HistoriaPublicystykaDziedzictwo Rąblowa

Redakcja3 tygodnie temu
Wspomoz Fundacje

W dniu 14 maja 2021 roku minęła kolejna rocznica bitwy pod Rąblowem, w której połączone oddziały Armii Ludowej, Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich, wspomagane przez partyzantów radzieckich stawiły skuteczny opór oddziałom Wehrmachtu i 5. Dywizji Pancernej „Wiking”.

W bitwie brało udział około 2000 żołnierzy niemieckich pod dowództwem Jakoba Sporrenberga, a po stronie polskiej około 900 partyzantów – w tym 600 żołnierzy Armii Ludowej, 50 żołnierzy Armii Krajowej, 50 żołnierzy Batalionów Chłopskich i 200 partyzantów radzieckich. Połączonymi oddziałami polskimi dowodził Mieczysław Moczar. Z uwagi na znaczną dysproporcję sił, zarówno biorąc pod uwagę stan liczebny oddziałów jak i uzbrojenie, bitwa okazała się dużym sukcesem sił polskich – partyzanci polscy zdołali wyjść z okrążenia niemieckiego. Bitwa pod Rąblowem była nie tylko sukcesem wojskowym, lecz miała także znaczenie symboliczne – stanowiła bowiem jeden z nielicznych przykładów zgodnego współdziałania formacji wojskowych różniących się ideowo i politycznie. Poczucie patriotyzmu i obowiązku obrony ojczyzny było silniejsze od uprzedzeń, animozji, a nawet otwartej wrogości.

Niestety w III RP pamięć o bitwie pod Rąblowem nie jest kultywowana przez czynniki oficjalne. Obecność władz na uroczystościach rocznicowych, o ile w ogóle ma miejsce – sprowadzona jest do wymiaru lokalnego. Na przykład w roku 2015 na uroczystości rocznicowe zorganizowane przez środowiska kombatanckie nie przybyli zaproszeni przedstawiciele władz państwowych i samorządowych. O kolejnych rocznicach bitwy pod Rąblowem tradycyjnie milczą też media publiczne, pochłonięte gloryfikacją żołnierzy wyklętych, czy też kolejnych przegranych powstań. Działania takie wpisują się w powszechną obecnie praktykę wymazywania ze świadomości zbiorowej czynu zbrojnego Armii Ludowej, czy też żołnierzy I i II Armii Wojska Polskiego. W oficjalnej narracji, na straży której stoi IPN, żołnierze ci nie wyzwalali kraju, lecz „kolaborowali z sowieckim okupantem”, niosąc „komunistyczne zniewolenie”. Postacie takie jak gen. Zygmunt Berling, marsz. Michał Rola-Żymierski, czy gen. Edwin Rozłubirski wykreślane są z podręczników historii, bądź określane mianem zdrajców i kolaborantów. Ich miejsce zajmują watażkowie w rodzaju Romualda Rajsa, odpowiedzialni za szereg zbrodni – również na ludności cywilnej. Znamienne jest także ostentacyjne pomijanie rocznicy zdobycia Berlina w 1945 roku. Dzień Zwycięstwa kojarzy się rodzimym „antykomunistom” z „sowiecką okupacją” i „totalitarnym zniewoleniem” – przy czym okres ten rozciągają do 1989 roku.

W miejsce czynu zbrojnego skierowanego przeciw niemieckiemu okupantowi gloryfikuje się powojenne podziemie zbrojne, kontynuujące beznadziejną i skazaną na klęskę walkę z powojennym ładem. Szkodliwość tych działań jest oczywista i niezaprzeczalna. W tej narracji znów dominuje kult przegranej sprawy i zbiorowego samobójstwa, a polityczny realizm zastąpiony jest etosem insurekcyjnym. Nie ulega wątpliwości, że obecna polityka historyczna motywowana jest czynnikami ideologicznymi i nie ma nic wspólnego z trzeźwym spojrzeniem na historię oraz wyciąganiem z niej wniosków. Jak słusznie zauważył dr Adam Danek: „z punktu widzenia pedagogiki narodowej błędem jest wynoszenie na piedestał tych, co przegrali. Rodakom, a zwłaszcza młodemu pokoleniu, jako wzór należy pokazywać żołnierzy, którzy przeszli po trupach nieprzyjaciół, nie odwrotnie. I dlatego peerelowskie uroczystości w rocznicę bitwy pod Lenino z 1943 r. czy szturmu Wojska Polskiego na Berlin z 1945 r. miały mimo wszystko nieporównywalnie więcej sensu, niż masochistyczny kult powstania warszawskiego rozdęty w czasach III Rzeczypospolitej czy konstruowany obecnie kult „żołnierzy wyklętych”.

Jest jeszcze jeden aspekt sprawy. Przyjęta narracja dzieli żołnierzy na lepszych i gorszych, zależnie od ocen i konotacji ideologicznych. Przypomina to do złudzenia politykę historyczną wczesnego PRL-u, kiedy to również dopasowywano fakty do obowiązującej ideologii. Tak jak kiedyś formacją wyklętą były Narodowe Siły Zbrojne, tak obecnie – formacją taką jest Armia Ludowa. Zdaniem „historyków” z IPN – Armia Ludowa była „formacją realizującą priorytety sowieckiej racji stanu i narzędziem polityki Stalina wobec Polski” i „nigdy nie była częścią sił zbrojnych Polskiego Państwa Podziemnego”. Pomimo udziału żołnierzy Armii Ludowej w tak gloryfikowanym obecnie Powstaniu Warszawskim – IPN sprzeciwił się by w ramach uroczystości związanych z 74 rocznicą wybuchu powstania oddawać hołd jej przedstawicielom, stwierdzając że „gloryfikowanie całej formacji, wykorzystywanej przez Sowietów do polityki wymierzonej przeciw niepodległości Polski, nie może spotkać się z akceptacją”.

To samo dotyczy zresztą zwycięskiej bitwy pod Rąblowem, która poprzez niewygodny dla rządzących udział żołnierzy Armii Ludowej i partyzantów radzieckich jest skrzętnie pomijana w oficjalnym przekazie. Przykłady takie można mnożyć. Podobnie jak kiedyś – drażliwe, bądź niewygodne politycznie wydarzenia i fakty wciąż stanowią tematy tabu, lub przedstawiane są w sposób tendencyjny. Tak jak w czasach minionych agresja 17 września 1939 roku, czy zbrodnia katyńska stanowiły problem, tak obecnie „trudnymi tematami” jest na przykład rzeź wołyńska, czy też będąca jej konsekwencją akcja „Wisła”, które burzą antykomunistyczną i antyradziecką narrację obozu rządzącego. Jak bowiem nie urazić politycznych przyjaciół z bratniej Ukrainy, dla których Stepan Bandera i jego kamraci są bohaterami narodowymi? Symbolicznym wyrazem takiej postawy były słowa prezydenta Andrzeja Dudy wypowiedziane w czasie wizyty na Ukrainie w październiku 2020 roku: „Sława Ukrainie!” – będące tradycyjnym pozdrowieniem siepaczy z OUN-UPA. Kolejny przykład to uchwała w sprawie akcji „Wisła” z dnia 27 lutego 2007 roku, którą Lech Kaczyński i Wiktor Juszczenko uznali akcję za skutek działań totalitarnych władz komunistycznych sprzeczny z podstawowymi prawami człowieka.

Należy zadać pytanie – komu służy dzielenie formacji wojskowych walczących z hitlerowskim okupantem i jakie są przyczyny takiej polityki? Czemu prezydent Andrzej Duda może objąć honorowym patronatem obchody 75 rocznicy powstania Brygady Świętokrzyskiej NSZ, a nie może oddać hołdu uczestnikom bitwy pod Rąblowem, czy też bitwy pod Studziankami? Czy wytłumaczeniem takich działań jest wyłącznie ideologiczne zacietrzewienie, czy są może inne przyczyny? Problem jest jednak znacznie szerszy i dotyczy również okresu po 1945 roku. W czyim interesie jest delegitymizacja ładu powojennego ustalonego na konferencjach w Teheranie, Jałcie i Poczdamie? W czyim interesie jest deprecjonowanie i podważanie statusu PRL? A może jest to zbieżne z dalekosiężnymi celami polityki niemieckiej? Skoro podważane są ustalenia konferencji międzynarodowych i legalność powojennych władz w Polsce, to idąc tym tropem można również podważyć powojenny kształt terytorialny Polski. To przecież także „relikt komunizmu” i „dziedzictwo Stalina”. Taka narracja historyczna jest wodą na młyn dla Związku Wypędzonych i środowisk ziomkowskich w Niemczech, jak również jest wygodna dla pogrobowców UPA, którzy także mogą poczuć się ofiarami „komunistycznego totalitaryzmu”.

Czy zatem jest jakiekolwiek uzasadnienie dla obecnej polityki historycznej? Czy fobie, uprzedzenia i resentymenty polityków winny kształtować (a może raczej zniekształcać) historię? Czy w podręcznikach szkolnych bitwa pod Rąblowem, Studziankami, przełamanie Wału Pomorskiego, a wreszcie zdobycie Berlina winny być opisywane jako preludium do zniewolenia i kolejnej okupacji? Czy może jednak należy wrócić do dewizy, że krew przelana na różnych frontach w walce o Polskę ma jednakową wartość? I może właśnie przykład bitwy pod Rąblowem, w której zwaśnione formacje wojskowe pokonały wspólnego wroga, winien być drogowskazem dla przyszłych pokoleń.

Michał Radzikowski

Fot. kadr z filmu „Barwny walki” (1964)

Myśl Polska, nr 21-22 (23-30.05.2021)

Redakcja