Sto lat temu doszło do zamachu majowego, klasycznego zbrojnego zamachu stanu przeciw legalnym władzom Rzeczypospolitej. Zginęło 379 osób, rannych zostało około 920. Na ulicach Warszawy polskie wojsko strzelało do polskiego wojska. Gdyby Piłsudski przegrał, zapewne stanąłby przed sądem za próbę siłowego obalenia konstytucyjnego porządku państwa. Wygrał jednak – a zwycięzcy wyjątkowo skutecznie piszą karty historii.
Po maju 1926 roku zakończyła się w Polsce demokracja parlamentarna w jej ówczesnym kształcie. Sanacja zaczęła budować system autorytarny, choć przez lata starannie unikano tego słowa. Oficjalnie mówiono o „uzdrawianiu państwa”. W praktyce oznaczało to marginalizację parlamentu, podporządkowanie instytucji państwowych obozowi rządzącemu i brutalne rozprawy z przeciwnikami politycznymi.
Symbolem tej polityki się proces brzeski. Aresztowano przywódców opozycji w tym byłego premiera Wincentego Witosa. Osadzono ich w twierdzy brzeskiej, gdzie dochodziło do bicia, upokorzeń i brutalnego traktowania więźniów politycznych. Szczególnie kompromitujące było to, że działo się to już nie pod rosyjskim czy pruskim zaborem, lecz w niepodległym państwie polskim — i przy udziale polskich oficerów.
Sanacja stworzyła też warunki politycznego odwetu wobec części korpusu oficerskiego. Generałowie i oficerowie, którzy w dniach zamachu stanęli po stronie legalnych władz byli odsuwani, więzieni lub na różny sposób niszczeni. Do dziś niewyjaśnione pozostają okoliczności śmierci generała Włodzimierza Zagórskiego, który po przewrocie majowym zniknął bez śladu. Kontrowersje dotyczą śmierci generała Tadeusza Rozwadowskiego – jednego z kluczowych architektów zwycięstwa nad bolszewikami w 1920 roku. Państwo, które tak chętnie odwoływało się do honoru oficera, bardzo szybko zaczęło dzielić bohaterów na „właściwych” i „niewłaściwych”. Jedni trafiali do kanonu narodowego, drudzy – do politycznego niebytu lub na cmentarz.
Stan wojenny z 1981 roku – niezależnie od ocen moralnych i politycznych — miał inny charakter i inną skalę przemocy. Ofiar śmiertelnych było kilkadziesiąt, choć każda z tych śmierci pozostaje tragedią i politycznym obciążeniem. Internowano tysiące ludzi, ograniczono wolności obywatelskie, zdławiono niezależny ruch związkowy. Internowani przywódcy Solidarności nie byli jednak torturowani ani likwidowani. Wielu z nich po latach uczestniczyło w rozmowach Okrągłego Stołu. Sam Jaruzelski ostatecznie zgodził się na demontaż systemu, częściowo wolne wybory i pokojowe oddanie władzy.

Istnieją też zaskakujące podobieństwa biograficzne między Piłsudskim a Jaruzelskim. Obaj poznali rosyjskie imperium od strony przymusu i represji. Obaj byli ludźmi wojska. Obaj uznali, że państwo znajduje się w stanie nadzwyczajnego zagrożenia wymagającego użycia siły. Obaj doszli do wniosku, że legalizm można zawiesić w imię „wyższej racji stanu”.
Różnica polegała jednak na stosunku do formalizmu prawnego. Jaruzelski próbował stan wojenny ubrać w ramy prawne PRL — z uchwałami, dekretami, decyzjami Rady Państwa i całym rytuałem legalności. Piłsudski natomiast po prostu użył siły. Nie próbował przekonywać, że działa zgodnie z konstytucją marcową. Nie stawiał prawnych dekoracji. Uznał, że zwycięstwo militarne samo w sobie tworzy nową rzeczywistość polityczną. Odmienna była również sytuacja zewnętrzna. Jaruzelski miał przed sobą gotowe do interwencji zbrojnej armie Związku Radzieckiego i Układu Warszawskiego, Piłsudski takich zagrożeń był pozbawiony.
Zamach stanu, który pochłonął setki ofiar i doprowadził do autorytarnego systemu zakończonego katastrofą września 1939 roku, przez lata opisywano i dalej tak się czyni niemal w gatunku romantycznej legendy. Natomiast stan wojenny, który zakończył się pokojową transformacją ustrojową i przejściem do demokracji przedstawia się wyłącznie jako absolutne zło pozbawione jakiegokolwiek historycznego kontekstu.
Historia rzadko bywa bezstronna. A polityka pamięci — jeszcze rzadziej. Jednych nazywa się „ojcami narodu”, innych „uzurpatorami”. Często decyduje nie metoda działania, lecz to, kto po latach kontroluje podręczniki, pomniki i państwowe ceremonie.
Leszek Miller
Tekst za profilem fb



