FelietonyTrajdos: Jeszcze o Mundialu

Redakcja2 minuty temu
Wspomoz Fundacje

Nie jestem zagorzałym kibicem, ale jestem od dawna uważnym obserwatorem rozmaitych mistrzostw piłki nożnej, w tym świeżo zakończonego Mundialu. Mam swoje ulubione drużyny (chorwacka, irańska, egipska, hiszpańska, angielska, a ostatnio wielka rewelacja – norweska). W tym zjawisku interesuje mnie przede wszystkim kontekst społeczny i obyczajowy.

Na tym miejscu chcę się podzielić kilkoma spostrzeżeniami. Mundial odbywał się w Meksyku, Kanadzie i przede wszystkim w USA. Nawet najbardziej poprawni i tchórzliwi komentatorzy nie mogli zataić bezczelnych szwindli z inicjatywy Trumpa i jego rodzinki. Wymuszone na organach FIFA dopuszczenie amerykańskiego zawodnika z czerwoną kartką do dalszej gry (co drużynie USA nie pomogło, bo przegrała następny mecz z kretesem i wypadła z eliminacji) oraz wyznaczenie do meczu finałowego sędziego Słoweńca Vinczića, rodaka Melanii Trump, powszechnie ganionego za błędy i stronniczość to jeden „kwiatek” tych rozgrywek. Drugi, jeszcze poważniejszy, to system FIFA, niby perfekcyjny, a de facto dopuszczający jawne niedbalstwa, przeoczenia i błędy niekompetentnych sędziów (bez prawa apelacji), nie kryjących na boisku sympatii własnych i cichych sponsorów. Taka sytuacja przemienia sport w kryminał.

Do wydarzeń szokujących należało w 1/16 finału skandaliczne unieważnienie dwóch goli Chorwatów, którzy „musieli”  przegrać z drużyną portugalską (cały czas remisowali). Wyjątkowo podłe było traktowanie drużyny Egiptu w 1/8 finału, która „musiała” przegrać z Argentyną (jedną bramką, też po unieważnieniu gola egipskiego). Skandal wywołał słuszną burdę na boisku (asystent trenera egipskiego rzucił się na łobuza sędziego, nota bene Francuza), następnie daremny protest egipskiej federacji piłkarskiej i kampanię oburzenia w internecie. Takiej kreatury jak Gianni Infantino to jednak nie wzruszy. Skryje się w cieniu rozmaitych Trumpów. W półfinale sędzia z USA wykazał zleconą bez wątpienia tolerancję dla wręcz bandyckiej gry Argentyny z Anglią ( brutalne faule: kopanie, chwyty zapaśnicze, podcinanie nogi) bez żadnych żółtych i czerwonych kartek. Przyniosło to wynik 2 : 1 dla bandytów czyli ledwie-ledwie. Kibice argentyńscy urządzili hucpę, demonstrując apetyt na brytyjskie Falklandy. Mało im wnyków, które spuścili im Brytyjczycy w 1982 r. za czasów niezapomnianej  Margaret Thatcher. Na szczęście Anglia zdołała wywalczyć sobie trzecie miejsce po kulturalnym meczu z Francją.

Zdecydowane forytowanie drużyny argentyńskiej jednak się nie powiodło. W meczu finałowym fenomenalna drużyna hiszpańska wygrała bezapelacyjnie, natomiast drużyna Argentyny grała fatalnie i już się nie odważyła na bandyckie chwyty.  Osobiście niewinny Messi (nie faulował) schodził z płaczem. Widać było na koniec, z jaką ledwie skrywaną wściekłością gospodarz mistrzostw Trump wręczał „złoto” Hiszpanom. Nie znosi przecież tego królestwa za sprzeciw wobec jego agresywnych poczynań. Nie mógł za to rozsławić Argentyny (jej prezydent Milei jest wyznawcą jego doktryny).. W sumie żałosne. Natomiast bardzo sympatyczne wypadł na podium król Filip VI, który uściskał swoją drużynę jak wielką rodzinę narodową. Prezydent i król stali z dala od siebie i nie zamienili ani słowa. Mundial 2026 r. miał też akcent liryczny. Żegnali się z własnymi drużynami mistrzowie-weterani, akurat wszyscy tak czy owak przegrani: Luka Modrić, Cristiano Ronaldo, Lionel Messi.

Przechodzę do drugiego zjawiska piłkarskiego. Mundial jest oczywistym zwierciadłem patologii dominującego ustroju w krajach podległych ideologii globalizmu. W tym kontekście warto zastanowić się nad pojęciem „drużyn narodowych” podczas zawodów. Jak wiadomo, ideologia demoliberalna wymusza definicję narodu jako ogółu mieszkańców danego terytorium państwowego. Kompletnie błędnie. Tu mała dygresja dla czytelników młodszych, wałkowanych już przez tę ideologię. Słowo „Murzyn” w języku polskim (nie w żargonie politycznej publicystyki, tylko w literackim języku polskim) to słowo emocjonalnie neutralne, oznaczające czarnoskórego mieszkańca Afryki lub pochodzącego z tego kontynentu. I teraz wracam ad rem. Otóż Murzyn albo Arab albo Turek, mieszkający rok–dwa w jakimś kraju europejskim i grający w klubie piłkarskim suto płacącym, w myśl powyższej ideologii staje się automatycznie „Szwajcarem”, „Francuzem”, „Belgiem” itd. Absurd. Bardzo często taki wędrowiec szukający lepszego życia nie zna nawet hymnu narodowego swojego rzekomo kraju. I nic dziwnego. Tak się składa, że szczególnie Murzyni mają często wybitne zdolności w tym sporcie, budzą podziw osiągnięciami i zasługują na uznanie.  Ale co to ma wspólnego z taką czy inną drużyną narodową?

Na mistrzostwach świata drużyny rzeczywiście narodowe przybywają z krajów Europy wschodniej  i środkowej, łącznie z Bałkanami  oraz z krajów skandynawskich i w znacznej mierze z romańskich krajów Europy południowej. To samo dotyczy absolutnej większości drużyn arabskich, azjatyckich i naturalnie afrykańskich. Z Ameryki Łacińskiej nadal drużyny narodowe mają kraje o starej tradycji futbolowej. O krajach zbudowanych na globalnej imigracji nie ma co wspominać. Natomiast w Europie Zachodniej (trzonie UE) widać gołym okiem skutki wymuszonej dwupokoleniowej imigracji. To nie są drużyny narodowe, choć mogą być świetne. Są to drużyny na wysoko płatnej służbie konkretnych krajowych związków piłkarskich, często złożone z mieszkańców byłych kolonii, migrujących do swych metropolii. Przykładowo w drużynie Francji w składzie wychodzącym na boisko w porywach pojawia się ze dwóch Francuzów, reszta to czarnoskórzy, Mulaci lub rzadziej Arabowie. W drużynie Belgii uchowało się kilku dobrych zawodników Flamandów, ale zawsze w mniejszości. Pamiętam, jak wyglądała drużyna narodowa Niemiec 40 lat temu. A jak teraz? Szok. Może w takim razie zmienić nomenklaturę drużyn. Tylko jak ją zmienić, skoro trzeba wtedy zmienić rządzącą ideologię.

Tadeusz M. Trajdos

Myśl Polska, nr 33-34 (16-23.08.2026)

Redakcja