FelietonyA ja się wcale nie cieszę…

Redakcja1 rok temu
Wspomoz Fundacje

Nigdy systematycznie nie czytałem „Gazety Wyborczej”. Był okres, że dość regularnie czytywałem magazyn w wydaniu sobotnio-niedzielnym i miałem jak najlepszą opinię o poziomie większości zamieszczanych tam tekstów, choć z wieloma się nie zgadzałem.

Sama „Wyborcza” miała nawet wpływ na moją pracę zawodową. W latach 1999 – 2000 byłem dziennikarzem w „Naszym Dzienniku”. Pamiętam, że zbierałem materiały do jakiegoś artykułu i chciałem rozmawiać z Tadeuszem Mazowieckim i Adamem Michnikiem. Mazowieckiego spotkałem przypadkowo w Sejmie. Odmówił mi wypowiedzi przy czym odniosłem wrażenie, że był zdziwiony, iż ktoś z „Naszego Dziennika”, czyli organu ojca Tadeusza Rydzyka, chce z nim rozmawiać. Może bardziej spodziewał się jakiegoś prasowego ataku niż rozmowy. Była w tym też nuta pogardy. Z kolei Michnik odmówił spotkania. Przez jego sekretarkę przesłałem mu pytania na które odpowiedział lekceważąco.

Fizycznie spotkałem go tylko raz. Było to w księgarni „Prusa” na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Staliśmy przy kasie płacąc za książki. Michnik płacił złotą kartą. Trochę mu w tym momencie zazdrościłem. Miałem o wiele większe potrzeby zakupu książek w stosunku do moich możliwości finansowych. Z resztą tak jest i dzisiaj.

Jestem przekonany – choć bezpośrednich dowodów nigdy nie miałem – że „Wyborcza” przyczyniła się do tego, że zwolniono mnie z „Naszego Dziennika”. Otóż napisałem pewien komentarz po którym w „Wyborczej” zacytowano mnie i zgodzono się ze mną, co może można było potraktować nawet jako pochwałę. Dosłownie parę dni po tym powiedziano mi, że już nie przedłużą ze mną umowy. Taka była urody tego miejsca, że uwiarygadniało oplucie przez „Wyborczą”. Gdy „Wyborcza” się zgadzała albo nie daj Boże chwaliła, to był pocałunek śmierci z jej strony. Trochę to mnie dziwiło, ale pretensji nie miałem ani do „Dziennika”, ani do „Wyborczej”. Tak to już ze mną było, że przeważnie ze swoimi poglądami i polityczną postawą znajdowałem się w strefie zgniotu między wojującymi siłami w polskim życiu ideowo – politycznym.

Piszę o tym, ponieważ zetknąłem się dzisiaj z kilkoma tekstami na okoliczność kolejnej rocznicy powstania „Gazety Wyborczej”, w których autorzy nie ukrywają satysfakcji z jej problemów i życzą jak najszybszego upadku, śląc ironiczne uśmiechy pod adresem Adama Michnika, proszącego w Szwecji o finansowe wsparcie dla swojej gazety.

Uważam, że nadal znajduję się w strefie politycznego zgniotu, a jedną z właściwości tego stanu są bardzo skromne możliwości głoszenia swoich poglądów. Nie tylko ja, ale ludzie podobnie do mnie myślący (jeszcze takich kilku się znajdzie) nie mają szans na dotarcie do największych gazet, stacji radiowych i telewizyjnych. Te największe reprezentują główne strony aktualnego konfliktu politycznego i kłamią lub mówią prawdę w zależności od aktualnych potrzeb. Skutki kształtowania przez nie poglądów u większości Polaków są przerażające. Uważam jednak, że byłoby jeszcze gorzej gdyby któraś ze stron zdobyła monopol czy ogromną przewagę. W latach dziewięćdziesiątych taką przytłaczającą przewagę miała „Gazeta Wyborcza” i było to fatalne dla jakości polskiego życia publicznego. Wtedy szczerze życzyłem „Wyborczej” żeby ją szlag trafił. Teraz jest inaczej.

Patrząc na rozmiary kłamstwa, manipulacji i prostackiej propagandy w mediach zawładniętych przez PiS dla jakiej takiej normalności potrzebna jest przeciwwaga. Internet dużo robi, ale to cały czas za mało. Inne media nie związane z głównymi stronami medialnej bijatyki mają raczej bardzo ograniczony zasięg. Wiadomo poza tym, że do dotarcia do prawdy o faktach, które różne strony politycznego sporu chcą ukryć, potrzeba rozległych znajomości, dyskretnych kontaktów, sztabów ludzi, którzy te informacje zbierają, a za tym idą pieniądze. Tylko wtedy można wyrobić sobie w miarę rzeczywisty obraz wydarzeń, jeśli porównuje się i krytycznie analizuje przekazy z różnych źródeł informacji, które się nawet zwalczają. Po wykupieniu przez PiS za publiczne pieniądze szeregu gazet lokalnych, jego siła propagandowego oddziaływania jeszcze się zwiększy.

Po niektórych zmianach kadrowych w tych gazetach już można wysnuć wniosek, że jedną z pierwszych ofiar tych zmian będzie prawda o poczynaniach pisowskiej władzy na prowincji. Czy to się komuś podoba, czy nie, to póki co „Wyborcza” jakąś przeciwwagą jest. Można mieć do niej różne zastrzeżenia, ale faktem jest, że to w tej gazecie ujawniono szereg kompromitujących faktów dla obecnej władzy. Chciałbym, żeby „Myśl Polska”, w której zamieszczane są moje teksty miała choć połowę obecnej sprzedaży „Wyborczej”, a ponoć sprzedaż organu Michnika szybko spada.

Nie życzę „Wyborczej” ani upadku, ani hegemonii. Nie życzę również tego mediom w dyspozycji PiS-u. Rynek mediów w Polsce politycznie się polaryzuje i to jest złe. Niestety nie widać możliwości, by tę polaryzację powstrzymać. Jeśli ktoś nie stoi po żadnej z głównych stron obecnego konfliktu politycznego, to jest skazany na odcedzanie informacji z nawału propagandy, manipulacji i kłamstwa. To się da robić, o ile będą różne i niechby wrogie sobie ośrodki, przekazujące informacje do opinii publicznej. Dlatego z okazji rocznicy powstania „Gazety Wyborczej” pewnie nie wysłałbym redakcji życzeń stu lat, ale zdrowia już tak.

Andrzej Szlęzak

 

Redakcja