PolskaŚwiatPrzestraszony Zachód

Redakcja6 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Od lat najczęściej powtarzanym słowem definiującym całość polityki NATO wobec Rosji jest „odstraszanie”. Słyszałem kilka wyjaśnień rozumienia tego słowa (czyli doktryny politycznej owego „odstraszania”):

* po pierwsze, ma ono polegać na tym, że Rosja uwierzy w groźne miny ze strony NATO, za którym stoi przecież polityka „jedynego światowego mocarstwa” oraz złożona z Turków i polskich emigrantów Bundeswera, i potulnie będzie ustępować przyglądając się jak wobec kolejnych krajów byłego Związku Radzieckiego stosuje się „politykę wyciskanej (wielokrotnie) cytryny” pod nazwą „liberalizacji gospodarczej i politycznej”,

* drugie, bardziej prozaiczne rozumienie tego pojęcia (realistyczne) – jako proporcjonalna reakcja na własne obawy wynikające ze świadomości, że siła militarna, ekonomiczna i demograficzna straszącego słabnie z każdym kolejnym rokiem (jest to proces nieodwracalny: za dwadzieścia lat trwała przebudowa etniczna większości państw Zachodu będzie mieć już skutki polityczne – wybory mogą wygrać partie imigrantów), a wielki protektor ma dwóch ważniejszych niż Rosja wrogów – własne społeczeństwo i Chiny.

Politycy i wojskowi z NATO uwierzyli w scenariusz „rosyjskiego zagrożenia”, przestraszyli się go i jako dogłębnie przestraszeni postanowili przykryć swój strach kolejnym zaklinaniem rzeczywistości: my się boimy Rosji, ale ona też się nas musi bać, bo ją „odstraszamy”.

Na czym w sensie technicznym (wykonawczym) owo odstraszanie miałoby polegać? Inaczej mówiąc, co jest ową „pałką” w rękach NATO, której ma się bać Rosja gdyby okazała się nieposłuszna wobec Zachodu? Tego nie wiemy, lecz chyba nikt już nie wierzy, że żołnierze dowolnie wskazanego państwa należącego do tego paktu będą chcieli umierać w wykonaniu przypominanego nam bez przerwy artykułu 5 Traktatu, który powołał ów pakt. Na zdrowy rozum: czy hiszpańska lub belgijska „żołnierka”, nawet nie mająca korzeni afrykańskich, będzie chciała odnieść rany lub chociażby znosić trudy wojny (np. brak czystych toalet) w czasie „wyprawy na Moskwę”? Jedynym państwem, które „pompuje się” do tej roli jest oczywiście Polska: zainwestowano w tą (jakoby) „genetyczną rusofobię” (podobnie jak w „antysemityzm, który jakoby wyssaliśmy z mlekiem matki”) po to, aby polscy żołnierze stali się tą jedyną armią, która ruszy z pomocą zagrożonej przez Rosję flance NATO. Jeden z wszechobecnych w internecie rusofobów nawet przewidział ten scenariusz: polska armia ruszy na pomoc zaatakowanej przez Rosję Litwie czy Łotwie, zostanie całkowicie zniszczona, będziemy przez „pewien czas” bezbronni, ale potem przyjdzie odsiecz z Zachodu (zapewne złożona z Portugalczyków, Luksemburczyków i Bułgarów), która pokona „wojska Putina” i ma wyzwolić Polskę spod rosyjskiego jarzma.

Może z litości przestanę się znęcać nad doktryną „odstraszania” i podzielę się pewną diagnozą. Gdy Rosja zaczęła gromadzić wojska na granicy z Ukrainą nie wykazując objawów przestraszenia, pochowali się gdzieś wyznawcy tej doktryny: siedzą cicho, bo ich narracja skończyła się kompletną klęską. Nie ukrywają strachu i wygląda to dość żałośnie. Owo odstraszanie było więc prymitywnym blefem zbudowanym na pogardzie do „ciemnych kacapów”, którzy w ich ocenie są aż tak głupi, że nie potrafią dokonać realnej oceny sił militarnych wojsk NATO.

Być może jest jeszcze inaczej: bajeczki o odstraszaniu były tylko parawanem, za którym kryje się strategiczny cel zbliżenia z Rosją wielu państw Starej Europy, która już przecież nie kryje swojej niechęci do amerykańskiej dominacji i obawia się federalizacji pod rządami Niemiec. Rosja jest potrzebna w tej rozgrywce i jej rękami można będzie się pozbyć „niechcianych prezentów”, czyli części państw Europy Wschodniej, które i tak już nie są potrzebne, bo wyciśnięto z nich wszystko co się dało.

Witold Modzelewski   

Fot. Wikipedia Commons

Redakcja