Polska80-lecie Pana Janusza

Redakcja1 miesiąc temu
Wspomoz Fundacje

W czwartek, 27. października Janusz Korwin-Mikke obchodził swoje osiemdziesiąte urodziny. Nieco wcześniej przekazał kierownictwo swoją partią dr. Sławomirowi Mentzenowi, który jednak niemal natychmiast zdystansował się od tej części poglądów swojego domniemanego mistrza, na którą najbardziej negatywnie reagował System.

Nie było chyba przypadkiem, że nieco niespodziewanie, na kongresie KORWIN-y przemawiał, wydawało się wcześniej że zupełnie wypchnięty ze środowiska, zarazem jednak uważany za politycznego mentora dr. Mentzena „tajemniczy PiS-owski lobbysta” Przemysław Wipler. Ani to, że Pan Janusz w czasie jego przemówienia ostentacyjnie wyszedł z sali.

Co dalej z KORWIN-ą

Dalsze losy korwinizmu, tak więc życiowego dziedzictwa Pana Janusza pozostają niepewne. Moim zdaniem, w przypadku ostentacyjnej dewiacji dr. Mentzena od linii korwinowskiej, Pan Janusz mógłby swojej partii (a zatem i całej Konfederacji) wyciąć jeszcze przed wyborami bolesnego kuksańca na wzór rozłamów z 2009 r. (z ówczesnej UPR) i 2015 r. (z ówczesnego Kongresu Nowej Prawicy). Z powodów metrykalnych byłby to już jednak zdecydowanie ostatni w historii „powrót Krula”.

Po nieuchronnym wreszcie odejściu Korwina, jego formacja może ulec albo dezintegracji albo „wipleryzacji”(libertariański odpowiednik „bosakizacji”), czyli zostać zasymilowana przez System. Realizacji takiego scenariusza zapobiec mogłoby jedynie pojawienie się kolejnego „guru” – jedyną taką osobą mógłby teoretycznie być Grzegorz Braun (jemu samemu chyba takie ambicje w pewnym momencie nie były obce), jest on jednak zdecydowanie „niestrawny”dla libertarian z powodu swojego hałaśliwego katolicyzmu.

Jakiej polityki nie zechciałby prowadzić dr Mentzen, to jedno można powiedzieć na pewno, że nie dysponuje on charyzmą podobną tej Pana Janusza, ani nie jest równie barwną osobowością. Sławomir Mentzen przyznaje się do cynizmu, wydaje się też dość pragmatyczny (pomimo deklarowania wrogości do Rosji, otwarty jest na import węgla z tego kraju), wyrobiony światopogląd ma jednak chyba głównie w kwestiach ekonomicznych.

Po odejściu Korwina, zmierzch korwinizmu jest zatem nieuchronny. Libertarianie idący dziś za Panem Januszem skończą na pewno gdzieś pomiędzy Bosakiem, PO, Klubem Jagiellońskim i PSL-em (Koalicją Polską).

Korwin-libertarianin

Pora więc w tym miejscu odpowiedzieć sobie, co obecny w polskiej polityce (a w zasadzie na jej marginesie) Janusz Korwin-Mikke znaczył dla nas – tożsamościowców i antysystemowców? Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi, było bowiem „dwóch” Januszów Korwin-Mikke.

Pierwszy z nich – zupełnie nieinteresujący, nudny i całkowicie jałowy to Korwin-libertarianin. Adept ideowy Rothbarda, Friedmana, Misesa i Hayeka. Operujący pojęciami-abstraktami: „jednostki”, „aksjomatu nieagresji”, „prawa własności”, „wolności”, „państwa-nocnego stróża”, „wolnego rynku” i tym podobnymi postoświeceniowymi ideologicznymi wymysłami bez umocowania w antropologii, socjologii, biologii. Ten rys Korwina, niestety, przewagę zyskał wśród jego młodocianych wyznawców i wielbicieli.

Pomimo że oburzający czy wręcz szokujący dla socjaldemokratów i innych wyznawców idei „ssania państwowego cyca”, rys ten jest całkowicie niegroźny dla Systemu. Kłótnie między libertarianami a zwolennikami tego, by kapitan-państwo robił wszystko za wszystkich, są tyleż widowiskowe, co mało znaczące. Ich uczestnicy okładają się nawzajem „Human Action” Misesa i „No Logo”Klein, „Konstytucją Wolności” Hayeka i „Kapitałem w XXI wieku” Piketty’ego, kłócąc się, czy skuteczniej budować demoliberalizm i społeczeństwo konsumpcyjne za pomocą państwa, czy pozbywając się go. Ich aksjologia jest jednak, paradoksalnie, niemal identyczna, spór zaś dotyczy jedynie bardziej skutecznych metod urzeczywistniania tych przeciw-naturalnych, wspakulturowych i zwyczajnie szkodliwych ideałów-wymysłów.

Korwin-alt-rightowiec

„Drugi”Janusz Korwin-Mikke, to osoba na polskim gruncie niejako z wyprzedzeniem zaszczepiająca większość tych idei, które weszły w skład dzisiejszej jankeskiej Alt-Right. Mamy tu darwinizm społeczny, maskulinizm, elitaryzm, autorytaryzm, antyfeminizm, wyśmiewanie poprawności politycznej i zniewieściałłych homoseksualistów, prorosyjskość, konspirologię (u Korwina występującą jako antymasonizm), nieufność do ponadnarodowych biurokracji, transnarodowych korporacji, globalistycznych elit, pozytywne wartościowanie armii, broni palnej a nawet wojny, do tego jeszcze elementy „białego nacjonalizmu” i wiele podobnych idei.

To wszystko poglądy dziś popularne wśród „trumpistów”, Proud Boys, alt-rightowców, QAnon. Wprowadzane przed kilku laty w świecie anglojęzycznym przez Steve’a Bannona, Millo Yannopoulosa, czy w pewnym stopniu nawet Richarda Spencera. My, dzięki Korwinowi, coś na ten kształt mieliśmy już od lat 1990. Korwin pozujący z bronią palną lub białą, chwalący się różnymi typowo „męskimi” doświadczeniami, nie był bynajmniej zanadto odległy od dzisiejszych alt-rightowców podnoszących hasło „Reject Modernity, Embrace Masculinity”, dążących do ideału „alpha-males” i szydzących równocześnie ze zniewieściałych „beta-leftists”.

Ten „drugi” Korwin, polski (proto) alt-rightowiec, bez owijania w bawełnę wyśmiewający egalitarystyczne miazmaty o demokracji, równości kobiet i mężczyzn, równości ras, pacyfizmie i walce z „toksyczną” męskością, „biciem dzieci”, jakiejś quasi-”akcji afirmatywnej” mającej promować kobiety, zboczeńców („gejów”), kaleków („niepełnosprawnych”), czarnoskórych, zwierzęta, jak i wiele jeszcze innych absurdów „postępów postępu”, jest kimś nam mentalnie, kulturowo i światopoglądowo dość bliskim.

Był też i w jakiejś mierze wciąż pozostaje inspirujący, gdyż bez niego mielibyśmy na prawicy jedynie ugładzone, ulizane, koniunkturalne, ważące każde słowo i nudne jak flaki z olejem demoliberalne kluchy w typie Roberta Winnickiego czy Przemysława Wiplera. A także zniewieściałych, mydłkowatych picusiów-glancusiów jak Krzysztof Bosak, czy jacyś inni „nowi konfederaci” w „inteligenckich” okularkach z rogowymi oprawkami.

Nawet te niesławne „obyczajowe” dokazywania Korwina i jego rozmaite wypowiedzi nie licujące z moralnością katolicką należy widzieć przez pryzmat „wysokiego poziomu testosteronu” tego polityka. Możemy je oceniać jako żenujące, są jednak na swój sposób „samcze”. Jak zgrabnie ujmuje to jeden z jankeskich autorów, „bycie dobrym człowiekiem” („being a good man”) to nie to samo co „bycie prawdziwym mężczyzną” (being good at being man”).

Nasze prehistoryczne mózgi każą nam zaś cenić nawet „drani”(mafiozów, gangsterów, „honorowych zbójów”, rozmaite „czarne charaktery” nie bez powodu często budzące żywsze zainteresowanie niż „dobrzy” bohaterowie różnych opowieści), jeśli tylko są „prawdziwymi mężczyznami”. Wystarczy, że spróbujemy wyobrazić sobie, że zamiast Korwina, ogniskową dla polskiej prawicy byłby na przykład „porywający” jak „sen pasażera tramwaju o piątej po południu” (określenie E. Jüngera), wzorcowy katolicki konserwatysta Marek Jurek.

Korwin dla Antysystemu

Dla nas, prawicy Antysystemu, prawicy tożsamościowej, prawicy „heideggerowskiej”- jeśli można tak powiedzieć, prawicy chcącej wyrwać naród ze „strefy (złudnego, a przy tym usypiającego, czy wręcz zabijającego) komfortu” ku „autentycznemu życiu”, ku „Dasein”, istnieje oczywiście jedynie ten „drugi” Korwin: niestrudzony szermierz w walce przeciw eutanazji narodu w socjaldemokratycznym „państwie opiekuńczym”, celnym dowcipem i błyskotliwą inteligencją rozbijający w pył brednie egalitarystyczne demokracji i poprawności politycznej, Korwin-nonkonformista, Korwin-oścień uwierający nieznośnym bólem w łapie Systemu, Korwin-samiec alfa.

Korwin-wyznawca oderwanych od rzeczywistości libertariańskich abstrakcji z jakimiś „jednostkami” i prawami do wolności” nigdy dla nas nie istniał. Podobnie jak Korwin-wielbiciel Thatcher, Reagana, George’a Gildera, Newta Gingricha, Alana Greenspana. O tym „pierwszym” Korwinie-libertarianie i Korwinie-neoliberale, powinno się jak najszybciej zapomnieć.

Jego faktycznym dziedzictwem jest wipleryzm-mentzenizm, a jego historyczny koniec dokona się zapewne gdzieś w okolicach PSL, czy jakiegoś innego Palikota czy Kukiza. Tym właśnie był „korwinizm bez Korwina”: różne KoLibry, Ziemkiewicze, Wojtery, Wiplery, Jóźwiaki itp. „Korwinizm bez Korwina” to inaczej „Korwin-libertarianin” bez dodatków alt-rightowych. Czyli demoliberalizm i systemowość.

Myślę skądinąd, że ten libertariański rys osoby Pana Janusza jest dość powierzchowny i, jeśli można by tak to ująć, „wtórny”. Z Korwina jest mniej więcej taki libertarianin, jak z Mao Tse-tunga lub z Kim Ir Sena byli marksiści. Ot, Pan Janusz usłyszał w którymś momencie o Thatcher i Reaganie, coś tam sobie przeczytał libertariańskich autorów, po czym przyjął te hasła, bo pasowały mu do jego instynktów i tęsknot „samca alfa” za „Dzikim Zachodem”, gdzie dzielni mężczyźni sami o siebie dbają i mają tyle, ile sobie wypracują, zamiast czepiać się państwowej spódnicy.

Wizja to mocno uproszczona i wręcz prymitywna, uproszczone i niekiedy dość prymitywne były też jednak diagnozy polityczne i historyczne Pana Janusza, który najzwyczajniej intelektualistą zdolnym do pogłębionego rozumienia rzeczywistości nigdy nie był. Tych dokonywanych przez niego symplifikacji powinniśmy być świadomi. Oznaczają one jednak również, moim zdaniem, że z poglądów Korwina nie przebijała aksjologia libertariańska, tylko że w libertariańskiej ontologii wyrażał się w nich, źródłowo raczej zdrowy, maskulinistyczny instynkt i wyrastający z niego światopogląd.

Co będzie zatem „po Korwinie”? Nominalni korwiniści zmumifikują Korwina-”czystego”libertarianina. Jak wspomniałem wyżej, będzie to koniec korwinizmu. Korwin (proto) alt-rightowiec od strzelania z rewolweru, klasycznej męskiej elegancji, tradycyjnego savoir-vivre’u, wyśmiewania „wUkrainy”, wegetarianizmu i „kobiet w polityce”, będzie zaś „żywy” w nas – antysystemowcach. To my więc jesteśmy prawdziwymi korwinistami. A w każdym razie dziedzicami tego, co w korwinizmie wartościowe. Tego „lepszego” Pana Janusza.

Ronald Lasecki

 

 

 

 

 

Redakcja