12 kwietnia odbyły się na Węgrzech wybory parlamentarne. Viktor Orbán i Fidesz przegrali wyraźnie. Gospodarka przygnieciona europejskim kryzysem była kluczowym czynnikiem tej porażki.
Uważam Viktora Orbána za wielkiego polityka. Rządząc nieprzerwanie przez 16 lat, okazał się gigantem polityki, mężem stanu, który wyniósł swój niewielki kraj (4-krotnie mniejszy od Polski) w najwyższe regiony polityki. I to nie tylko europejskiej, ale także globalnej. Orbán był tym punktem oporu, który nie pozwalał na centralizację władzy w Brukseli, na przejmowanie coraz większych kompetencji przez unijną biurokrację.
Viktor Orbán jest dla mnie wzorem realnego polityka, od którego można było się uczyć, jak robić suwerenną politykę państwową, gdy jest się członkiem Unii, i to nie największym, gdy wokół szaleją kryzysy, czy to imigracyjny, czy Covidowy, czy też szaleje wojna u granic.
Jednak przegrał i po przegranej w głosowaniu, zakończył kampanię wyborczą w pięknym stylu – uznał bolesne dla Fideszu wyniki i pogratulował zwycięzcy. Z klasą, godną tak wielkiego polityka. A przecież media zachodnie straszyły nas wizjami unieważnienia wyborów, niedopuszczenia wygranej opozycji do władzy itd. itp. I następnego dnia rozpoczął na nowo – od wyruszenia w kraj i odbudowę Fideszu.
Dlaczego przegrał? Gdyż w Polsce odbieraliśmy węgierskiego lidera przez jego międzynarodową aktywność, a podstawowym kryterium oceny wyborców (i przyczyną przegranej) była „gospodarka, głupcze!”. Poprzednie wybory odbyły się w kwietniu 2022 roku, gdy na Węgry nie dotarł jeszcze szok wojny ukraińskiej. Bo rzeczywiście zaczął się on, gdy Bruksela zaczęła wprowadzać sankcje wobec Rosji, windując ceny energii pod nieboskłon. Koszty tego kryzysu opróżniły portfele Europejczyków, ale jak zwykle najboleśniej – mieszkańców Środkowej Europy. Europejskie mocarstwa gospodarcze potrafiły utrzymać inflację w ryzach. Węgrzy ucierpieli najmocniej – w 2023 roku Węgry doświadczyły potężnej fali inflacji (17,1%, gdy u nas 11,4%), która podniosła ceny żywności głównie, uderzając dotkliwie w uboższe sfery społeczne. Przez ostatnie pięć lat inflacja zżarła nam w Polsce 42% naszego portfela, gdy Węgrom – aż 52%. To ma swoje skutki – poziom życia spada, a i odbija się na decyzjach wyborców. Inflacja zżerała wzrost płac, powodując, że na Węgrzech w 2023 roku one spadły. W Polsce aż tak ostro nie było, płace realne rosły każdego roku, choć wolniej. W 2023 roku ten szok gospodarczy w Polsce odsunął od władzy Prawo i Sprawiedliwość.
Szok pustoszejących portfeli (podobnie jak w Polsce) podmył poparcie dla partii rządzących, tak w Polsce, jak i na Węgrzech. I to pomimo tego, że Orbán pilnował cen energii i usług komunalnych. Utrzymywał te stałe koszty każdego gospodarstwa domowego na najniższym poziomie w Europie. Z dumą przytaczał dane: Węgrzy płacą za nie 2800 zł rocznie. Polacy 10 tysięcy, a Czesi ponad 11 tys. złotych. Węgry miały najniższe ceny energii dla ludności w całej Unii Europejskiej. Jeśli nie byłoby rosyjskiej energii, musielibyśmy płacić tyle samo, co inni. Ale Węgry to maleńka gospodarka, poddana makro-trendom europejskim i globalnym.
Konkurencyjna do Fideszu partia Tisza zdobyła w wyborach konstytucyjną większość, dającą jej ogromną swobodę, by demontować osiągnięcia reform ustrojowych Orbána. Zdobywając 52% głosów ma ponad 2/3 miejsc w jednoizbowym parlamencie. Zaś Fidesz, zdobywając prawie 40% głosów, otrzymał niewiele ponad 1/4 miejsc. To efekt ordynacji wyborczej, której podstawowym efektem jest to, że zwycięzca (znaczący) otrzymuje mandat do rządzenia. Ona umożliwiała Orbánowi przeprowadzanie zmian w kraju, teraz może posłużyć do ich demontażu. Wcześniej była określana przez Zachód jako antydemokratyczna, teraz pisze się o niej, że jest „wygodna”.
W poprzednich wyborach 2022 roku Fidesz–KDNP otrzymały trzy miliony głosów, gdy główna koalicja opozycyjna – 2 miliony. Wtedy, przy 70-procentowej frekwencji wystarczyło to do uzyskania konstytucyjnej większości – 135 miejsc w 199-osobowym parlamencie, dwa więcej niż we wcześniejszych wyborach i po raz czwarty od 2010 r. W tym roku – 750 tysięcy wyborców porzuciło Orbána, a o wymiarze zwycięstwa partii Petera Magyara zadecydowały okręgi jednomandatowe, gdzie Fidesz doznał druzgocącej porażki. Aż 96 zwycięstw odnotowała Tisza, gdy ludzie Orbána uzyskali zaledwie 10 mandatów. To zadecydowało.
Łaska pańska na pstrym koniu jeździ, a demokracja to kapryśna pani. Lud chciał zmiany, ludowi znudziło się już, że ciągle ten sam na czele… Zadziałał efekt nowości, w demokracji 16 lat władzy zaczyna być poważnym obciążeniem.
Oczywiście, gospodarka, oczywiście zużycie się polityka… Ale nie tylko to. O czym w najbliższym numerze Myśli Polskiej.
Andrzej Szczęśniak
Myśl Polska, nr 17-18 (29.04-3.05.2026)



