Błędne postrzeganie, nazywane mispercepcją, jest jednym z kluczowych, choć nie zawsze uświadamianych uwarunkowań, destabilizujących stosunki międzynarodowe.
Komplikacje w stosunkach polsko-ukraińskich pokazują, jak liczne zakłócenia poznawcze, spowodowane błędami percepcyjnymi, konfliktami pamięci i świadomie kreowanymi „politykami historycznymi” oraz asymetryczną strukturą relacji między państwami mogą zatrząść nie tylko komunikacją dyplomatyczną, ale i zachwiać podstawami wzajemnego zrozumienia.
W klasycznej monografii Roberta Jervisa, amerykańskiego badacza w zakresie psychologii stosunków międzynarodowych („Perception and Misperception in International Politics”, 1976, 2017), pokazano, jak decydenci państwa „filtrują” swoje postrzeganie innych przez własne doświadczenia historyczne, doznania, uprzedzenia i nastawienia oraz potrzeby polityczne. Na kształtowanie wzajemnych wizerunków, będących rezultatem percepcji, wpływa wiele czynników, w tym indoktrynacja, nauczanie historii i procesy wychowawcze oraz nabywane w procesie socjalizacji opinie i sądy wartościujące, często o zabarwieniu negatywnym (np. stereotypy czy mity).
Niemałą rolę odgrywa megalomania narodowa i przecenianie swojego wpływu na innych, przekonanie o wyższości czy wyjątkowości. Ważne jest też „lustrzane odbicie” w oczach partnera, zwłaszcza gdy strony nie szczędzą wobec siebie obłudnych pochwał i komplementów. Jervis podkreślał „zwrotną” rolę postrzegania, tj. konieczność uwzględniania w swojej aktywności poznawczej percepcji innych, „jak oni nas postrzegają”.
Przekonanie o wyjątkowości oraz niezdolność do samooceny, a zwłaszcza rozpoznania i przyznania się do błędów, utrudnia nie tylko diagnozę swojego położenia w kontekście innych uczestników, ale także uniemożliwia zbudowanie trwałej strategii, odpornej na doraźne zakłócenia. Brak krytycznej refleksji oraz nadmierna pewność siebie powodują, że polityczni decydenci są ciągle zaskakiwani niepożądanymi i niespodziewanymi zachowaniami innych, co wywołuje dyskomfort psychiczny i dysonans poznawczy.
Racjonalna spójność poznawcza powoduje, że decydenci dopasowują informacje do już istniejących przekonań i postrzegają je w sposób, którego się spodziewają. A zatem to, co ma być podstawą racjonalności, czyli zdolność przeciwstawiania się fałszywym przesłankom decyzji, zostaje stłamszone przez wcześniej ustanowiony dogmat. Jest to tzw. błąd konfirmacji. Decydenci tak dobierają informacje i nadają im takie znaczenia, aby potwierdzić własne przekonania. Nie są zdolni do ich rewizji ani tym bardziej odrzucenia.
Miłe złego początki
Powyższe obserwacje śmiało można odnieść do współczesnych relacji polsko-ukraińskich. Wszystko zaczęło się od entuzjastycznego, acz fatalnego w skutkach przyjęcia przez rząd Hanny Suchockiej założenia o „strategicznym partnerstwie” Polski z Ukrainą. W deklaracji prezydentów Polski i Ukrainy o partnerstwie strategicznym z 25 czerwca 1996 roku obdarzono kredytem zaufania państwo niedojrzałe pod względem ustrojowym i niestabilne w sensie uznania jego podmiotowości prawno-międzynarodowej. Jego długotrwałe spory z Rosją o schedę poradziecką były tego przykładem. Obecnie zapomina się także o tym, że Ukraina należała do najbardziej zsowietyzowanych republik radzieckich, stąd kultura polityczna nowego państwa, pozbawionego na dodatek własnej tożsamości narodowej, daleko odbiegała od standardów przyjmowanych przez Polskę.
Wiarę w możliwość zbudowania przez obywateli Ukrainy normalnego państwa oparto na traktacie o dobrym sąsiedztwie i współpracy z 18 maja 1992 roku, który obie strony wykorzystały raczej do zademonstrowania swojej suwerenności przed Moskwą, a nie źródło realnych zobowiązań. Świadczy o tym lekceważący stosunek do wielu kwestii, choćby w odniesieniu do ochrony polskiej mniejszości narodowej czy opieki nad polskimi cmentarzami na Ukrainie. Błędem okazała się także ideologizacja przez polskie rządy relacji z Kijowem, oparta na fałszywie i wybiórczo interpretowanej doktrynie Giedroycia-Mieroszewskiego, będącej mieszanką rusofobii i neoprometeizmu. Inaczej mówiąc, powrócono do dawno skompromitowanych założeń, które nie wróżyły polityce wschodniej nic dobrego.
Mimo mody i nobilitacji „studiów wschodnich”, nie wyciągnięto żadnych wniosków z historii, które powinny uwzględniać nie tylko odpowiedzi na pytania o tragiczne obciążenia w stosunkach wzajemnych, ale i dlaczego do nich doszło. Zrozumienie istoty zła ukraińskiego szowinizmu ograniczało się do wąskich kręgów badaczy i komentatorów. Nikt nie upominał się u włodarzy państwa ukraińskiego rozliczeń z haniebną przeszłością, co oznaczało w istocie sprzyjanie postępującym procesom banderyzacji. Ośrodki analityczne, zamiast podsuwać decydentom dowody narastającego kultu zbrodniczych formacji, same ulegały aberracjom poznawczym i fałszywej ideologizacji.
Dwa czynniki przesądziły o oddalaniu się wzajemnych percepcji i oczekiwań względem siebie. Po pierwsze, tuż za wschodnią granicą ukształtowało się w ciągu kilku dekad państwo oligarchiczne, autorytarne, oparte na kleptokracji i narastającej recydywie nacjonalistycznej. Generowana przez Zachód bezwarunkowa pomoc dla walczącej z Rosją Ukrainy, z dużym udziałem bezkrytycznego wsparcia ze strony Polski, spowodowała zaskakujący efekt. Państwo oczekujące pomocy od innych stało się nagle bezczelnym graczem, pretendującym do narzucania się ze swoimi roszczeniami i pretensjami. Jego przywódcy z prezydentem na czele uznali, że mimo braku atutów własnych, mogą dyktować zachowania innym, w tym „strategicznym partnerom”, takim jak Polska.
Po drugie, polscy politycy, angażując się emocjonalnie we wsparcie dla Ukrainy, zaczęli przeceniać stopień, w jakim ich gesty i zachowania są rozumiane przez stronę ukraińską. Okazało się, że niezwykła pomoc nie tylko nie jest należycie doceniana, ale traktowana w kategoriach cynicznych i instrumentalnych, bez żadnych zobowiązań politycznych. Ukraina bowiem dokonuje wyborów, zgodnych przede wszystkim z własną logiką „preferowania i równoważenia” interesów i partnerów z Unii Europejskiej. Na tym tle widać pilną potrzebę uczenia się polskich decydentów twardej postawy transakcyjnej i – paradoksalnie – wzorowania się na sojuszniku amerykańskim.
Lepiej późno niż wcale?
Gdy zostały przekroczone w sferze symbolicznej „granice wytrzymałości”, podjęto próbę rewizji załganej historii i zakwestionowania fałszywej polityki Ukrainy. Decyzję „orderową” prezydenta Karola Nawrockiego należy zatem odczytywać nie jako niepotrzebny i nieprzemyślany incydent, lecz jako godną uwagi próbę odwrócenia negatywnych trendów w zachowaniu rządzących wobec reżimu kijowskiego. Potrzebny jest zdecydowany kontrapunkt wobec narastającego ukraińskiego lobbingu i wpływów w sferze informacyjnej. Nastaje czas weryfikacji wielu decyzji z przeszłości, dotyczących także ogromnej diaspory ukraińskiej w Polsce.
Przez ponad trzy dekady polscy politycy różnych orientacji błędnie odczytywali sygnały płynące z Kijowa. Przyjmowali za dobrą monetę wszelkie deklaracje, choć ze strony polityków ukraińskich nie było woli rzetelnego i uczciwego rozliczenia się z „grzechami” z przeszłości. Sprawę rzezi wołyńskiej skwapliwie przykrywano zbrodnią katyńską, doprowadzając ostatecznie do zażegnania sporu z Rosją, ale zapominając o konieczności podobnego rozwiązania z Ukrainą. Strona ukraińska umiejętnie odwracała uwagę od spraw drażliwych, podsycając polskie pretensje i wrogość wobec Rosji. W rezultacie, przekonani o sile w ramach instytucjonalnego Zachodu (NATO i UE), polscy decydenci dołączyli gremialnie do jego krucjaty antyrosyjskiej, widząc w niej okazję do historycznego odegrania się i „ukarania” Rosji.
Bez specjalnego zaproszenia ze strony Kijowa, polscy politycy zaangażowali się gorliwie w przyciąganie Ukrainy na stronę Zachodu. Przypisywanie sobie roli „adwokata” miało nobilitować Polskę, ale w rezultacie po stronie ukraińskiej rodziło poczucie pewnego zażenowania, a po stronie rosyjskiej poczucie „dylematu bezpieczeństwa”. Nie przewidziano, że afiliowanie Ukrainy, a zwłaszcza jej uzbrajanie przez Zachód zostanie odczytane przez Rosję jako zasadniczo wrogie i agresywne, co siłą rzeczy zmusi ją do zdecydowanej reakcji. Zignorowano podstawowe reguły odstraszania, stawiając na konfrontację, niemal na granicy konfliktu nuklearnego. Skutki tego okazały się fatalne, nie tylko dla samej Ukrainy, ale i dla wszystkich jej popleczników.
Na przykładzie takiej polityki widać, jak emocje stają się czynnikiem napędowym nie tylko przekonań, ale także decyzji i działań. Ograniczenia poznawcze, uprzedzenia oraz – jak w przypadku prezydenta Ukrainy – dziwactwa osobowości, sprawiają, że decydentom trudno jest poddać się autodiagnozie, czemu bynajmniej nie sprzyjają ani usłużni doradcy, ani żyjące z manipulacji politycznej media masowe.
Decyzja prezydenta Nawrockiego pokazuje, że wola jednego polityka może przełamać cały ciąg determinizmów, składających się na błędne postrzeganie. Wszystkie argumenty na rzecz przerwania nieracjonalnej, a nawet szkodliwej polityki wobec Ukrainy nie miały takiej siły przebicia, jak to jedno spektakularne posunięcie. Ten przypadek decyzyjny zasługuje na pogłębione badania z zakresu psychologii politycznej, aby wykazać, że mimo dogmatyzacji dotychczasowej polityki, z istotnym udziałem czynnika zewnętrznego, można skutecznie przywracać zdolność rozumienia interesu narodowego i demonstrować odwagę artykułowania sprzeciwu wobec jego błędnego postrzegania.
Tama pękła
To, co się teraz dzieje w sferze publicznej, jest dopiero początkiem czekających nas przewartościowań. Najbardziej niepokojące jest to, że dzisiejsze pseudoelity, gremialnie zblatowane z banderyzmem, nie są w stanie odrzucić błędnych wizerunków Ukrainy. Przestraszone narastającym oporem opinii społecznej będą dążyć do połowicznych rozwiązań trudnych kwestii w relacjach z Ukrainą w postaci „zgniłych” kompromisów i bałamutnej narracji. Najgorszym zjawiskiem, jakie może nas czekać, jest pogrążenie się w niemocy, degrengoladzie i paraliżu procesów decyzyjnych oraz skoncentrowaniu się na utarczkach między obozem prezydenckim a rządem, zamiast wspólnej inicjatywności i racjonalizacji decyzji. Widać wyraźnie, że jedynie wymiana decydentów u steru władzy państwowej może doprowadzić do jakiegoś przełomu i radykalnej rewizji polityki wschodniej. Podstawowym kryterium naboru do nowych sił politycznych powinna być lojalność wobec państwa polskiego oraz promocja osób gotowych i zdolnych do wzięcia odpowiedzialności za wyprowadzenie Polski z potężnego impasu.
Otwarcie nowej perspektywy dla stosunków Polski z Ukrainą wymaga od rządzących diagnozy błędów w postrzeganiu wzajemnym oraz odrzucenia ideologicznych dogmatów o „naszej wojnie” oraz wyolbrzymianej roli reżimu ukraińskiego w „obronie Polski i Europy przed Rosją”. Potrzebny jest rzetelny bilans poniesionych kosztów pomocy państwu ukraińskiemu i Ukraińcom w Polsce. Przyjmując jako narzędzie poznawcze tzw. teorię perspektywy, warto zastanowić się, czy nadziei na zyski materialne i polityczne nie przekreśli widmo rysujących się potężnych strat oraz ryzyko dalszego antagonizowania stosunków wzajemnych. Może warto skorzystać w tej sprawie z doświadczeń amerykańskich i niezależnie od trafności ocen służb wywiadowczych USA, poddać każde wyzwanie „ocenie zagrożeń”.
Na razie rządzący wraz z opozycją znajdują się w stanie dezorientacji. Dyskusja skupia się wokół słuszności decyzji „orderowej” i jej konsekwencji, a nie wokół sposobów zerwania z dotychczasowym kursem serwilizmu wobec Kijowa. Sprawa nie jest jednak beznadziejna. Dzięki zdrowej części opozycji, także pozaparlamentarnej, Polskę stać na taką mobilizację, aby mogła samodzielnie kontrolować wszelkie posunięcia wobec sąsiedzkiego środowiska i decydować o swoim losie. Trzeba zerwać z wizerunkiem „państwa frajerskiego” w odbiorze ukraińskich polityków i nauczyć się asertywności. Wrogość wobec Rosji, a subordynacja wobec atlantydów nie mogą usprawiedliwiać ślepoty poznawczej w sprawach Ukrainy!
Co należy robić
Należy przywrócić racjonalne i realistyczne myślenie w kategoriach regionalnej równowagi. Wojna pokazała, że w sytuacji pata sytuacyjnego, to Ukraina, a nie Rosja chce rozdawać karty i ustawiać sąsiednie państwa, zwłaszcza Polskę, w pozycji podporządkowania. Gotowość do zastąpienia baz amerykańskich wojskami ukraińskimi, zgłaszana przez prezydenta Zełenskiego, trąci nie tylko groteską. Pokazuje, jak megalomania i butne poczucie wyjątkowości, przy wzmożeniu nacjonalistycznym, psuje perspektywy poznawcze decydentów.
Nadchodzi czas, aby polscy politycy uwierzyli we własne możliwości oddziaływań dyplomatycznych. Kolejny raz dają nam przykład Węgry, które także z nowym premierem Péterem Magyarem potrafią przeciwstawiać się presjom i szantażom strony ukraińskiej. Potrzebne jest nowe i wnikliwe rozpoznanie motywów i intencji władz Ukrainy oraz racjonalizacja stanowiska wobec Rosji z uwzględnieniem wszystkich zmian, jakie zachodzą w środowisku geopolitycznym.
Zamiast moralizmu, trzeba zacząć kierować się realizmem politycznym. Zamiast altruizmu, wszelkie kalkulacje należy oprzeć na dobrze pojętym egoizmie, na prymacie szacunku dla własnych obywateli i interesów narodu. Wobec Ukrainy należy przyjąć regułę ograniczonego zaufania, a w stronę Rosji wysłać sygnał o gotowości do przywrócenia komunikacji dyplomatycznej. Należy skończyć z pasywnością i ciemięstwem, gdyż za dzisiejsze błędy naiwnych polityków będą płacić wysoką cenę kolejne pokolenia.
Od rządzących w Polsce należy oczekiwać zerwania z polityką, która doprowadziła do fatalnych błędów, odkrywanych obecnie w przestrzeni publicznej. Mniemanie o skuteczności osobistej poszczególnych polityków należy wreszcie skorelować i zweryfikować z powszechnym postrzeganiem w społeczeństwie. Warto pamiętać, że w ostatecznym rozrachunku prawda zawsze leży po stronie społecznych odczuć, a nie po stronie błądzących jak w mgle oficjeli i sprzedajnego komentariatu. Pokazały to wielokrotnie rozmaite wydarzenia historyczne, od najbardziej wzniosłych decyzji o zrywach powstańczych, po ocenę zachowań wyborczych „przypadkowego” społeczeństwa. Im dłużej będzie trwać uparte uzasadnianie przy pomocy masowych mediów ugruntowanej i zdogmatyzowanej pozycji rządzących, tym większe będą napięcia i straty wizerunkowe. Dysonans poznawczy ostatecznie może sprowokować konfrontację między rządzącymi a społeczeństwem. Widać wyraźnie, że w Polsce mamy do czynienia z narastającym kryzysem zaufania do władz. Mimo licznych dowodów na ewidentnie antypolską politykę Ukrainy, siły polityczne głównego nurtu uparcie odrzucają informacje, które podważają ich dotychczasowe przekonania. Takie „antyuczenie się” przeważnie ma fatalne następstwa.
Interesy, tylko interesy
Kryzys dyplomatyczny w stosunkach polsko-ukraińskich powinien uświadomić obu stronom błędy prowadzonych dotąd „polityk historycznych”, traktowanych jako narzędzia legitymizacji wewnętrznej władz. Reprodukcja wrogich narracji moralnych prowadzi prostą drogą do skonfliktowania społeczeństw. Selektywne eksponowanie cierpienia własnej wspólnoty oraz relatywizowanie win innych tworzy fałszywą perspektywę „równoważenia pamięci”. Zamiast podgrzewania napiętej atmosfery, należy przystąpić do wyciszania sporów symbolicznych. Może warto uruchomić wąskie forum dialogu na poziomie najwyższej dyplomacji, celem nazwania rzeczy po imieniu, zmniejszenia dystansu i uzgodnienia pryncypiów, których broni każda ze stron. Połączenie wysiłków środowisk prezydenta i rządu zdejmie w wokandy spór o to, kto ma w nim większą rację.
Oddzielenie od siebie sfery merytorycznej współpracy z Ukrainą od spraw emocjonalnych, skoncentrowanie się na diagnozie interesów (ich zgodności, rozbieżności i sprzeczności), wreszcie na możliwych wariantach rozwiązań istniejących problemów, bez niepotrzebnej propagandy i tromtadracji, pozwoli wypracować aideologiczną metodologię układania się na zasadzie kompromisu i obopólnych korzyści. Nie ma innej drogi do uspokojenia rozhuśtanych emocji.
Obecnie wszystkie badania opinii publicznej po każdej ze stron pokazują wyraźną polaryzację i wzrost negatywnych wskaźników wzajemnych nastawień. W tym kontekście można ludziom zarzucać emocjonalne wzmożenie i uproszczenia poznawcze, ale nie da się zaprzeczyć, że to na rządzących po obu stronach spoczywa główna odpowiedzialność za przywrócenie pewnej równowagi nastrojów. Oby tylko nie kosztem relatywizacji własnych narracji, na przykład przychylania się do ambiwalentnej oceny UPA czy zgody na ukraińską wersję o współodpowiedzialności za zbrodnie na Polakach.
Wydaje się, że w sensie operacyjnym Polska dysponuje wieloma dźwigniami wpływu i nacisku na władze w Kijowie, aby przywrócić właściwe proporcje w uznawaniu wzajemnych racji. Trzeba przede wszystkim wyprowadzić kijowski reżim z błędu, że Polska nie ma żadnego trwałego „długu moralnego”, aby ponosić długofalowe koszty ekonomiczne wojny, która jest wynikiem szalonych kalkulacji geopolitycznych Zachodu i „biznesowego” myślenia oligarchów ukraińskich. Potrzebna jest nowa legitymizacja współpracy i odbudowa zaufania, czego po polskiej stronie może obecnie dokonać jedynie administracja prezydencka.
Prof. Stanisław Bieleń
Myśl Polska, nr 27-28 (5-12.07.2026)



