Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział, że będące jeszcze na wyposażeniu naszych Sił Powietrznych radzieckie myśliwce nie trafią na Ukrainę, bo Kijów nie przestrzega umów i ustaleń dotyczących przekazania nam doświadczenia w technologiach dronowych.
Pojawia się jednak pytanie o rzeczywiste przyczyny ogłoszenia przez ministra obrony takiej decyzji. Może chodzi o ogólny kontekst i aktualną kondycję relacji polsko-ukraińskich? A może jest jeszcze jakaś inna przyczyna?
Pomysł niewykonalny
Pomysł przekazania MiGów-29 krążył przez ostatnie miesiące i polegać miał na wzajemnie korzystnej wymianie. Strona polska miała pozbyć się samolotów, które nie stanowiły już większej wartości. Wkrótce miały zostać wycofane z eksploatacji. Brakowało do nich części zamiennych i możliwości ich serwisowania. Ukraińcy mogliby je reanimować, gdyż dysponują znacznie większym zapleczem technicznym i inżynieryjnym pozwalającym na używanie radzieckich maszyn. W zamian mieliśmy otrzymać technologie dronowe, a także know-how w zakresie odpierania ataków bezzałogowców. Ukraińskie dokonania w tym zakresie nie są wprawdzie do końca znane, gdyż zapewne duża część twierdzeń Kijowa na ich temat to autopromocja, ale przyznać należy, że z pewnością Siłom Zbrojnym Ukrainy udało się wykształcić kadry operatorów dronów dysponujące już pokaźnym doświadczeniem, na którego pozyskanie liczyć mogła strona polska. Kijów współdziałał już w obszarze technologii dronowych z wieloma krajami zachodnimi, ale na liście partnerów nie było Polski (nie licząc pogłosek o rzekomej produkcji dronów przez spółki ukraińskie na naszym terytorium – w Tarnowie i w Mielcu).
Polskie stanowisko było jasne: najpierw dostajemy technologie i propozycje partnerstwa w dziedzinie produkcji oraz eksploatacji dronów, a później przekazujemy wycofywane przez nas myśliwce (Polska zamówiła już w ich miejsce amerykańskie F-35). Kilka dni temu Władysław Kosiniak-Kamysz oznajmił jednak stanowczo, że żadnej wymiany nie będzie, bo Kijów nie wywiązał się ze swoich zobowiązań, a Warszawa nie zamierza dłużej czekać.
Wołyń i Wozniesieńsk
Szczęśliwie z wizerunkowego punktu widzenia zbiegło się to z dwoma wydarzeniami. Pierwsze to ochłodzenie na linii Warszawa – Kijów związane z kwestiami historycznymi i symbolicznymi. Drugie, mniej znane opinii publicznej, to rosyjski atak na ukraińską bazę lotnictwa w Wozniesieńsku w obwodzie nikołajewskim. Gdy stacjonujące tam MiGi-29 przygotowywały się do rozpoczęcia misji w powietrzu, doszło do ataku rosyjskich dronów Gerań-4. W efekcie wyprowadzony z hangaru samolot został całkowicie zniszczony, podobnie jak kolejny myśliwiec, który miał być tankowany. Przy okazji drony trafiły w ciężarówkę z paliwem przystosowaną do tankowania samolotów TZ22, a także instalację APA5D. Zginęła nieokreślona liczba pełniących służbę i ochraniających lotnisko żołnierzy. Dostawy myśliwców na Ukrainę w tym kontekście zaczynają mijać się z celem i tracić militarny sens; prawdopodobnie zostałyby one w stosunkowo krótkim czasie zniszczone przez Rosjan. Ukraińcy w dalszym ciągu nie opracowali (podobnie zresztą jak Rosjanie i inne kraje) skutecznej metody zwalczania dronów. Stacjonujące na lotniskach myśliwce są łatwym celem dla dronów przeciwnika.


Historia i współczesność
Wizerunkowo przekazywanie jakiejkolwiek broni Kijowowi w tym okresie byłoby niezwykle ryzykowne. Wystarczy popatrzeć na sondaże i nastroje opinii publicznej w ostatnich tygodniach. Kosiniak-Kamysz powrócił zatem do retoryki klasycznej niegdyś dla PSL w kwestiach polityki wschodniej. Zezłomować MiGi-29 możemy zaś sami, bez ponoszenia kosztów wysyłania ich na Ukrainę, gdzie czeka ich z dużym prawdopodobieństwem zniszczenie, trak jak stało się to w Wozniesieńsku. W MiGi-29 mogą nam się jeszcze przydać; przecież podobno polska armia ma się wzmacniać i rozbudowywać, a F-35 nie pojawią się z dnia na dzień.
Andrzej Dołęga



