FelietonyPochwała wsi

Redakcja3 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Żeby doszło do ukiszenia ogórka trzeba zanurzyć go w w odpowiednim wodnym roztworze. Po pewnym czasie dokona się  jego cudowna przemiana w korniszona. Co ciekawe: ten proces – jeśli zostanie prawidłowo przeprowadzony – jest w swych skutkach nieodwracalny.

Nic się już z tym kwaszonym produktem nie da zrobić. Trzeba kupić wódkę. Podobnie  z konserwatystą. Nie wystarczy krzyczeć, że się nim jest, ale – po pierwsze – należy się narodzić z odpowiednich rodziców, przejść proces właściwego „zakwaszenia” i dopiero wtedy ujawni się się rzeczywisty konserwatysta, czyli człowiek o pewnych, utrwalonych właściwościach. Jakie zatem ta „zalewa” winna spełniać warunki, by jej rezultatem był zachowawca? Ustalmy jej skład chemiczny.

Wyjdźmy od rzeczy podstawowej i fundamentalnej: od klimatu duchowego. Czyli samego płynu, substancji dla powstania światopoglądu niezbędnej. Ludzie mogą rodzić się i żyć na wsi, albo w miastach. Są też tereny przejściowe, lecz to w tej sprawie nie ma większego znaczenia. Nawet jeszcze i dzisiaj, gdy zacierają się wszelkie odmienności. Jednak podział na wieś i miasto, z pewnego punktu widzenia, trzeba uznać za zasadniczy. W grodzie przychodzi na świat bowiem inny człowiek i na wsi inny. Różnica między nimi jest nieusuwalna, pomimo że mogą mieć podobne wykształcenie, uprawiać zbliżone zawody i nie różnić się kolorem skóry. Nie chcę nikogo straszyć, ale po dłuższej rozmowie jestem w stanie rozpoznać pochodzenie społeczne, nawet uniwersyteckiego profesora. O tym wszystkim decyduje, przede wszystkim, krajobraz, w którym zostajemy posadowieni.

Wieś – mimo jednostajności pejzażu – ma swoje ścisłe granice. Za nimi mieszkają inni, nawet jeżeli są tacy sami. Tam kształtuje się też podstawowe kryterium: podział na swój – obcy. Ci obcy są jakby z zagranicy, nie mają paszportów, ale do nas przybywają naprawdę tylko w razie pilnej konieczności. Bezcelowa przejażdżka byłaby bardzo źle widziana. Tymczasem miasto jest inne. Najczęściej na tyle okazuje się rozległe, by jego granice były niezauważalne. Ponadto, okala je strefa przejściowa, rozmywająca ostrość rozróżnienia, gdzie my – a gdzie oni. Aglomeracja  chętnie też przyjmuje. Są przecież targowiska, sklepy, restauracje, place zabaw. Przybywajcie do nas to będziemy dzięki temu bogatsi. Tak wykształca się kosmopolityzm. Jeśli nawet polis jest wewnętrznie rozbite, to w przypadku wsi są to rozróżnienia rodowe, klanowe. W mieście zaś tworzą się strefy wpływów gangów, mafii i innych dwuznacznych struktur. Ponadto, w pierwszym przypadku, naturalne światło słońca, czy księżyca zawsze odgrywają o wiele istotniejszą rolę niż w życiu aglomeracji.

Wszyscy tu bytują w blasku  sztucznie wytworzonym. I nawet opady atmosferyczne na wsi mają  o wiele bardziej zasadnicze znaczenie. Są bowiem wyczekiwane – albo wywołują trwogę. Często decydują o plonach, czyli o podstawach życia. Miasto jest po prostu bytem inżynierskim, konstruktem. Było ono dla rolników zaledwie czymś użytecznym i nic ponadto. Najlepiej załatwić konieczne sprawy i zmykać z tego piekielnego, niebezpiecznego miejsca… W tych – choćby tak pobieżnie nakreślonych – okolicznościach tylko ziemia, jej zapach, poranna mgła, szum strumieni, plon mogą zrodzić prawdziwy konserwatyzm. Rzeczywisty i fundamentalny. Miasto spekuluje. W nim może powstać, co najwyżej konserwatyzm polityczny; ale ktoś o nim musi napisać, bo jeśli tego nie zrobi to nawet takiego konserwatyzmu nie będzie!

Antoni Koniuszewski

Myśl Polska, nr 43-44 (23-30.10.2022)

Redakcja