W obecnym numerze sporo o przewrocie majowym w 1926 roku i tutaj nie będzie inaczej. Wbrew pozorom, piłka nożna w II RP była naprawdę upolityczniona, i to dużo bardziej niż dzisiaj, a na pewno ten obraz był bardziej zróżnicowany niż w PRL czy III RP. I na ligową piłkę zamach Piłsudskiego się również przełożył!
Zacznijmy jednak od namalowania obrazu piłki nożnej w Polsce w latach międzywojennych. Południe kraju, zwłaszcza Lwów i Kraków, były do przodu wobec reszty, jako że w Austro-Węgrzech piłka nożna rozwijała się bez przeszkód. W byłych zaborach: rosyjskich i pruskim, ta infrastruktura dopiero powstawała, choć sukcesy przychodziły dość szybko, czego przykładem jest Warta Poznań. W każdym razie pierwsze tytuły mistrzowskie wędrowały między Lwowem a Krakowem i tak też do maja 1926 roku było.
Polityka jednak wkroczyła na boiska trochę wcześniej. Lata 1920-te były czasami, w których piłka nożna zyskiwała na popularności i stawała się wyrazicielką interesów różnych grup społecznych, w tym klas, co w epoce rewolucji październikowej i popularności idei socjalistycznych w ogóle, skłaniało do analizy zjawiska także marksistów. Ci gorąco popierali sport, ale chcieli uwolnić go od burżuazyjnych zależności. Uznawali za wypaczenie idei sportu fakt, że lokalny klub sportowy siedzi w kieszeni jakiegoś przemysłowca, który zrobił sobie z tego zabawkę. Może więc mają szczęście, że nie dożyli czasów, gdy szejkowie robią to samo, tylko w jakiejś tysiąc razy większej skali?
W każdym razie socjaliści w 1925 roku postanowili utworzyć własne stowarzyszenie, zrzeszające kluby sportowe finansowane przez klasę robotniczą. Wiele z nich istnieje do dziś. Wśród nich był łódzki Widzew, ale z bardziej dziś znanych należał do tej ekipy także częstochowski Raków. Charakteryzował te drużyny zwykle skrót RKS, czyli Robotniczy Klub Sportowy. Stowarzyszenie zresztą też miało cokolwiek ciekawą nazwę: Związek Robotniczych Stowarzyszeń Sportowych, czyli… ZRSS. Czy skojarzenie z państwem radzieckim jest jednak słuszne? Wątpliwie. Założycielem i prezesem owego zrzeszenia był Jerzy Michałowicz, socjalista i owszem, ale także weteran wojny polsko-bolszewickiej.
Wspomnijmy też jednak o aspekcie narodowym w ówczesnej piłce nożnej. II RP pełna była mniejszości i to także wpływało na krajobraz futbolu. Kluby niemieckie były np. bojkotowane przez kibiców, nielubiane przez środowisko, ale grały i to z sukcesami. FC Katowice był nawet o krok od tytułu i wieść niesie, że podobno pozbawiono ich tegoż poprzez sędziowanie w decydującym meczu. Popularnością cieszyły się także kluby żydowskie, choć to duże uproszczenie, bo wśród nich były i te syjonistyczne, i robotnicze, co niekiedy przejawiało się wewnątrz-żydowskimi awanturami.
Kluby robotnicze miały swoje rozgrywki, wyłaniały nawet „robotniczego mistrza Polski”, ale nie mogły do końca bojkotować rozgrywek uznawanego za burżuazyjny PZPN, z tej prostej przyczyny, że bez rejestracji w związku nie miały prawa np. wynająć boiska, więc to mijało się z celem. W ówczesnej Ekstraklasie jednak nie zobaczymy ani Widzewa, ani warszawskiej Skry, czwartej siły w stolicy po Polonii, Warszawiance i Legii. Nie był to jednak świadomy bojkot, bo Skra biła się nawet w barażach o najwyższy poziom, ale je zwyczajnie przegrała. Elementem odrębności robotniczego piłkarstwa był jednak udział w osobnych rozgrywkach. I tu właśnie dochodzimy do zamachu majowego.
Otóż jak pewnie część Czytelników wie, Polska Partia Socjalistyczna zamach Piłsudskiego poparła. Po krótkim czasie przeszła do opozycji umiarkowanej, natomiast po tym gdy „Ziuk” zawarł sojusz z arystokracją na zamku w Nieświeżu (październik 1926), PPS był już w opozycji głębokiej. Dwa lata później, niewielka część partii popierająca nadal sanację, odeszła ze struktur tworząc „Polską Partię Socjalistyczną – dawną Frakcję Rewolucyjna” z Rajmundem Jaworowskim na czele. Partia o tyle ciekawa, że miała dobre kontakty wśród… warszawskich bandytów. Zresztą słynny Tata Tasiemka się też stamtąd wywodził.
A jak rozłam w PPS przełożył się na solidarność robotniczego piłkarstwa? Jeden klub tylko zadeklarował solidarność z BBS (tak prześmiewczo nazywano rozłamowców Jaworowskiego we właściwej PPS, od skojarzenia z BBWR) i to klub w zasadzie dość dziś znany, bo Znicz Pruszków. Ponieważ spotkał go za tę zdradę bojkot ze strony innych robotniczych klubów, to dysponował wsparciem władz sanacyjnych. Kto więc wie, czy to właśnie nie przez ten historyczny incydent, to w tym klubie objawił się światu talent Roberta Lewandowskiego?
Tomasz Jankowski
Fot. strona Klubu Znicz Pruszków
Myśl Polska, nr 19-20 (10-17.05.2026)



