PublicystykaRaźny: Ekspertyzacja nauki

Redakcja8 minut temu
Wspomoz Fundacje

Przekonanie, że istnieją w Polsce instytucje naukowe i związane z nimi środowiska akademickie kierujące się obiektywizmem w tych dziedzinach, które określają kształt polityki wewnętrznej i zewnętrznej naszego państwa,  jest nie tylko błędne, ale również szkodliwe.

Dotyczy to nade wszystko nauk humanistycznych i społecznych, wpływających zarówno na politykę, jak i na naszą cywilizację, tożsamość kulturową, religijną i narodową. Ich obiektywizm – czyli zgodne z rzeczywistością odczytanie procesów polityczno-gospodarczych i cywilizacyjno-kulturowych zachodzących w Polsce oraz w jej relacjach ze wspólnotą międzynarodową – jest warunkiem uniknięcia na tych dwóch poziomach wszelkich anomalii i patologii. Mamy prawo moralne i legitymację polskich podatników, aby żądać niezależności nauki nade wszystko od ideologii politycznych, będących źródłem destrukcji wartości zapewniających Polsce harmonijny, pokojowy rozwój. Mamy prawo i obowiązek żądać wolności nauki rozwijanej w instytucjach finansowanych przez państwo polskie – nade wszystko uczelniach publicznych – oraz podlegających Ministerstwu Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Wielka niewiadoma na temat obcego finansowania organizacji pozarządowych oraz brak kryteriów weryfikacji ich działalności sprawiają, że nie może być mowy o ich związkach z nauką polską. Niektóre z nich – posiadające aspiracje naukowe – mogą być traktowane co najwyżej jako dotowane przez obcy kapitał think–tanki, skupiające ekspertów działających na zamówienie polityczne.

Bez mandatu społecznego    

Niestety, zjawisko ekspertyzacji nauki objęło wszystkie jej dziedziny. Ich przedstawiciele wypowiadający się w mediach bądź stanowiący zaplecze intelektualne partii i środowisk społecznych działają niemal powszechnie na wzór think-tanków. Zajmują się orędownictwem realizowanej przez strategów politycznych ideologii, ich lobbowaniem określanym mianem – nomen omen – advocacy. To miano wyjątkowo trafnie ujmuje  istotę ekspertyz „naukowych” – popieranie koncepcji ideologicznych, działanie w roli ich adwokata. Bardzo często jest to rola „adwokata diabła”, uprawiającego lobbing polityczny pod szyldem finansowanych z naszych podatków instytucji naukowych. Co więcej – ekspertyzacji nauki towarzyszy aura jej autorytetu, onieśmielającego nas jako odbiorców tego orędownictwa politycznego czy wręcz paraliżującego nasz krytyczny jego odbiór. Ekspertyzacja to jawne upolitycznienie nauki mające na celu sterowanie postawami i nastrojami społecznymi. O ile doradztwo specjalistów z różnych think-tanków jest legalnym celem ich działania i stało się – na wzór zachodni – częścią polskiej polityki, o tyle eksperci występujący najczęściej w mediach głównego nurtu pod szyldem wyższych uczelni i jednostek naukowych finansowanych z naszych podatków nie mają takiego mandatu. Spychają naukę na manowce, uzależniając ją od bieżącej polityki i partykularnych interesów wąskich grup społecznych.

Ekspertyzacja nauki nie jest działalnością popularnonaukową, która ma swoje formy przekazu – publicystycznego, monograficznego etc. – niezależnego od  ośrodków władzy czy też grup dążących do jej przejęcia. Popularyzowanie nauki ma na celu dobro wspólne, jakim jest podniesienie poziomu intelektualnego społeczeństwa, humanizowanie jego bytu czy pomoc w dążeniu do dobrobytu. Rola ekspertów jest odległa od popularyzacji nauki, często staje się jej zaprzeczeniem. Nade wszystko wtedy, gdy sprowadza się do legitymizowania polityki sprzecznej z interesem Polski. I tak oto od kilkunastu lat eksperci legitymizują „naukowo” udział Polski w zachodnim projekcie anty-Rosji, realizowanym poprzez wojnę na Ukrainie. Ich wypowiedzi wciąż na nowo uzasadniają na wszystkich możliwych poziomach naszego wspólnotowego istnienia jej konieczność. Nieustannie słyszymy od różnej maści profesorów i doktorów, że jest to nasza wojna, gdyż zagraża nam Rosja – zaś na obecnym etapie jej trwania walczy za nas Ukraina. Nadal nie przedstawiają nam żadnych dowodów na zagrożenie ze strony Rosji i konkretów na temat nowej w historii wojen kalkulacji logistycznej: aby napaść na Polskę, Rosja wybrała wieloletni szklak wojenny poprzez Ukrainę – zamiast uczynić to znienacka z Królewca czy terenu Białorusi. Znamienny dla tych „naukowych” ekspertyz jest fakt, iż  nie zdarzyło się jeszcze w wypowiedziach na ten temat ekspertów z polskich instytucji naukowych potwierdzenie jednego z rosyjskich celów tej wojny, jakim jest oficjalnie denazyfikacja Ukrainy. Eksperci ukrywali bowiem przed nami prawdę o jej banderyzacji. 

I nie oni. lecz niezależne, zwalczane przez władzę, media oraz politycy spoza zabetonowanego establishmentu przekazywali prawdę o odrodzeniu banderyzmu na Ukrainie i wynikających z niego zagrożeń dla Polski i Europy. Tej wiedzy Polacy nie uzyskali od cytowanych w mediach od lat profesorów, mi.in. Andrzeja Nowaka, Antoniego Dudka, Mieczysława Ryby, Daniela Boćkowskiego, Romana Kuźniara, Jarosława Flisa i wielu, wielu innych. Teraz, gdy Polacy otrzymali oficjalny przekaz od prezydenta Nawrockiego o istnieniu na Ukrainie kultu Bandery oraz nazistowskich organizacji OUN-UPA, eksperci nabrali wody w usta, albo usiłują tworzyć pozbawione logiki usprawiedliwienie zatajania przed Polakami tej brutalnej prawdy.

Na antypodach inteligencji

Co w takim razie jest celem włączania autorytetu nauki do bezwzględnej walki politycznej? Celem tym nie jest bowiem – nade wszystko w naukach humanistycznych i społecznych – prawda. Okazuje się, że nie jest nim również nasze dobro wspólne, bo nie możemy za takie uznać lansowanego przez ekspertów naszego udziału w wojnie na Ukrainie. Nawet z pobieżnej analizy eksperckich wypowiedzi wynika, że ich celem jest głównie przekonanie społeczeństwa do realizowanej przez Warszawę polityki i prewencyjne pacyfikowanie sprzeciwu wobec niej. Czy jest bowiem racjonalny sprzeciw wobec tego, co potwierdzają autorytety naukowe? Możemy nawet zaryzykować twierdzenie, że im wyższy stopień naukowy eksperta, tym skuteczniejsza pacyfikacja społeczeństwa.

Działanie przedstawicieli nauki w roli ekspertów przypomina do złudzenia rolę klasycznej inteligencji polskiej. Różnica między tymi formami i celami działania jest jednak ogromna. Eksperci, nawet jeśli głoszą, że działają non-profit, nie działają bezinteresownie. Zawsze mają ze swoich ekspertyz jakąś korzyść – jeśli nie pieniądze, to rozgłos i prestiż. Ponadto ich celem jest dobro partykularne jakiejś partii czy środowiska, nie zaś szeroko rozumiane dobro wspólne. Lansowani w środkach przekazu głównego nurtu eksperci nieoczekiwanie zajęli miejsce inteligencji. Przybrali bowiem fałszywe pozy misji i poświęcenia. Troszczą się zwłaszcza o zagubionych w chaosie informacyjnym Polaków rzekomo tak, jak dziewiętnastowieczni  Judymowie  i Siłaczki o najuboższe warstwy społeczne.

Tymczasem w przeciwieństwie do ekspertów, tradycja inteligencka w Polsce polegała na bezinteresownym pełnieniu roli cywilizacyjno-kulturotwórczej, poświęceniu dla dobra wspólnego, niesieniu – często anonimowo – przed narodem „kagańca oświaty”, o którym pisał w Testamencie moim  Juliusz Słowacki.

Pojęcie inteligencji wiąże się z europejską historią ostatnich dwóch wieków i często używane jest – zależnie od kraju – na równi z takimi jak: professions libérales, professionals, men of letters, les intellectuels. Socjologowie, historycy, kulturoznawcy podkreślają, że  zarówno pojęcie inteligencji, jak i innych występujących z nim równolegle nazw, jest na tyle szerokie i nieostre, że należy mówić raczej o ich konturach znaczeniowych, zmiennych zakresach. Dużą rolę w uściślaniu znaczenia inteligencji odegrała niewątpliwie – obok samoświadomości tej grupy społecznej – jej misja w narodzie i społeczeństwie oraz polityczna i moralna odpowiedzialność za ich los. Wielu badaczy – głównie socjologów i historyków – uważa, iż pojęcie inteligencji, mimo iż posiada swój łacińsko-francuski rodowód językowy, zostało ukształtowane przez Rosjan jako nazwa grupy społecznej wpływającej na historię kraju i odpowiadającej za nią. W takim znaczeniu pojęcie inteligencji zostało od Rosjan przejęte przez Zachód – nade  wszystko przez Anglików i Francuzów – i stało się w ostatnich dwóch wiekach ich historii wszechobecne. Niemieckie słowo Intelligenz ma węższe znaczenie i jest rzadziej używane.

Na gruncie polskim pojęcie inteligencji stało się – podobnie jak w Rosji – idiomem o charakterze nie tylko politycznym i socjologicznym, ale również kulturowym i moralnym. Zarówno na poziomie misji, jak i odpowiedzialności za losy narodu i państwa. Jednakże dzieje inteligencji w Polsce – w przeciwieństwie do Rosji – nie zostały poddane gruntownej  analizie i ocenie, mimo, że nadal istnieje zapotrzebowanie – nie tylko w sferze kulturowej, ale również społecznej i politycznej – na bezinteresowną działalność dla dobra wspólnego, misję. którą w przeszłości wiązano z inteligencją bądź z intelektualistami.

Quasi-misjonizm

Działalność ekspertów nie jest odpowiedzią na to zapotrzebowanie. Ma inne cele niż dobro wspólne i nie jest bezinteresowną misją. Włączanie autorytetu nauki do eksperckiej działalności jej przedstawicieli budzi nade wszystko sprzeciw moralny. Lobbowanie przeciwko Rosji i orędowanie na rzecz wojny na Ukrainie przy jednoczesnym utajnianiu jej neobanderowskiej polityki przeczy etycznym podstawom naszej cywilizacji. Jest fałszywą misją ludzi nauki, przynoszącą jej hańbę.

Stałym elementem wszystkich definicji wojen, niezależnie od ich przedmiotu – terytoria, strefy wpływów, surowce, pieniądz – jest użycie siły w rozstrzyganiu powstałych na ich bazie sporów i konfliktów. Użycie siły militarnej, ekonomicznej, gospodarczej, a ostatnio sztucznej inteligencji – jako instrumentów regulowania takich sporów i rozwiązywania takich konfliktów w rzeczywistości jest sposobem osiągania określonych celów politycznych, takich  jak panowanie, podporządkowanie, uzależnienie, neokolonizacja, dominacja czy wreszcie hegemonia w odniesieniu do konkretnych podmiotów prawa międzynarodowego. Cele polityczne natomiast zawsze dyktowane były przez interesy władzy i jej zaplecza. Od antycznej definicji wojny sformułowanej przez Cycerona po jej klasyczne nowożytne ujęcie, zaproponowane przez dziewiętnastowiecznego teoretyka Carla von Clausewitza wojna jest formą polityki, narzucania woli silnego podmiotu słabszemu przeciwnikowi. Tak się dzieje nie tylko na poziomie międzynarodowym, ale również w polityce wewnętrznej, gdy spór czy konflikt w danym kraju toczy się z użyciem przemocy.

Te truizmy dotyczące istoty wojen obciążają wszystkich uzasadniających ich zaistnienie i trwanie. Odpowiedzialność za nie spada nie tylko na polityków i ich doradców, ale również orędującymi na ich rzecz ekspertów naukowych. Jest ona tym większa im większe są jej ofiary ludzkie i wyższe straty ekonomiczne oraz kulturowe. Dla winnych wciągania Polski do wojennej apokalipsy nie ma usprawiedliwienia – ani moralnego, ani żadnego innego. Szyld nauki to tylko fałszywe alibi w ucieczce przed odpowiedzialnością.

Prof. Anna Raźny

Myśl Polska, nr 31-32 (2-9.08.2026)

Redakcja