Oto pytanie, które staramy się wymazać ze świadomości, ba!, nawet udajemy, że nie istnieje. No właśnie. Spróbujmy więc określić, gdzie i od czego zaczyna się Ojczyzna?
– Od długiego czasu nurtuje mnie pewien problem – wyznała Bożena Fink. – A to sprawa bardzo osobista, pierwotna nad wszystkimi, podstawowa. Ale jak pisać o kolorze powietrza, o kosmosie, oddychaniu, o zapachach, o rzeczach oczywistych i paradoksalnie przez tę cechę, ulatujących ze świadomości? Więc napiszę tak. Jestem Polką! Słowianką! Świadomie i do kropli krwi ostatniej. Tak mam. We wszystkich aspektach i z całym dobytkiem inwentarza! Nie Polką ze skryptów. Tych o Polsce wg Konfederacji, wg Koalicji, wg PiS i POPiS czy tęczowej lewicy, bo Polska to nie streszczenie dla maturzystów po „reformie oświaty”! Więc krótko. Gdzie i od czego zaczyna się Ojczyzna? Bo to jak wielka księga, którą czytasz co dnia, co dnia uczysz się ją rozumieć i sam zapisujesz jej kolejne strony, bo jesteś z niej, gdziekolwiek na świecie jesteś!
Ona niektórym zaczyna się nie jak dla mnie od Mieszka I, a od pierwszej wizyty z rodzicami w Mc Donald’s… Tak się porobiło…
To w gruncie rzeczy banalne, proste, wręcz prozaiczne pytanie, ale przecież niewypowiadane każdego dnia (jeżeli w ogóle), a w ostatnich ponad trzydziestu latach wręcz niepożądane, zawładnęło moją świadomością tak bardzo, że aż zabolało.
Każdy ma swoją definicję Ojczyzny, każdemu też kojarzy się z czym innym, każdy inne przykłada do niej wartości. Gdy prof. dr hab. Maria Szyszkowska spytała, z czym mi kojarzy się Ojczyzna, odpowiedziałem jednym tchem:
– Ojczyzna jest dla mnie pocałunkiem matki, zapachem letniego wiatru unoszącego mój latawiec, pierwszą szkolną wycieczką na Wawel, misiem Uszatkiem utkanym z kłębiastej chmury, wierszem o pani słowikowej Tuwima, braterstwem kolegów z podwórka i całusem koleżanki z wakacji, która olśniewała swymi blond warkoczykami. Ojczyzna to także sąsiadka, która widząc, jak czekam na rodziców pod drzwiami, robiła mi kanapkę, żebym nie był głodny. Ojczyzna to również zapach wiosennego deszczu miarowo stukającego o szyby, radosne ćwierkanie wróbli wygrzewających się między gałązkami bzu, to także lśniące futerko podwórkowego kota łaszącego się do moich nóg. Przede wszystkim zaś jest dla mnie mową ojczystą, pamięcią minionych pokoleń, tradycją i szacunkiem dla rodzimej historii. Tylko tyle i aż tyle.
Łukasz Jastrzębski zapytany o to samo dodał:
– Polska Ludowa to czasy mojego dzieciństwa. Państwo umacniało patriotyzm w szkole, pracy i mediach. Powszechnie używało się określenia służę, pracuję, uczę się – dla Polski, dla Ojczyzny. Kiedy mówiono o naszych bohaterach narodowych, o ludziach wybitnych i ważnych, którzy dla Polski pracowali albo o Polskę walczyli – tam wszędzie czuło się szacunek dla poświęcenia i dla idealizmu. Gdy grano hymn, ludzie się zatrzymywali i zdejmowali czapki.
Niewielu dziś pamięta, a raczej niewielu wie, że wspólnoty, społeczeństwa, w końcu państwa tworzono po to, by razem, solidarnie radzić sobie z problemami życia, zagrożeniami, wyzwaniami przyszłości. Ludzi wówczas łączyła więź życia. A dziś? No właśnie, co nas jeszcze łączy? I czy w ogóle coś? Co nam odebrano, a co sami porzuciliśmy w imię wygody, poprawności politycznej lub konformizmu?
– Odebrano nam miłość do Ojczyzny i poczucie wartości, że się jest Polakiem – nie ma wątpliwości prof. dr hab. Maria Szyszkowska. – Odebrano nam wartości polskiej kultury i to co słusznie powiedziałeś – zwróciła się do mnie – dumy, że jesteśmy Polakami. Od ponad trzydziestu lat konsekwentnie sugeruje się nam, że powinniśmy być przede wszystkim Europejczykami niezależnie od nikłego sensu tego pojęcia. Bo znaczy ono tylko tyle, że urodziliśmy się na tym kontynencie, a nie na przykład w Azji czy Afryce.
Można dodać jeszcze zakłamywanie pochodzenia naszej cywilizacji wywodzącej się ze starożytnej Grecji i Rzymu. Szerząc nienawiść do patriotyzmu i Ojczyzny, upowszechnia się fałszywe twierdzenie, że korzeniami kultury europejskiej jest chrześcijaństwo.
Źródła polskości doszukiwano się w różnych etymologiach kulturowych i religijnych, jakby za wszelką cenę musiała mieć dobry rodowód. Przyjęcie chrztu przez Mieszka I i jego dworzan było, jak słusznie zauważa dr hab. Eliza Krzyńska-Nawrocka: czysto taktycznym, politycznym posunięciem, w którym nie chodziło o wiarę, ale powiązania polityczne. Chrześcijaństwo zabiło mitologię słowiańską, a tak gdzie jej nie dało się unicestwić, umiejętnie zaadaptowało wierzenia pierwotne na swoje potrzeby.
Później zaś doszły do głosu schematy ugruntowujące pozycję i znaczenie chrześcijaństwa w systemie oświaty. Nie tylko w Polsce.
– Znamienne jest – dodaje dr hab. Krzyńska-Nawrocka – że w naszym kraju do czasów Sienkiewicza elementem uczenia się języka ojczystego były „Żywoty świętych” Piotra Skargi, co też wypaczało postrzeganie polskości na zasadzie polskie, czyli chrześcijańskie i odwrotnie.
Niosło to szkodliwe reperkusje dla naszej odrębności i poczucia tożsamości.
Powróćmy do głównego tematu.
Redaktorowi Wiktorowi Niedzickiemu, znanemu dziennikarzowi telewizyjnemu i radiowemu, autorowi wielu programów popularnonaukowych zadałem pytanie nierozerwalnie związane z nurtującym nas problemem: co nas jeszcze łączy?
– Właściwie, coraz mniej – stwierdził zasmucony.
– Wystarczy dyskusja na tematy polityczne i już obrażamy się wzajemnie. A może coś, co dotyczy tradycji? Jeszcze gorzej. Jedne tradycje wcale nie są polskie, inne zostały wyśmiane lub zarzucone. O religii nawet nie wspomnę. Polak… jaki? Rozmowa o sztuce? Tylko w gronie osób myślących podobnie. Może łączy nas język? Dźwięki wydawane przez wielu osobników tylko z pozoru przypominają mowę. To nieskładny bełkot. O treści nie wspomnę. A język pisany? Jeszcze gorzej.
Nawiasem mówiąc, to właśnie odrębność językowa była dawniej podstawą wspólnoty.
– Może więc poczucie humoru? – pyta retorycznie red. Niedzicki.
Niestety, coś, co bawi widzów biesiad kabaretowych nie podoba się tym, którzy pamiętają prawdziwe kabarety literackie, w których na scenie pojawiali się wybitni aktorzy.
Zawsze zdawało mi się, jakże naiwnie, że to co naturalnie spaja naród są jego dzieje. Wiktor Niedzicki nie pozostawia jednak złudzeń.
– Ci, którzy dla jednych byli bohaterami, dla drugich są zbrodniarzami lub zdrajcami. I odwrotnie. Wydarzenia dla jednych radosne, są przeklinane przez drugich. Wielkie przemiany dziś są wyśmiewane. Wielcy dowódcy okazali się kobietami, inni mieli niewłaściwe przekonania lub preferencje seksualne.
A może literatura? W zasadzie czytaliśmy te same lektury. Podobno drodzy są nam XIX-wieczni poeci, którzy byli wieszczami. Naprawdę? Tyle, że dziś dla wielu osób te poematy i wiersze, to zakurzone ramoty. Jedne z nich są przestarzałe, inne trącą nacjonalizmem, rasizmem lub rażącymi uprzedzeniami.
Powiem więcej. Dzieła te nie zawsze były pisane zgodnie z obowiązującą obecnie tak zwaną poprawnością polityczną. Na domiar złego nie wszyscy autorzy byli święci. Czasem nawet bardzo nieświęci. Może łączy nas miłość do Ojczyzny? – pytam cokolwiek naiwnie, łapiąc się ostatniej deski ratunku.
– Tylko kto dziś jest patriotą? – wpada mi w słowo Wiktor. – Ten, kto najgłośniej krzyczy? Kto biega z flagą i odpala race? Czy ten co uczciwie płaci podatki? A może ten, co pracuje dla dobra innych, nie czekając na wynagrodzenie. Niestety nie. Dla wielu ten ostatni to zwykły frajer.
W takim razie co nas jeszcze łączy? Flaga i hymn? Ale czy to wystarczy?
– Zadałeś dramatyczne pytanie – prof. dr hab. Maria Szyszkowska zawiesza na chwilę głos – dlatego, że Polaków łączy dziś jedynie nienawiść, na dodatek nienawiść do sąsiadów. Nienawiść do Rosji, nienawiść do Białorusi. Nie ma już w nas nienawiści do Niemców, którzy nie tak dawno wymordowali 6 mln. Polaków, zniszczyli i ograbili Polskę. Do Niemców, którzy mieli w planach całkowitą eksterminację naszego narodu, do czego służyły obozy koncentracyjne, masowe egzekucje i katorżnicze obozy pracy doprowadzające więźniów do skrajnego wycieńczenia.
– To dziwne, bo to właśnie Rosjanie uchronili nas przed finalna hekatombą – wtrącam.
– Bardzo dziwne – przyznaje prof. dr hab. Szyszkowska – ale ta nienawiść do wschodnich sąsiadów jest tak starannie i zręcznie podsycana przez wszystkie partie polityczne, że ogarnęła niemal cały naród. I to jest przerażające, że właśnie uczucie negatywne nas połączyło.
Podzielone i zantagonizowane zostało społeczeństwo co jest dramatem, ale zbawieniem dla rządzących. Gangrena neoliberalnego stylu życia, zabawy, wygody i przyjemności nade wszystko dotknęła także rodziny. Choroby, starcza nieudolność, która przecież prędzej czy później dotknie nas wszystkich, a także bieda zostały zamiecione pod dywan, zasłonięte parawanem niebytu. Przed każdymi świętami coraz więcej dzieci wysyła swoich wiekowych rodziców, a potwierdzają to lekarze i statystyki izb przyjęć, do szpitali. Latorośle nie chcą mieć podczas świąt problemów. Ma być pięknie i radośnie. Ma być nieskazitelnie, perfekcyjnie, do wrzucenia do mediów społecznych i „odfajkowane”. A temu przypatruje się kolejne pokolenie, które wprawdzie nie wyściubia nosa z telefonów, ale tę „rodzinną” atmosferę zapamięta i zapewne powieli w przyszłości. Nauka nie pójdzie w las…
– To straszne – reaguje prof. dr hab. Maria Szyszkowska.
– Straszny jest egoizm, któremu poddaje się coraz więcej ludzi. Dramatyczne też będą w przyszłości konsekwencje, bo jakie wartości zostaną wpojone dzieciom obserwującym bezduszność ich rodziców w stosunku do dziadków.
Czy mamy jeszcze Ojczyznę? Norwid stawiał sprawę jasno: Ojczyzna to ziemia i groby. Narody tracąc pamięć, tracą życie. I dodawał: Ojczyzna to wielki zbiorowy obowiązek.
Tylko czy możemy dziś mówić o zbiorowym obowiązku, gdy żołnierzy idących od Lenino do Berlina i wyzwalających Polskę spod niemieckiej okupacji wymazuje się z pamięci, a na piedestał stawia się morderców określanych mianem „niezłomnych”? Czy możemy mówić o Ojczyźnie, gdy rząd Donalda Tuska z ministrem edukacji Barbarą Nowacką pozwalają, by podręczniki do historii od klasy V do VIII szkoły podstawowej pisały zespoły tzw. „ekspertów”, w których większość stanowią Niemcy, a więc moralni spadkobiercy morderców odpowiedzialnych za eksterminację Polaków w czasie II wojny światowej? Nie trzeba mieć wybujałej wyobraźni, by odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie będą zawierały treści. I czy ludzi z tzw. polskiego rządu w ogóle można określić mianem Polaków? No dobrze, niech będzie Polaków. W takim razie jakich?
I dalej. Skoro nic nas już nie łączy, bo każdy dla siebie jest najważniejszy, a inni się nie liczą, to czy jeszcze stanowimy naród? Deklaratywnie tak, lecz faktycznie?
A skoro naród to dziś przeżytek, bo wmówiono młodym, że są przede wszystkim Europejczykami, a nie Polakami, to czy mamy jeszcze jakieś państwo? Przecież decyzje, te najważniejsze decyzje dotyczące naszej wolności, suwerenności, obronności, a także oświaty zapadają poza Polską, a Donald Tusk sprawujący urząd premiera powiedział, nie owijając w bawełnę, że polskość to nienormalność.
Zatem podsumujmy.
Stanowimy w większości zbiorowisko autonomicznych, egoistycznych jednostek czujących się Europejczykami dla których Polska jest coraz bardziej pustym słowem. Polska odchodzi w zapomnienie przy wtórze polskojęzycznych „elit” i bierności pozostałych, którym wydaje się, jakże złudnie, że ten problem ich nie dotyczy.
Zalewa nas fala nowej historii, szydzenia z minionych pokoleń i ich osiągnięć, zohydzania wszystkiego co polskie. Nie tak dawno Gdańsk zorganizował wystawę czasową „Nasi Chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy”. Barbara Nowacka, minister edukacji, niestety polskiej, stwierdziła, że obozy koncentracyjne budowali Polacy! Później, po fali społecznego oburzenia, nieudolnie tłumaczyła się, próbując zmyć hańbę, którą okryła się tym stwierdzeniem, że to było przejęzyczenie. A przecież czytała z kartki. W powstającym w Berlinie tzw. Domu Niemiecko-Polskim trwają przygotowania do otwarcia wystawy z elementem mówiącym o „współwinie Polaków za Holocaust”.
Macie jeszcze wątpliwości do czego to zmierza? – pyta retorycznie Włodzimierz Gorki. – Mało było, że Ukraińcy wyzwolili Oświęcim to teraz się okaże, że „nasi chłopcy w szeregach III Rzeszy”, to byli bohaterowie, bo walczyli z Rosjanami!
W pełni należy się z nim zgodzić. Na polskich urzędach wiszą ukraińskie flagi choć już coraz mniej, bo Polacy zaczęli sami je zdejmować. Wielu także pamięta, jak jeszcze niedawno Iga Świątek grała z ukraińskimi barwami na rękawie, a Lewandowski, jako kapitan reprezentacji biało-czerwonych, nosił na meczu ukraińskie, NIE POLSKIE, a ukraińskie barwy.
Dożyliśmy we własnym kraju czasów, że trzeba mieć odwagę by wywiesić biało-czerwoną flagę… odwagę albo immunitet poselski – podsumował Jarosław Augustyński.
Czy więc pytanie: Gdzie i od czego zaczyna się Ojczyzna i czym dla Was jest Polska, brzmi zbyt patetycznie?
Wystarczy trochę się rozejrzeć, by stwierdzić jak mało już zostało Polski. Dlatego rację ma Łukasz Jastrzębski, twierdząc, że: czeka nas długi marsz, nie wszyscy wytrzymają i wielu odpadnie po drodze. Droga będzie jeszcze długa. Ważne by znać cel, wierzyć weń głęboko i w tej drodze nie ustać. Nie wiemy, ile nas to będzie kosztować, ani kiedy tam dotrzemy, to może potrwać nawet kilka pokoleń. Już nie raz w historii bywało i naszej i innych narodów. Ale właśnie z nas, z naszego ducha, i z naszego sprzeciwu odrodzi się Polska. Bo Polska musi trwać wiecznie.
Dr hab. Krzyńska-Nawrocka jest tego samego zdania:
– Przy moim, twoim patriotyzmie, jego deprawacjach poprzez rozmowę i odwagę pytania Gdzie i od czego zaczyna się Ojczyzna możemy wypracować wspólne, podmiotowe pojmowanie polskości w XXI wieku.
Mam nadzieję, że ten tekst będzie inspiracją do zastanowienia, bo jak powiedziała Tatiana Mielcarek: Czasem wystarczy jedno spotkanie z prawdziwym słowem, by przypomnieć sobie, kim naprawdę jesteśmy.
Sławomir Malinowski
Na zdjeciu autor z gen. Mirosławem Hermaszewskim



