FelietonyGospodarkaWojsko ratuje amerykańskie SMR-y

Redakcja51 minut temu
Wspomoz Fundacje

Do gry o przyszłość energii jądrowej weszły amerykańskie Armia, Flota i Lotnictwo. Przecierają ścieżki komercjalizacji energii w jej nowoczesnym, modułowym wydaniu, pomagając startup-om zbudować eksperymentalne prototypy.

Amerykańskie projekty SMR-ów są jeszcze na tyle „w lesie”, że inwestorzy finansowi,wyłożywszy wcześniej grube miliardy dolarów, wycofują się, obawiając się, że inwestycje będą nietrafione https://myslpolska.info/2026/07/15/szczesniak-kapital-nie-radzi-sobie-z-atomem/. Długotrwałe prace badawcze, jeszcze dłuższa ścieżka komercjalizacji nowych technologii jądrowych powodują, że rozwój jest niezwykle kosztowny, a ogromne ryzyka, które niesie ze sobą – nie do uniesienia dla spekulacyjnego ze swej natury kapitału.

Dlatego do akcji wkracza wojsko. Nie ma się czemu dziwić, armia USA od swych początków była pionierem rozwoju technologicznego. Dzisiaj, gdy rynek zawodzi, pomaga zbudować małe, zaawansowane reaktory nuklearne dla celów cywilnych. Staje się kluczowym klientem, stabilnym fundamentem, na którym korporacje opierają swój rozwój. Gwarantuje zakup reaktora i energii z niego, co wynalazcom daje pewność, że projekt zostanie wdrożony. Jeśli reaktor będzie niezawodnie działał, ścieżka do zastosowań cywilnych zostanie przetarta.

Cóż się dziwić, przecież energię nuklearną, jej okiełznanie i wyzwolenie Ameryka zawdzięcza zastosowaniom militarnym. Dzięki ludzkiej innowacyjności, zaprzężonej do wojennych celów uzyskano potężne narzędzie zabijania. Dwa japońskie miasta, Hiroszima i Nagasaki, spłonęły przez to w atomowej Apokalipsie. Po wojnie rozwijano technologie jądrowe dla zbudowania arsenału nuklearnego, ale też rozwijano inne użytki – marynarka wojenna skonstruowała w 1954 r. pierwszy okręt podwodny z napędem atomowym USS Nautilus i zarządza dzisiaj prawie 70 atomowymi okrętami podwodnymi i jedenastoma lotniskowcami. Ale też Korpus Inżynierów Armii USA po wojnie budował i użytkował własne instalacje nuklearne, właśnie w wydaniu mikro. Wojskowi skonstruowali pierwszą pływającą elektrownię jądrową, o niewielkiej mocy 10 megawatów, która przez osiem lat pracowała w Kanale Panamskim. W latach 60-tych stworzyli prawdziwie mobilny reaktor, przewożony TIR-em. Został on zakopany 10 metrów pod powierzchnią lodu w amerykańskiej bazie wojskowej na Grenlandii. Inny pracował na Antarktydzie.

Jednak doświadczenia nie były najlepsze. Małe reaktory okazały się niezwykle kosztowne, często się psuły, wymagały ciągłych napraw. Dochodziło do wycieków izotopów radioaktywnych i poważnych skażeń środowiska. W ośrodku badawczym w Idaho w 1961 r. zginęło trzech operatorów na skutek wybuchu reaktora. Projekty wojskowe Armii i Floty dały jednak także początek cywilnej amerykańskiej energetyce atomowej. Jako pierwszy do stacjonarnej sieci 8 kwietnia 1957 r. został podłączony 2-megawatowy reaktor SM-1, zbudowany przez Armię w Fort Belvoir (Virginia). Reaktor, służący do napędu okrętów Marynarki dostarczył prąd dla gospodarstw domowych w Virginii w grudniu tegoż roku. I choć Amerykanie twierdzą, że to oni postawili pierwszą elektrownię jądrową na świecie, to w tej materii musieli ustąpić pierwszeństwa nie tylko Związkowi Radzieckiemu, ale nawet Wielkiej Brytanii.

Dzisiejsze próby rozpoczęły się w marcu 2020 r. (program PELE) i są już blisko pierwszych rezultatów. Zasilanie bazy wojskowej z atomu jest budowane od lutego, i do 30 sierpnia 2028 r. ma być uruchomione w specjalnej mikro-sieci państwowego laboratorium w Idaho. Wykonawcą jest BWX Technologies, mająca militarne koneksje – to wyłączny dostawca reaktorów i układów napędu dla okrętów podwodnych i lotniskowców US Navy od czasów USS Nautilus. Na bazie tego projektu, armia już od października ubiegłego roku realizuje kolejny – JANUS. Wojskowi inżynierowie wybrali rozwiązania z trzydziestu zaawansowanych reaktorów, które mają zasilać dziewięć baz wojskowych. Cele różnych formacji wojska znacząco różnią się: Marynarka potrzebuje większych reaktorów naziemnych (od 20 do 300 MW), składanych na miejscu z kilku części, by zamienić swoje bazy morskie także w energetyczne twierdze. Armia szuka źródeł o znacznie niższej mocy (1 do 20 MW), za to łatwych w transporcie, a Lotnictwo jeszcze mniejszych instalacji (od 200 kilowatów do 5 megawatów). Ale wszystkie – zamawiają je u amerykańskich projektantów małych reaktorów. Oczekują, że dostawca zbuduje SMR, będzie nim zarządzał, a wojsko będzie jedynie długoterminowym odbiorcą energii.

Amerykańska armia przeciera ścieżki dla nowoczesnego sektora energii z atomu. Cóż w tym dziwnego? Że się o tym zbyt szeroko nie mówi? Ale warto to wiedzieć i brać wzór z takiej roli wojska.

Andrzej Szczęśniak

Myśl Polska, nr 31-32 (2-9.08.2026)

Redakcja