Z profesorem Stanisławem Sławomirem Nicieją o dziedzictwie polskich kresów, w kuluarach Targów Książki Kresowej w Legnicy, rozmawia Przemysław Piasta
Historia Polski, szczególnie historia polskich Kresów, to dla większości z nas historia zmagań. Nierzadko heroicznych, równie często krwawych. W swoim wykładzie przedstawił Pan jednak zupełnie inne spojrzenie na dziedzictwo kresowe. Bez martyrologii, bez wzniosłych, patetycznych opowieści, skupiające się na rzeczach mniej widowiskowych, ale nie mniej istotnych – kulturze, sztuce, duchowości… Co Pana zdaniem jest najważniejsze w naszym dziedzictwie kresowym?
– Kultura polska jest wielowątkowa. To jest jej siła. Myślę, że jako naród mamy główne osiągnięcia właśnie w kulturze, w poezji, w sztuce… Uważam, co może się wielu nie podobać, że na przestrzeni wieków nasze wojskowe kadry dowódcze miały dość nikłe rezultaty. Z reguły przegrywaliśmy. Czasem mieliśmy sukces, np. pod Grunwaldem w 1410 roku, czy w Bitwie Warszawskiej w 1920 roku, i święcimy te zwycięstwa. Ale ile było straszliwych upadków, marnych dowódców, którzy zostawiali armię i uciekali? Dla przykładu: na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, pod okazałymi nagrobkami leży trzech generałów z powstania styczniowego – Antoni Jeziorański, Michał Heydenreich-Kruk i Józef Śmiechowski, którzy po klęskach w bitwach, w których dowodzili, porzucili żołnierzy i zbiegli za granicę imperium rosyjskiego. Pamięta im się głównie sam udział w powstaniu, ale o skutkach ich dowódczych decyzji i udziału w klęskach już się milczy. Tymczasem Polska przez cały czas zaborów przetrwała głównie dzięki kulturze, dzięki takim postaciom, jak Mickiewicz, Słowacki i Krasiński, ale też dzięki takim osobom, jak Tadeusz Czacki – twórca Liceum Krzemienieckiego, Franciszek Smolka i Agenor Gołuchowski – twórcy autonomii galicyjskiej i stołeczności Lwowa. Nie miejsce tu, aby takie przykłady mnożyć, ale właśnie na nich skupiam uwagę w swoich książkach, piszę np. o Stanisławie Szczepanowskim – twórcy polskiego przemysłu naftowego, o Maksymilianie Ossolińskim – załozycieli słynnego archiwum i biblioteki we Lwowie, czy też o Władysławie Łozińskim – pisarzu swego czasu tak popularnym jak Henryk Sienkiewicz, a jednocześnie twórcy wspaniałej galerii obrazów, która do dziś we Lwowie pokazuje wielkość polskiej sztuki malarskiej.
Nie sposób w tym poczcie pomijać wielkich mecenasów polskiej kultury w czasach zaborów, jakim był choćby Karol Lanckoroński – właściciel wielkiego pałacu w Rozdole oraz nieprawdopodobnie bogatych zbiorów dzieł sztuki. O tym nie wolno zapomnieć. Tak, jak mówiłem w wykładzie, niepodległość buduje się nie tylko szablą i mieczem – buduje się ją również pługiem, pracą organiczną i artystyczną, a nawet historiografią. Ktoś musi orać ziemię, ktoś musi kształcić dzieci, budować szkoły. Bez tego bylibyśmy tylko watażkami, którzy chodzą po lesie, strzelają i się wykrwawiają. Nasza historia często właśnie tak wygląda. Ciągle wracamy do opowieści powstańczych.

– Tak. Pokazuję historię pałaców, rezydencji magnackich, dworów i dworków, historię obyczaju, pokazuję też historię fabryk, np. wileńskiej wytwórni „Elektrit” odbiorników radiowych, cukrowni na Wołyniu i Podolu, rafinerii „Polmin” w Drohobyczu, stoczni rzecznej w Pińsku czy Kanału Ogińskiego, który połączył Morze Czarne z Bałtykiem i dał polskim przedsiębiorcom możliwość transportu swoich wyrobów do Europy. Ale też pokazuję historię cmentarzy, na których spoczywają ludzie, którzy przeżyli życie godnie i doszli do znaczącej pozycji. Ktoś postawił im piękną kaplicę czy edykułę. Opowiadam, jak wyglądał pogrzeb, kim był rzeźbiarz nagrobka, jaka jest w tym symbolika. Cała siła moich książek polega na tym, że piszę także o artystach, którzy tworzyli te nagrobki, i cytuję mowy pogrzebowe. Bo kiedy na przykład umarła Konopnicka, nad jej grobem przemawiał poeta – krasomówca Jan Kasprowicz. Trzy zdania zacytuję i mi niesie książkę. Umiera Grottger, a nad grobem przemawia wielki poeta romantyczny Kornel Ujejski. To były mistrzowskie przemówienia. Na wielu nagrobkach znajdują się epitafia i niezwykłe wiersze, które przykuwają uwagę. To jest też historia narodu i moim zdaniem bardzo budująca polski patriotyzm, bez jakiegoś megalomańskiego zadęcia.
Często próbuje się budować patriotyzm na jakichś nieudanych akcjach, nierzadko bezmyślnych aktach wojskowych i politycznych, bez liczenia się z konsekwencjami i skutkami ich następstw. Cóż z tego, że ktoś dobrze chciał, że miał wielką, szlachetną ideę, ale realizując ją, skompromitował się swoją nieudolnością i kompletnym brakiem sprawności i sprawczości, i jeszcze historyk stoi często przed cenzuralnym, albo autocenzuralnym zakazem skrytykowania bankruta, który swoimi czynami – niby patriotycznymi – spowodował wielkie nieszczęście, jak ci dowódcy z powstań listopadowego, styczniowego czy warszawskiego.
Gdy wybitny polski publicysta – Stanisław Cat-Mackiewicz próbował w swoich tekstach obnażać megalomanię marszałka Rydza-Śmigłego czy Józefa Becka, uświadamiając, że hitlerowskie Niemcy to nie papierowy tygrys, a polska armia jest propagandowo sztucznie wynoszona do rangi mocarstwowej, został przez tych – jak się później okazało – polityków klęski narodowej zamknięty w upokarzającym więzieniu w Berezie Kartuskiej pod zarzutem, że sieje defetyzm. Czy ktoś oddał mu później sprawiedliwość, że jako Polak był mądry przed szkodą, a nie po szkodzie?
To właśnie jest historia, która mnie interesuje i o której piszę już od czterdziestu lat, od mojej głównej książki – „Cmentarz Łyczakowski we Lwowie”. W metaforycznym ujęciu czuję się pogrobowcem szkoły stańczykowskiej – pragmatycznej. Szukam przyczyn klęski w nas samych, w wewnętrznej polityce państwa, a nie w zewnętrznych interwencjach sąsiadów. Swoją słabość albo siłę budujemy sami. Nikt nam z zewnątrz jej nie zafunduje. Tak piszę. To jest chyba siła tych moich książek. Sprzedały się w nakładzie około 250 tysięcy egzemplarzy. Nie piszę kryminałów. Tam są czasem trudne rzeczy, trudne zderzenia z rzeczywistością.
Nie unika Pan trudnych tematów?
– Przed chwilą poseł Tadeusz Samborski mówił o Rokossowskim. W jednej ze swoich książek pokazuję wielkość Rokossowskiego jako dowódcy wojskowego, porównywanego w talentach wojskowych do dowódcy amerykańskiego z okresu II wojny światowej – gen. George Pattona. Rokossowski pochodził z bardzo patriotycznej polskiej rodziny, był ofiarą stalinowskich represji. Odegrał jedną z głównych ról w zadaniu hitlerowskim najeźdźcom śmiertelnego ciosu. Po wojnie liczni polscy rusofobi, często z tytułami profesorskimi, odsądzili go od czci i wiary, zupełnie lekceważąc jego prawdziwą rolę w historii II wojny światowej, a później w tworzeniu w latach 1947-1956 silnej polskiej armii, dzięki której – nie mam najmniejszej wątpliwości – utrzymaliśmy po wojnie w granicach państwa polskiego Dolny Śląsk i Pomorze, że nie udało się wówczas w szczytowym okresie zimnej wojny Adenauerowskim Niemcom i wielomilionowym niemieckim ziomkostwom (pod przywództwem charyzmatycznych liderów Hupki i Czai) zabrać Polakom tych ziem.
Jest w historii wiele strumieni, które płyną. Wszystkie te nurty się przeplatają. Nie da się tego wszystkiego opowiedzieć w jednym wywiadzie. Zresztą często siłą w tej opowieści jest kultura. Czasem to pieśń sprawia, że ktoś staje się bohaterem. Wiele pieśni z Powstania Warszawskiego było jego siłą napędową, np. „Warszawskie dzieci”. To jest ta kwestia, która mnie interesuje. Dlatego cytuję wiersze, cytuję piosenki.
Czy możemy zaryzykować tezę, że kultura jest tym, co naprawdę napędza naród? Tym, co wyznacza jego kierunek działania?
– To właśnie po nas zostaje. Czym byłby Kraków bez Sukiennic? Bez Kościoła Mariackiego? Bez ołtarza Wita Stwosza? Czym byśmy byli, gdyby to spalono? Ja ostrzegam przed bezrefleksyjnym zachwytem nad Powstaniem Warszawskim. Oczywiście wiem, że narażam się takimi słowami. Ale gdyby metropolita krakowski – Adam Stefan Sapieha pozwolił szaleńcom zrobić też powstanie w Krakowie, mielibyśmy atrapę miasta. Nie byłoby oryginalnych Sukiennic. Postawiliby też potem ze strzegomskiej czy legnickiej cegły nowy Wawel.
Trzeba mówić także o cenie różnych decyzji. Czy Czesi, którzy zachowali piękną Pragę, są tchórzami? Nierzadko zdarza mi się to słyszeć z kręgu piewców sensu powstania warszawskiego. Zawsze doceniałem mądrość polityczną Czechów, ich pragmatyzm. Pragmatyzm tego małego narodu europejskiego, równie jak nasz sponiewieranego przez historię, ale dzięki mądrości jego elit politycznych nieunurzanego – tak jak my – w hekatombie krwi. Czesi przeżyli II wojnę światową z niewielkimi stratami, natomiast Polskę w czasie tej wojny doprowadzono na krawędź zagłady biologicznej, co tak precyzyjnie opisał Edmund Osmańczyk w swojej wielkiej i ciągle niedocenionej, a przez polityków bagatelizowanej, książce „Sprawy Polaków”. Osmańczyk pisze tam, jak żyć mądrze, gdy się jest krajem okrążonym z dwóch stron przez wielkie narody o mocarstwowej mentalności. Jak powiedziałem, nie jestem historykiem dworskim. Jeśli jakaś ekipa sprawuje władzę, nie oznacza to, że będę jej przytakiwał. To mnie nie interesuje.

Jaka jest więc Pana recepta? Mniej entuzjazmu, więcej rozumu? Więcej dystansu?
– Faktografia. Kult faktu. Nie można z bohatera robić tchórza, a z tchórza bohatera. Nie można też robić z Andersa głównego polskiego bohatera narodowego z okresu II wojny światowej tylko dlatego, że walczył pod Monte Cassino (bitwy w dziejach tej wojny – jak o tym piszą historycy zachodni – peryferyjnej, mało istotnej, ale bardzo krwawej). Dla kogo tam walczył? Dla mojego ojca? Dla Polski? Stracił tam ludzi, wysługując się głównie Amerykanom i Anglikom, którzy później okazali mu wyjątkową niewdzięczność, podobnie jak gen. Stanisławowi Maczkowi, który, aby utrzymać się przy życiu, musiał zarabiać jako barman w angielskim pubie.
Czy musimy potępiać Berlinga dlatego, że walczył pod Lenino? Przecież jego żołnierze również ginęli. Pytam w swych książkach czytelnika: zastanów się, co z tego wynika. Stanisław Cat-Mackiewicz – wybitny polski publicysta napisał kiedyś bardzo przekornie, ale trafnie: „Wyobraźmy sobie, że Włosi walczą o swoją niepodległość i maszerują swoimi legionami przez Wilno do Rzymu”. Brzmi absurdalnie. A przecież nam przez lata tłumaczono, że przez Monte Cassino szliśmy wyzwalać Warszawę.
Jak ktoś uwierzy w odpowiednio silną propagandę, to wszystko przyjmie za prawdę. Mówi się: Anders miał wrócić i wyzwolić Polskę. Pytam więc: jaką ważną bitwę Anders wygrał? Jaką? Legendę Andersa stworzyli Melchior Wańkowicz dzięki swemu wielkiemu reportażowi o bitwie pod Monte Cassino i Feliks Konarski pieśnią „Czerwone maki na Monte Cassino”. Bo gdy słuchamy nieprawdopodobnie wzruszającej pieśni, która wyszła spod pióra Konarskiego, to każdego chwyci ona za serce i nie pozostawi go obojętnym. Legendę bitwy pod Lenino tworzyli Alojzy Sroga swą słynną książką reporterską o żołnierzach – uczestnikach tej bitwy i Adam Ważyk piosenką „Marsz Pierwszego Korpusu”: „Wczoraj łach, mundur dziś,/ściśnij pas, pora iść”.
Pieśń potrafi stworzyć legendę wydarzenia czy człowieka. Armia Berlinga, która do Polski szła drogą najkrótszą, została po transformacji politycznej w Polsce, szczególnie przez historyków oszołomionych rusofobią (np. prof. Sławomira Cenckiewicza), zupełnie odarta z czci i patriotyzmu. Jak można było nazwać tych żołnierzy, Polaków głównie z Kresów: Podola, Wołynia czy Pokucia, częstokroć więźniów gułagów, „polskojęzyczną, wysługującą się Sowietom armią”. Jak można było swoją rusofobią objąć żołnierzy, którzy krwawili na Wale Pomorskim, nad Odrą i Nysą Łużycką. W swoich książkach bronię tych ludzi przed niegodziwością, jaka ich spotkała, bo dogłębnie poznałem ich biografie, pisząc w kolejnych tomach, a jest już ich 23, o ich losach i dziejach ich rodzin.
Dziękuję bardzo za rozmowę.
Stanisław Sławomir Nicieja jest polskim historykiem i historykiem sztuki XIX i XX wieku, profesorem nauk humanistycznych. Przez wiele lat był związany z Uniwersytetem Opolskim, pełniąc funkcję jego rektora w latach 1996–2002, 2005–2008 oraz 2012–2016. Specjalizuje się w historii Kresów Wschodnich, zwłaszcza Lwowa i Cmentarza Łyczakowskiego. Jest autorem licznych książek, artykułów naukowych i popularnonaukowych. Brał udział w pracach związanych z renowacją zabytków i miejsc pamięci we Lwowie. Był również współautorem filmów dokumentalnych poświęconych historii miasta oraz inicjatorem wielu przedsięwzięć popularyzujących historię.
Myśl Polska, nr 27-28 (115-12.07.2026)



