeci lub któryś tam z rzędu. I zrobi to jeszcze wielokrotnie, bo ma nas w tym samym miejscu (podobnie jak kiedyś Związek Radziecki). Ale może dobrze się stało, że rurociąg ten będzie ukończony: będziemy mogli wreszcie osiągnąć pełną i bezpośrednią dywersyfikację dostaw: rosyjski gaz będziemy mogli kupić albo (taniej) od Rosji albo (drożej) od Niemiec. Przecież napychanie kieszeni Zachodowi (z reguły pod niemieckim szyldem) było najważniejszym celem naszej polityki ostatniego trzydziestolecia i jest gwarancją „zachowania naszej niepodległości”.

Witold Modzelewski

 

Redakcja