Zakończone i zbliżające się wybory w poszczególnych krajach są jednym z elementów kreujących naszą rzeczywistość. Ich znaczenie spada w stosunku do zakulisowych rozgrywek koterii, ale nie są one pozbawione znaczenia. Ostatnie dni przyniosły nam w tym względzie ciekawe informacje.
Serbia. Realiści ponoszą klęskę. Głównym przegranym wyborów parlamentarnych w Serbii jest Rosja. Były prezydent Serbii Aleksandar Vučić przyznał, że jego obóz polityczny przegrał niedzielne wybory parlamentarne. Prounijna „Lista Studencka – Studenci Zwyciężają” wygrywa wybory. Vuczić przemawiając do swoich zwolenników w Belgradzie stwierdził: „Wciąż nie znamy ostatecznych wyników, ale na podstawie próby… jasne jest, że przegraliśmy te wybory, zwyciężyła Lista Studencka, która zdobędzie od 135 do 140 mandatów, a my będziemy mieli 105; żadna inna partia nie weszła do parlamentu”. Lista „Aleksandar Vuczić – Zjednoczona Serbia” była bez wątpienia uważana za faworyta tych wyborów. Aleksandar Vučić miał karkołomne zadanie. W wypadku państwa o potencjale Serbii zmuszony był balansować między Brukselą a Moskwą. Przez długi okres robił to sprawnie. Niestety realiści nie mają łatwo – swoja postawą nie zadawalał żadnej ze stron. Dla Brukseli był człowiekiem Moskwy, zaś w Moskwie uważano za za wiarołomnego sojusznika. Vučić przegrał, a tym samym Federacja Rosyjska traci partnerskie państwo na Bałkanach. Moim zdaniem jedyną szansą na wygraną w wyborach byłoby ryzykowne przekierowanie się przed samymi wyborami na orientacje trumpistowską. Byłby to kosztowny moralnie kompromis, ale odsunąłby Belgrad od prowojennej koterii w Brukseli. Na czele zwycięskiej „Listy Studenckiej – Studenci Zwyciężą” stoi Ilija Srdanović, który zapowiedział wprowadzenie Serbii na drogę proeuropejskich reform, walkę z korupcją i wspieranie Ukrainy. Przedterminowe głosowanie odbyło się po wielomiesięcznych masowych protestach, które wybuchły w 2024 roku. Była to reakcja społeczeństwa na tragedię w Nowym Sadzie, gdzie zawaliła się część dachu dworca kolejowego. Zginęło 16 osób. Europejskie instytucje prodemokratyczne i liberalne media robiły wszystko, by zohydzić obraz stronnictwa byłego prezydenta. Jak widać skutecznie.
Bułgaria. Według pierwszego sondażu exit poll niedzielne wybory prezydenckie w Bułgarii nie przyniosły rozstrzygnięcia. Największe poparcie uzyskała urzędująca prezydent Iliana Jotowa, na którą zagłosowało według badania 35,3 proc. wyborców. Drugie miejsce z wynikiem 32,4 proc. zajął Andrej Giurow. Oboje mają zmierzyć się w drugiej turze głosowania 1 listopada. Główna różnica między kandydatami dotyczy kwestii ukraińskiej i bułgarskiego zaangażowania w wojnę tego państwa z Federacją Rosyjską. Jotowa podkreśla potrzebę dyplomatycznego rozwiązania konfliktu na Ukrainie i z rezerwą odnosi się do zwiększania dostaw broni dla Kijowa. Giurow natomiast opowiada się za ścisłą współpracą z NATO i Ukrainą. Wynik drugiej tury wyborów pozostaje niepewny, jednak analitycy wskazują delikatnie na Jotową.
Brazylia. Ameryka Południowa się zmienia – w znacznym stopniu stała się trumpistowska. Klasyczny boliwarianizm przeszedł najprawdopodobniej do lamusa historii – co pokazuje nam przykład Peru, Kolumbii i bardziej dramatycznie Wenezueli. Jakiś specjalnie nad tym nie będę ubolewał. Lulizm dla mnie jest bardziej akceptowalny, bo zachowując swój lewicowy charakter stoi w kwestiach międzynarodowych na stanowisku realistycznym i akceptuje układ międzynarodowy. Wenezuelscy liderzy boliwariańscy systematycznie osłabiali trójpodział władzy. Lula zawsze działał w ramach tradycyjnego ustroju demokratycznego i konstytucyjnego Brazylii, szanując wyroki sądów, wolność mediów i niezależność instytucji. Moim zdaniem prezydent Brazylii ocalał dzięki realizmowi oraz cichemu wsparciu wsparciu BRICS-u, a przede wszystkim Chin. Brazylia jest ważnym elementem tej międzynarodowej organizacji, która będzie przeciwwagą dla świata atlantyckiego. Dla Chin i Rosji to właśnie Brazylia jest najistotniejszym partnerem w Ameryce Południowej. Obecny prezydent Luiz Inácio Lula da Silva został właśnie po raz czwarty prezydentem Brazylii. Według danych Najwyższego Trybunału Wyborczego (TSE) Lula zdobył niecałe 51,8 proc., a Bolsonaro – nieco ponad 48, 2 proc. ważnych głosów. W liczbach bezwzględnych Lula zwyciężył przewagą około 4,4 mln głosów. Lula w Sao Paulo, w pierwszym przemówieniu po ogłoszeniu wyników powiedział: „Chcę podziękować narodowi brazylijskiemu za hojność, którą obdarzał mnie przez tak długi czas”. Prezydent powtórzył zapewnienie, że Brazylia nie będzie „niczyim podwórkiem” co było przytykiem wobec prezydenta USA Donalda Trumpa.
Tyle o wyborach, które się już odbyły. Ale ciekawe rozgrywki czekają nas we Francji i Gracji.
Francja. Trwa w najlepsze kampania wyborcza nad Loarą. Obok wielkich demonstracji, burd, kradzieży i brutalności policji odbył się Kongres Zjednoczenia Narodowego. Lider Zjednoczenia Narodowego suwerenistka Marine Le Pen opowiedziała się przeciwko angażowaniu się jej kraju w wojnę na Ukrainie. Występując w drugim dniu Kongresu ZN w hali w Orleanie, Le Pen zapowiedziała, że ma zamiar wpisać do konstytucji zasadę „wspólnoty narodowej”. Przekonywała także, że jej celem jest państwo, które będzie „dziełem zbiorowym”, „patriotycznym, ale nie partyjnym”. Potwierdziła, że kandydatem RN na premiera będzie jej współpracownik i przewodniczący RN Jordan Bardella. Zapewniła, że nie będzie wysyłać młodych Francuzów na śmierć „w nierozważnych i nieodpowiedzialnych awanturach wojennych, a tym bardziej w nie naszych wojnach” – co wzbudziło entuzjazm 8 500 delegatów ZN. To ewidentny przytyk do proukraińskiego Emmanuela Macrona. Przed Le Pen wystąpił zaś Bardella, który w sobotę został wybrany ponownie na przewodniczącego partii, większością 98,98 proc. głosów. Mimo, że Marine Le Pen uważana jest za stronniczkę syjonizmu to przeciwko niej wystąpił wpływowy proizraelski UEJF. W ostatnich dniach Zjednoczenie Narodowe ma bardzo dobrą prasę w Federacji Rosyjskiej, wielokrotnie przypominano tam spotkanie Le Pen z prezydentem Putinem.
Mimo tego, że dla Polski wybory w Grecji są mniej istote, to jednak napływają ciekawe informacje z Aten. Wybory parlamentarne w Grecji mają odbyć się wiosną 2027 roku. Premier Kyriakos Mitsotakis kategorycznie wykluczył przedterminowe głosowanie na, które nalegała opozycja. Nowa Demokracja (ND): Rządząca formacja premiera Mitsotakisa niezmiennie prowadzi w sondażach z poparciem na poziomie ok. 29–30 proc. Choć notuje spadek w porównaniu z wynikami z 2023 roku. Grecki Sojusz Lewicy (ELAS): Dosyć młoda koalicja lewicowa założona przez byłego premiera Aleksisa Tsiprasa zajmuje drugie miejsce, osiągając około 15 proc. poparcia. Socjaldemokraci PASOK plasują się na trzeciej pozycji z bezpiecznym wynikiem ok. 11 proc. Dotychczasowa główna siła opozycyjna czyli radykalnie lewicowy SYRIZ przeżywa głęboki kryzys i ma ok. 1,5 poparcia. Ale najciekawsza wydaje się lista narodowo-radykalna formacja Zjednoczenie Greków, która po raz pierwszy przekroczyła próg wyborczy. Tym samym do parlamentu może wejść radykalny nacjonalista Ilias Kasidiaris. Wyszedł on niedawno z więzienia, gdzie odbywał karę za „udział w kierowaniu organizacją przestępczą”. Chodzi o ultranacjonalistyczny Złoty Świt, który miał w zeszłej dekadzie swoich przedstawicieli w greckim parlamencie i Parlamencie Europejskim.
I na koniec niespodzianka z Organizacji Narodów Zjednoczonych. Według doniesień „Wall Street Journal” oraz rosyjskich i izraelskich źródeł, administracja prezydenta USA Donalda Trumpa promuje kandydaturę byłego premiera Węgier Viktora Orbána na stanowisko Sekretarza Generalnego ONZ . Ma on również mieć ciche poparcie Izraela. Plan zakłada, że Orbán mógłby być wspólnym kandydatem USA, Rosji i Chin – trzech wielkich mocarstw, które w Radzie Bezpieczeństwa ONZ zazwyczaj uzyskują wspólną pozycję. Nie wiem jakie są szanse Orbána, ale jeśli by mu się to udało, to oznaczałoby opłacalność bycia wiernym trumpistą.
Łukasz Jastrzębski



