FelietonySzczęśniak: Los sojusznika

Redakcja35 minut temu
Wspomoz Fundacje

Henry Kissinger powiedział, że „źle jest być wrogiem Ameryki, ale bycie jej sojusznikiem jest zgubne”. Dzisiejsza wojna irańska dowodzi, że tak właśnie jest.

Relacje Ameryki z państwami arabskimi można było kiedyś nazwać najpotężniejszym globalnym sojuszem naftowym. Jednak po rewolucji łupkowej w Stanach, gdy rodzime wydobycie ropy zaczęło gwałtownie rosnąć, coś się tu psuje. Sojusznicy z ich ropą i gazem nie jest już tak niezbędny, jak kiedyś, jest wręcz konkurentem Szczęśniak: Dobrze wykorzystany kryzys | Myśl Polska.

Zrodził się ten sojusz w latach 30-tych XX wieku, gdy na Półwyspie Arabskim amerykańskie koncerny odkryły potężne złoża ropy. Przypieczętowany został w Kanale Sueskim na niszczycielu USS Quincy w lutym 1944 roku, gdzie prezydent Roosevelt spotkał się z królem Arabii Saudyjskiej – Abdul Aziz ibn Saudem. Wzmocniony został 30 lat później układem o petrodolarze – fundamencie światowego porządku walutowego. Jednak jak to bywa, sukces niesie w sobie też ziarna klęski, pierwszym bowiem interesem ubitym na pokładzie USS Quincy była zgoda na osiedlenie 10 tysięcy Żydów w Palestynie.

Dzisiaj arabskie monarchie Zatoki doświadczają gorzkich owoców tamtej zgody, choć to wzorcowi sojusznicy. Układ o petrodolarze przewidywał powrót wydawanych przez Amerykę dolarów do ich właściciela. W formie zakupów towarów, inwestycji w starannie wybrane biznesowe aktywa amerykańskie, a może przede wszystkim – w ogromne pożyczki rządowe. Stany w ten bowiem sposób importują towary, a eksportują dolary. Wracają one do ojczyzny, zasilają jej gospodarkę i budują dobrobyt. I są bardzo intensywnie wysysane z zasobnych skarbców arabskich – tylko na ubiegłorocznym szczycie w Rijadzie podpisano porozumienia arabsko-amerykańskie na dwa tysiące miliardów dolarów, a fundusze naftowego bogactwa Zatoki zainwestowały kolejne 70 miliardów dolarów w amerykańskie aktywa.

Wydają też krocie, setki miliardów dolarów na zakupy uzbrojenia od sojusznika. Są największymi i najlepszymi klientami amerykańskiego kompleksu zbrojeniowo-przemysłowego. To co dzisiaj rozpoczyna się w Europie, a Polska jak zawsze w takich sprawach jest liderem, czyli militaryzacja terenów konfliktów, w Zatoce trwa od dawna. Od 1990 zakupiono tam amerykańskiego uzbrojenia za ponad 500 miliardów dolarów. A jak wiadomo, to świetna forma uzależniania do siebie sojuszników, którzy nawet myśleć nie powinni o zakupie alternatywnych środków obrony (jak Turcja choćby).

Więc arabscy sojusznicy płacą, płacą i jeszcze raz płacą. Co w zamian? Obietnica bezpieczeństwa. No i dzisiaj mają. Amerykanie realizują przede wszystkim interesy Izraela, a te bardzo różnią się od arabskich. Od trzech miesięcy praktycznie totalnie odcięci zostali od eksportu swoich jedynych źródeł dochodu – ropy i gazu. Tylko Saudowie dzięki rurociągowi do Janbu uratowali część eksportu. I na dodatek, nie patrząc na ponoszone przez nie straty, sojusznik żąda kategorycznie, by zapłaciły za tę wojnę dziesiątki, a nawet setki miliardów dolarów. Mają też podporządkować się żądaniom Izraela, a przypomnieć należy, że z krajów Zatoki jedynie Emiraty uznały istnienie państwa żydowskiego na Bliskim Wschodzie. Wszystkie pozostałe je bojkotują.

Państwa Zatoki mają otwarte pretensje do USA, że w ogóle nie zawiadomiono ich o planowanej agresji, wystawiono na ataki odwetowe, koncentrując siły na obronie Izraela przed kontratakami Iranu, a nie chroniąc ich, nie dając nawet uzupełnić zapasów uzbrojenia. Generalnie są traktowani jako sojusznicy drugiej kategorii, a ich interesy gospodarcze – nawet gorzej niż irańskie. Potencjał obronny Ameryki skoncentrowany został bowiem na ochronie Izraela.

Arabowie (podobnie jak i Europejscy) są intensywnie wciągani w tę wojnę, czasami także poprzez prowokacje, jednak nie dali się wepchnąć w konflikt z Iranem. Choć i tutaj widać rysy w jednomyślności świata arabskiego. Zjednoczone Emiraty Arabskie już potajemnie przeprowadzają ataki na Iran we współpracy z USA i Izraelem.

Państwa arabskie mają podobny sojuszniczy problem, jak i Polska. Sojusznicze bazy nie są po to, by chronić Saudów czy Polaków. Służą amerykańskiej projekcji siły w regionie i realizacji imperialnych celów osłabiania wrogów i konkurentów. A przy okazji sojuszników także.

Andrzej Szczęśniak

Myśl Polska, nr 23-24 (7-14.06.2026)

 

Redakcja