PolskaPublicystyka Nord Stream 2, czyli katastrofa polskiej polityki zagranicznej

Redakcja4 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Starając się obiektywnie przedstawić cele oraz przedmiot polityki zagranicznej prowadzonej przez polskie rządy w ciągu ostatnich kilkunastu lat, można dostrzec tu tylko trzy obszary zainteresowania. Są to:

  • bezwarunkowe podporządkowanie się interesom amerykańskim, przede wszystkim zakup drogiego uzbrojenia od tego państwa,
  • ciągłe oprotestowanie zakończenia niemiecko-rosyjskiej interwencji gazowej na dnie Bałtyku (Nord Stream 2),
  • ciągłe akcentowanie słowne wrogości w stosunku do Rosji, które jest „agresorem”, „rządzona jest przez Putinowski reżim” i jest „zagrożeniem”,
  • propagowanie w sposób ogólny koncepcji tzw. trójmorza, które miałoby być jakimś bliżej niesprecyzowanym aliansem między państwami zarówno należącymi jak i nie należącymi do UE oraz NATO; idea ciekawa, ale na razie brak jest nie tylko jakichkolwiek konkretów, lecz przede wszystkim pozytywnego odzewu ze strony potencjalnych uczestników tego przedsięwzięcia.

Wcześniej, gdy u władzy byli liberałowie, jedynym obszarem owej polityki były adresy wierności i uwielbienia kierowane do Berlina i osobiście do Angeli Merkel, ale były to prawdopodobnie zabiegi prywatne, związane z koncepcją kariery politycznej lidera owych liberałów (które dla niego zakończyły się jego osobistym sukcesem).

Dziś widzimy kompletne fiasko polityki związanej z drugim z powyższych obszarów; Nord Stream 2 będzie ukończony, a nasze protesty okazały się nieważne dla kogokolwiek a przede wszystkim całkowicie bezskuteczne. Ponieśliśmy prestiżową klęskę, zresztą na własne życzenie. Nie wiadomo po co angażowaliśmy autorytet naszego kraju w tę sprawę, bo przecież obiektywnie nie mamy tu jakichkolwiek interesów a przede wszystkim nie liczymy się jako strona, bo nią nie jesteśmy. Niczego nie nauczyliśmy się z porażki tzw. polityki ukraińskiej. Nasze bezwarunkowe poparcie (słowne) dla pomajdanowych rządów w tym państwie nie miało i nie ma żadnego znaczenia, a owe rządy nie życzą sobie polskiego udziału w ich sprawach. Nie i już, bo, po pierwsze, nie mamy im nic do zaoferowania, po drugie, nasz udział w stosunkach z innymi państwami zainteresowanymi tym regionem jest zbędnym balastem (nikt tam nas nie chce). Niektórzy twierdzą, że nasza polska polityka jest znacznie bardziej przebiegła i nie ma nic wspólnego z jej oficjalną fasadą: ponoć polega ona na tym, że popierając pomajdanowe rządy w Kijowie w rzeczywistości przyczynimy się do dalszej destrukcji tego państwa, będącego już w stanie ekonomicznej, demograficznej i cywilizacyjnej katastrofy, które jest w polskim interesie, gdyż:

  • uzyskujemy stały napływ taniej siły roboczej, bez której nasza gospodarka nie dałaby sobie rady,
  • ciągła degradacja organizacyjna tego państwa na długo uczyni je „chorym człowiekiem” tej części Europy, przez co nie wyrośnie nam za granicą groźny i silny konkurent, w dodatku rządzący przez antypolskie siły polityczne. Potencjał ekonomiczny i ludnościowy Ukrainy jest dużo większy od Polski: gdyby to państwo było rządzone na poziomie nawet minimalnej sprawności, szybko zdominowałoby nas ekonomicznie a nawet politycznie.

Mając do wyboru jako sąsiada trzy warianty: Ukrainę zintegrowaną politycznie i ekonomicznie z Rosją, albo silne i antyrosyjskie państwo prowadzone polityką niezagraniczną kierującą się własnymi interesami, albo państwo zdegradowane, oddające za darmo swoje aktywa, ponoć wybraliśmy ten trzeci cel. Czy możemy podejrzewać naszą klasę polityczną o aż takie umiejętności? Może, ale to tak przy okazji.

Zgodnie z przewidywanymi Stany Zjednoczone  odstąpiły od wrogiej retoryki w stosunku do budowy Nord Stream 2 widząc bezskuteczność swoich protestów. Tak naprawdę też nie miały tu wiele do gadania, bo kolejne „sankcje” nakładane na firmy wykonujące tę inwestycję, były nieskuteczne, bo przecież nie mogłyby być inne. Czy Rosja i Niemcy są aż tak słabe, że powinno przestraszyć się groźnych min Waszyngtonu? To jakieś bajeczki, których nikt na poważnie nigdy nie brał. Cóż mogłyby zrobić rządy w Waszyngtonie w tej sprawie? Zbombardować tę inwestycję? Wystrzelić rakiety? W imię czego? Koszt ekonomiczny tej awantury byłby niewyobrażalny, a każdego kto chciałby w stolicy USA pomyśleć o jej wywołaniu szybko usunęliby i to w sposób dosłowny. Czy interesy jakiejś firmy amerykańskiej, która ma silne dojścia do Waszyngtonu, są zagrożone przez tę „rurę”? Nic o tym nie wiadomo, a przecież politykę tego kraju kształtuje od lat lobbing interesariuszy (jest to na wskroś liberalna demokracja).

Po co my znaleźliśmy się na tym froncie prowadząc beznadziejną wojnę, która psuła nie tylko polską relację z Rosją, ale również z Niemcami, czyli Unią Europejską, która jest tylko dodatkiem do tego państwa? Nie wiadomo. Teraz już nie ma po co kruszyć kopii, bo Waszyngton werbalnie uznał swoją porażkę na tym obszarze.

Jak zawsze porażkę można przerobić w sukces i nawet na tym zarobić. Zachód po raz kolejny nas „zdradził”, więc już nie musimy kupować amerykańskich samolotów i innych drogich zabawek, czyli kilkadziesiąt miliardów złotych pozostanie w naszych kieszeniach. Można będzie również opodatkować amerykańskie koncerny, które nie chcą płacić w Polsce podatków (mogę od razu pokazać parę przykładów).

Już czas na poważną debatę o polskiej polityce zagranicznej, która jak dotąd prowadzi nas od porażki do porażki.

Prof. Witold Modzelewski

Fot. nord-stream2.com

Redakcja