PublicystykaŚwiatBieleń: Casus foederis

Redakcja12 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Od czasów starożytnych znana jest klauzula w traktatach sojuszniczych, zobowiązująca sprzymierzonych władców do udzielenia sobie wzajemnej pomocy w przypadku zbrojnej napaści ze strony kogoś trzeciego.

Klauzula ta odnosi się do okoliczności – zdarzeń, faktów lub czynności, które uruchamiają dźwignię solidarnej pomocy i noszą nazwę casus foederis. Dosłownie oznacza to „przypadek przymierza”, nakładający na strony aliansu zobowiązania kolektywne. Z czasem te zobowiązania z władców przeszły na państwa.

Swoją drogą, co powoduje, że żaden z polityków nie umie posługiwać się tym pojęciem w prowadzonym dyskursie o zobowiązaniach sojuszniczych w ramach NATO? Nikomu też nie zależy na tym, aby ważne pojęcia z dziedziny prawa międzynarodowego upowszechniać w opinii publicznej. Przybliżać ich interpretacje, które pokazują, że zapisy traktatowe wcale nie są takie jednoznaczne, jak się niektórym amatorom polityki wydaje. Poza tym jak mawiał wielki przywódca V Republiki Francuskiej Charles de Gaulle, „traktaty są niby dziewice i róże, trwają tylko tyle, ile trwają”. Zmienia się ich „wigor obowiązywania”, tak jak zmieniają się okoliczności, w których żyją kolejne pokolenia.

Do najstarszych zachowanych do naszych czasów zalicza się umowę z 1258 roku p.n.e. między faraonem Ramzesem II z XIX. dynastii a królem Hetytów, Hattusilisem III, którzy po wzajemnie wyczerpujących wojnach, jakie prawdopodobnie doprowadziły do zrównoważenia sił między tymi dwoma potężnymi państwami starożytności (Egiptem i Hatti w Anatolii), zawarli porozumienie, mające jednocześnie znamiona traktatu pokoju, przymierza oraz przyjaźni i dobrego sąsiedztwa. Najważniejszym zapisem z punktu widzenia sojuszu było sformułowanie: „jeśli jakikolwiek wróg wystąpi przeciwko posiadłościom Ramzesa, to niech Ramzes powie wielkiemu królowi Hetytów: pójdź ze mną przeciw niemu ze wszystkimi swoimi siłami zbrojnymi”. Sojusz obejmował również wzajemną pomoc w trzymaniu w ryzach zależnych państewek, zwłaszcza w Syrii i Palestynie, jak też wydawanie zbiegów wraz z ich żonami, dziećmi i niewolnikami, przy tym bez szwanku, a więc bez karania ich śmiercią, „ani też uszkadzania im oczu, ust i nóg”.

Bliżej naszych czasów powoływanie się na  gwarancje sojusznicze wyrażone w formie casus foederis znajdziemy w wielu ważnych traktatach, od dwuprzymierza poczynając między Cesarstwem Niemieckim i Austro-Węgrami z 1879 r., przez trójprzymierze (1882), po  sojusz francusko-rosyjski (1892). Tzw. entente cordiale (1904) czyli układ angielsko-francuski, a następnie porozumienie rosyjsko-angielskie (1907) jako trójporozumienie były tylko wytyczeniem stref wpływów, a nie układem o wzajemnej pomocy.

Ale już w pierwszej powszechnej organizacji międzynarodowej, jaką była Liga Narodów, przyjęto w  art. 16 Paktu Ligi, że „jeśli któryś z członków Ligi ucieka się do wojny wbrew zobowiązaniom wynikającym  z Paktu, będzie uważany ipso facto za dopuszczającego się aktu wojennego przeciwko wszystkim członkom Ligi”.

Karta Narodów Zjednoczonych z 1945 r. poszła jeszcze dalej, stwierdzając w art. 51, że każde państwo członkowskie organizacji, w razie napaści zbrojnej, ma prawo do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony, na które to zobowiązanie powołuje się zarówno traktat północnoatlantycki (art. 5), jak i historyczny już układ warszawski (art. 4).

Artykuł 5

Casus foederis traktatu północnoatlantyckiego wcale nie zawiera jednoznacznych i automatycznych gwarancji przyjścia napadniętemu państwu z pomocą, ani nie określa, że będzie to pomoc wojskowa. Dla pełnego zrozumienia istoty zmitologizowanego przepisu z art. 5 warto zacytować go w całości: „Strony zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub kilka z nich w Europie lub Ameryce Północnej będzie uważana za napaść przeciwko nim wszystkim; wskutek tego zgadzają się, że jeśli taka zbrojna napaść nastąpi, każda z nich, w wykonaniu prawa do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony, uznanego w artykule 51 Karty Narodów Zjednoczonych, udzieli pomocy stronie lub stronom tak napadniętym, podejmując natychmiast indywidualnie i w porozumieniu z innymi stronami taką akcję, jaką uzna za konieczną, nie wyłączając użycia siły zbrojnej, w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego”.

Aby zrozumieć istotę tych zobowiązań („jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”) należy przytoczyć także treść artykułu 4, który stanowi, że „strony będą się konsultowały, ilekroć zdaniem którejkolwiek z nich zagrożona zostanie integralność terytorialna, niezależność polityczna lub bezpieczeństwo którejkolwiek ze stron”.

Wbrew powszechnemu mniemaniu, nie ma zatem żadnego dowodu, że pomoc sojusznicza jest bezwarunkowa. Wystarczy wspomnieć debatę nad zasadnością uruchomienia mechanizmu opartego na art. 5 traktatu waszyngtońskiego po ataku Al-Kaidy na Stany Zjednoczone w 2001 r. Dowiodła ona, że okoliczności uruchamiające pomoc sojuszniczą nie są klarownie określone i jednakowo rozumiane. W praktyce w razie potrzeby taka pomoc jest zawsze uwarunkowana indywidualną gotowością państw uczestniczących w sojuszu. Sam literalny zapis w traktacie powołującym przymierze nie jest warunkiem wystarczającym. Konieczna jest zgodna wola wszystkich państw do spełnienia przyjętych zobowiązań. A przy postawie Turcji i Węgier już dzisiaj widać, że konsensus wcale nie jest łatwy do osiągnięcia, jak się niektórym naiwnym politykom wydaje. Pozostaje kwestia mobilizacji w czasie, determinacji i gotowości do poświęceń.

NATO zostało powołane w 1949 r. dla obrony wartości świata zachodniego i dla instytucjonalizacji przywództwa amerykańskiego w systemie zachodnim przed zagrożeniem komunistycznym. Po rozpadzie bloku wschodniego sojusz przeżywał liczne trudności identyfikacyjne i niemoc decyzyjną. Okazało się jednak, że nic bardziej nie konsoliduje przymierza niż nowy wróg. Zrobiono doprawdy wiele, aby na takiego wroga wykreować nową Rosję, przypisując jej wszelkie możliwe agresywne i imperialne zapędy.

Na dodatek w ramach sojuszu zrodziła się ogromna asymetria pod względem potencjałów i zdolności obronnych. Z tego powodu doszło do „desuwerenizacji” Europy Zachodniej na rzecz amerykańskiej protekcji. A nowi członkowie z Europy Środkowej i Wschodniej chroniąc się pod „parasolem” ochronnym USA, wyzbyli się jakiejkolwiek wewnątrzsterowności. Przyjęli rolę posłusznych wykonawców woli atlantyckiego hegemona, który uznał NATO za interwencyjny oręż w globalnej walce ideologicznej, w imię „totalnej” demokracji i praw człowieka. Sojusz  przestał spełniać funkcje obronne, do których został powołany. Stał się aliansem zaczepno-odpornym, stosującym siłę poza obszarem obowiązywania casus foederis (Serbia, Afganistan, Irak, Libia). Obecnie NATO angażuje się na niespotykaną skalę w pomoc militarną i logistyczną dla walczącej Ukrainy, choć to państwo nie spełnia żadnych warunków traktatowych nie tylko sojusznika, ale nawet partnera. Chyba że chodzi o jakieś tajne porozumienia, o których opinia publiczna nie została poinformowana.

Wojna hegemoniczna

Wszystko to oznacza, że mamy do czynienia ze stosowaniem siły do „gaszenia pożarów”, które Zachód sam prowokuje. W odniesieniu do Rosji arbitralnie  zadecydowano, że w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych nie ma ona żadnego prawa do wyrażania ambicji mocarstwowych, nie może przewodzić żadnym ugrupowaniom, ani też bronić swojego stanu posiadania. Nie ma też prawa do wyrażania swoich obaw o własne bezpieczeństwo, powołując się na zagrożenia u jej wrót. Na takim tle zrodziła się kolizja interesów geopolitycznych USA z Rosją. Ich rywalizacja doprowadziła do starcia, które grozi przekształceniem się wojny lokalnej w wojnę hegemoniczną.

O takiej wojnie pisał m. in. George Modelski, amerykański badacz polskiego pochodzenia, swoją drogą nieznany ani niedoceniany w Polsce. Jego zdaniem, główną stawką każdej rywalizacji międzymocarstwowej jest zdobycie lub utrzymanie pozycji „głównego rozgrywającego” w systemie międzynarodowym.  Obserwacja długich okresów w polityce i gospodarce międzynarodowej skłaniała już wcześniej brytyjskiego historiozofa Arnolda Toynbee’go do wyróżniania cykli pokoju i wojny oraz wyzwania i odpowiedzi, które decydowały o dynamice systemu międzynarodowego. Losy cywilizacji zależą w dużej mierze od ewolucji mocarstwowości w stosunkach międzynarodowych. Obecnie gra toczy się o prymat w systemie międzynarodowym między USA a Chinami, a wojna na Ukrainie jest  elementem tej bezwzględnej rywalizacji. Gdy przywódcy skonfliktowanych stron przestają powściągliwie reagować na wzajemne zagrożenia, dochodzi do erupcji militaryzmu i pretensji do uznania swoich racji za najważniejsze. Wojny hegemoniczne są konsekwencją takich strategii, a także katalizatorem radykalnej zmiany status quo.

Na tle tej nieokiełznanej dynamiki potęg uzależnieni od gwarancji bezpieczeństwa ze strony największego mocarstwa słusznie oczekują ciągłego potwierdzania jego zobowiązań sojuszniczych. Jednakże „epokowe” wystąpienia prezydenta USA, którymi bezrefleksyjnie zachwycają się polscy politycy, są jedynie retoryczną demonstracją kolektywnej solidarności i nie przesądzają o realnym zaangażowaniu w obronę Polski na wypadek każdej agresji.

Na przykład agresji sprowokowanej przez samą Polskę. Każde bowiem zaangażowanie w wojnę na Ukrainie, które przekracza  uzgodnienia sojusznicze, niesie ryzyko zastosowania przez Rosję środków odwetowych, które wcale nie muszą oznaczać casus belli dla całego NATO.  Pretensje Polski do bycia w sprawie ukraińskiej „liderem” sojuszu nie znajdują żadnego pokrycia ani w statusie siły, ani w reputacji. Przeciwnie, elity zachodnie cynicznie wykorzystują naiwność Polski, która z demonstrowania bezinteresownej hojności we wspieraniu Ukrainy uczyniła swój główny atut geopolityczny. Tyle, że  przy jego pomocy nie jest w stanie niczego  konkretnego ugrać dla siebie. Z naiwnych szydzi świat. Kto nie liczy się z własnym interesem i kalkulacją ekonomiczną, w twardej grze  potężniejszych sił jest zwyczajnym frajerem.

„Prorok katastrofy”

Ostatnia wizyta prezydenta USA w Kijowie i w Warszawie jest odczytywana jako zapowiedź dalszego zaangażowania Zachodu po stronie Ukrainy w trwającej wojnie z Rosją. Zapowiadając zwiększanie pomocy wojskowej, prezydent największego mocarstwa, gwarantującego „pokój poprzez wojnę” nie utwierdził nas w przekonaniu, że zrobi wszystko, aby działania wojenne nie objęły któregoś z państw członkowskich sojuszu. W odbiorze realistów politycznych Biden występuje bardziej w roli „proroka katastrofy” niż „wysłannika pokoju”. To przywódca misyjny i fanatyczny, ideologicznie nawiedzony, narzędzie w ręku wielkich korporacji zbrojeniowych, dbających przede wszystkim o swoje interesy.

Płytkie, by nie powiedzieć prymitywne i wiernopoddańcze komentarze wobec  wypowiedzi amerykańskiego dostojnika świadczą o głębokim niezrozumieniu powagi sytuacji. „Wódz wodzów” nie wyszedł bowiem poza znaną retorykę odstraszania wobec Rosji. Niedostatki intelektualne i wzmożenie emocjonalne nie pozwalają polskim decydentom  wyjść poza doraźne kalkulacje, bez wyobrażenia sobie alternatywnych scenariuszy zakończenia wojny na Ukrainie. Unikanie trudnych pytań na temat perspektyw ładu powojennego na wschodzie Europy i odwoływanie się do „jedności” Zachodu w zwycięstwie i odbudowie Ukrainy może mieć charakter zwodniczy.

Rozważając perspektywy zakończenia wojny, wielu obserwatorów zachodnich doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że Rosja jako mocarstwo jądrowe nie może przegrać tej wojny. Właśnie ryzyko związane z taką przegraną powstrzymuje co rozsądniejszych polityków przed nieodpowiedzialnymi deklaracjami czy podżeganiem do eskalacji. Na tym tle wyróżniają się polscy gorliwcy i entuzjaści wojenni, lokujący się zarówno po stronie rządzących jak i opozycji. Ukrainocentryzm w oglądzie problemów współczesnego świata zaciemnia im  widzenie rzeczywistości. Prowadzi do myślenia „tunelowego”, z największą szkodą dla polskiego interesu narodowego. Propagowanie wizji całkowitego rozpadu Rosji czy ukarania Rosjan na wzór hitlerowskich Niemiec niebezpiecznie przybliża wojnę ukraińską do granicy wojny hegemonicznej z użyciem broni jądrowej.

W gwarancjach bezpieczeństwa liczy się przede wszystkim wola udzielenia  skutecznej pomocy. Niewiele warte są zapisy traktatowe, podobnie jak emocjonalne zapewnienia poszczególnych polityków. Jak pokazał przypadek Donalda Trumpa, USA wcale nie są „niezłomne” i „konsekwentne” w obronie sojuszników, gdyż preferują przede wszystkim własne komercyjne interesy. Bezpieczeństwo sojuszników ma coraz bardziej charakter transakcyjny. Przekonują się o tym państwa sojuszu północnoatlantyckiego, płacąc za utrzymanie amerykańskich baz, uzbrojenie, technologie, a w końcu zaopatrzenie gazowe.

Polski retoryczny radykalizm

W każdym układzie sojuszniczym ważna jest siła przetargowa stron. Otóż ze względu na oczywistą asymetrię potencjałów oraz możliwości Polska całkowicie polega na gwarancjach bezpieczeństwa ze strony USA. Oddanie się elit politycznych pod protekcję amerykańską ogranicza jakiekolwiek możliwości samodzielnych decyzji i działań. Dlatego warto radzić wszystkim  „wyrywnym” politykom, od prezydenta począwszy, na posłach kończąc, aby zrezygnowali z wyścigów na retoryczny radykalizm, bo staje się on obciążeniem, a nie atutem polskiego udziału w przebudowie porządku międzynarodowego. Więcej zyskują takie państwa, które nie grają powyżej swoich możliwości, nie jątrzą w stosunkach sąsiedzkich i uznają realia wynikające z miejsca, które określa ich geografia i geopolityka.

Mimo determinacji polityków, aby wojnę na Ukrainie doprowadzić do zwycięskiego końca, mamy do czynienia z narastającym zmęczeniem społeczeństw trwającym konfliktem i wiążącymi się z nim kosztami. Kto wie, czy rozdźwięk w kwestii oceny rosyjskiej agresji na Ukrainę nie przełoży się na rezygnację z ideologicznych pryncypiów na rzecz pragmatycznej kalkulacji interesów? Republikanie amerykańscy zdają sobie sprawę z tego, że realistycznie pojmowana polityka zagraniczna wymaga liczenia się z faktami. A te wyraźnie wskazują, że nie da się na dłuższą metę utrzymać hierarchicznego systemu międzynarodowego, lekceważąc udział w globalnej polityce Chin czy Rosji.

Wiele wskazuje też na to, że Zachód nie uniknie w przyszłości rozmów z Rosją na temat tak czy inaczej pojmowanych zabezpieczeń systemowych. Rosyjskie propozycje uregulowań traktatowych z 17 grudnia 2021 r. – choć zostały odrzucone przez Zachód – powrócą w jakiejś formie, gdy skończy się wojna. Trzeba będzie nie tylko odnieść się do tzw. niepodzielności bezpieczeństwa, określić na nowo znaczenie rozmaitych zasad, które uległy całkowitej dewaluacji. Na przykład nieingerencji w sprawy wewnętrzne stron czy poszanowania suwerennej równości państw, choćby w odniesieniu do swobodnego kształtowania własnego ustroju, bez narzucania jakichkolwiek wzorów z zewnątrz. Oznaczałoby to – jak postulują Chiny – wyrzeczenie się „mentalności zimnowojennej” i odrzucenie  „polityki opartej na wartościach”.

Rezygnacja z misyjności mocarstw i powrót do Realpolitik są jedyną drogą do przywrócenia stabilności systemu międzynarodowego. Należy wykorzystać doświadczenia z epoki „odprężenia” w stosunkach Wschód-Zachód, powrócić do środków budowy zaufania, informowania się co do intencji („gorące linie”), reaktywowania permanentnych platform negocjacji i konsultacji. Potrzebna jest mobilizacja wszystkich sił na rzecz ponownego uregulowania relacji międzymocarstwowych. Zamiast geopolityki strachu i nienawiści  muszą one powrócić do geopolityki kompromisu.

Zrozumienie różnorodności aksjologicznej i akceptacja odmienności ustrojowej są pierwszym krokiem ze strony państw NATO na drodze do zbudowania modus vivendi z  państwami  uznanymi za wrogów.  Na głębokie przewartościowanie relacji z Rosją jest jeszcze za wcześnie ze względów emocjonalnych i osobowościowych. Trzeba jednak pamiętać o tym, że skuteczne przywracanie pokoju  jest procesem trudnym i ryzykownym. Jedynie dzięki roztropności polityków zwaśnionych stron możemy uniknąć recydywy odwetu i rewanżyzmu.

Prof. Stanisław Bieleń

fot. public domain

Myśl Polska, nr 11-12 (12-19.03.2023)

Redakcja