PublicystykaRękas: Jak zakończyć tę wojnę?

Redakcja3 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Odpowiedzi na tytułowe pytanie nie zna chyba nikt, a co gorsza można podejrzewać, że niektórzy znać jej nie chcą.

Jak dziś już wiemy, wprawdzie w pierwszych tygodniach konfliktu na Ukrainie jakiś pomysł na jego zakończenie kiełkował zarówno w Moskwie, jak i w Kijowie, jednak nadzieja ta została szybko wygaszona przez Borisa Johnsona i bezpośredni nacisk UK & USA nie tylko niezainteresowanych pokojem, ale wyraźnie zdecydowanych na kontynuowanie wojny, do czego ostatecznie zmuszono / namówiono władze ukraińskie.

Kto nie chce pokoju

W efekcie coraz więcej zachodnich obserwatorów głowi się nad pozornym paradoksem zachodniego zaangażowania na Ukrainie wskazując, że jest ono zdecydowanie niewystarczające choćby dla przejęcia przez Kijów inicjatywy strategicznej, nie mówiąc o jakimś zwycięskim przełomie, natomiast znakomicie pasuje do scenariusza podtrzymywania tlącej się wojny, na wzór konfliktu iracko-irańskiego z lat 1980-tych, o którym relacje w telewizyjnych wiadomościach podawano gdzieś między wystawą ciągników a sportem i pogodą. Tymczasem rzeczoni analitycy, nie mogąc pojąć zachodniej strategii, powielają błąd, który być może rozpoznaliby podobnie zapętleni systemowi historycy. Błędem jestem bowiem samo podwójne założenie, że Zachód spodziewa się ukraińskiego zwycięstwa i że chce pokoju. Gdyby rzeczywiście USA i UK dążyły do pokoju – to przecież: a) nie doprowadziłyby do wojny, b) pozwoliłyby na ukraińsko-rosyjskie zawieszenie broni już wiosną / latem 2022 roku. Skoro nic takiego nie zaszło – cele muszą być inne. To założenie znacznie sensowniejsze niż upieranie się, że wszyscy w zachodnich stolicach nagle stracili kontakt z rzeczywistością.

Historykom powinno nasunąć to oczywiste skojarzenie z wybuchem Wielkiej Wojny. Rzesze badaczy do dziś nie mogą pojąć jak to możliwe, że tak wytrawna dyplomacja jak angielska nie uratowała pokoju, choć mogła to zrobić jednym telegramem do Berlina (o co była zresztą proszona choćby przez Francuzów). Foreign Office niczego takiego jednak nie uczynił i badacze do dziś szukają przyczyn takiej pomyłki, zamiast przyjąć oczywiste wyjaśnienie, że nie był to błąd, lecz działanie przemyślane i celowe, mające na celu eskalację i rozprzestrzenienie konfliktu europejskiego, a następnie globalnego.

Jaki koniec wojny?

Nie, po dwóch latach od wybuchu nie jesteśmy bliżej pokoju, bo nie taki jest cel tej wojny założony przez jej właściwych sprawców, czyli Stany Zjednoczone, UK i NATO. Czy jednak wizję zakończenia konfliktu ma druga strona wojująca, czyli Rosja? Ukrainę możemy w tych rozważaniach pominąć, wbrew pozorom nie jest bowiem podmiotem, ale tylko miejscem konfliktu, bez żadnej mocy decyzyjnej. Właśnie założenie, że Ukraińcy taką siłę posiadają, a przynajmniej mogą ją odzyskać – było rosyjskim błędem planowania pierwotnych celów wojennych, opartych na przekonaniu, że gdy się dobrze Kijowem potrząśnie, to nażarci oligarchowie sami od niego odpadną, a neutralizacja i denazyfikacja zostaną uznane przez samych Ukraińców za zgodne z ich żywotnymi interesami. Z dzisiejszej perspektywy plan taki wydaje się wręcz żenująco naiwny, jednak wszystko wskazuje, że dokładnie tak wyglądał pierwotny rosyjski pomysł na szybką wojnę bez nadzwyczajnie wojennych konsekwencji.

Plan ten wygasł razem z silnikami rosyjskich czołgów, które nie zajęły Kijowa, gdy miały ku temu możliwość i został ostatecznie zrzucony ze stołu wraz z fiaskiem stambulskich rozmów rosyjsko-ukraińskich. Pozostało natomiast pytanie co dalej, na które nikt jakoś nie umie udzielić sensownej odpowiedzi. Przypomina to nieco z sytuację z COVIDem, gdy ani razu nie padło jedyne sensowne pytanie: jaki stan zostanie uznany za ostateczny koniec, ilu ma być tych „zakażonych”, potem jaki procent społeczeństw ma zostać wyszczepiony, słowem co musi się stać, żeby przestali dręczyć ludzi i gospodarkę? Nie wiedzieliśmy tego przez dwa lata i nie dowiedzieliśmy się ostatecznie nigdy, bo COVIDa z czołgu zastrzelił Władimir Putin, co raczej jednak nie było z góry zaplanowane, gdy cyrk pandemiczny się zaczynał, by trwać przez dwa lata.

Podobnie niczego nie wiemy i dziś: co miałoby być zwycięstwem Kijowa? Wiadomo tylko, że już nie spalenie Moskwy, nie zdobycie Donbasu, nie przejęcie Krymu, a więc co: załatanie frontu, nie tyle przełamanego przez Rosjan, co opuszczanego przez dezerterujące ukraińskie oddziały? Zresztą Rosjanie też chyba nie wiedzą jak i gdzie ma się to skończyć – na pełnej linii Dniepru? Na linii Dniepru oraz z Odessą? Na przewrocie w Kijowe, na dojściu do Zbrucza, a może do Bugu? I co dalej, skąd myśl, że gdzieś tam za kolejną rzeką jest pokój, przecież tym razem nie ma w zasięgu kolejnej Kancelarii Rzeszy, żeby zatknąć na niej sztandar i powiedzieć „No, zrobiliśmy co trzeba, pora do domu!”. Chyba, że już obie strony (jeszcze raz: tzn. Zachód i Rosja) przepracowały znaną strategię gry w cykora, zamieniając ją w opcję kto się prędzej zmęczy i ma większy potencjał, czyli w scenariusz najbliższy znanemu z frontu zachodniego Wielkiej Wojny. Wówczas kolejne wsie na Ukrainie, do których Rosjanie wchodzą po ukraińskiej dezercji nie mają większego znaczenia, bo przecież wsi na Ukrainie, w Polsce, w Rumunii prawie tak mnogo, jak poborowych w Rosji, a więc wszystko to może jeszcze bardzo długo potrwać.

A najgorsze przy tym, że nieodmiennie brakuje jakiejkolwiek polskiej strategii wobec takiego permanentnego konfliktu.

Co dalej?

Polacy są bodaj ostatnimi z konsumentów propagandy ostatecznego „zwycięstwa Kijowa”, w jakimś niedookreślonym, ale na pewno triumfalnym wymiarze. Wciąż dominującym przekazem głównego nurtu III RP jest wizja antyrosyjskiego Ragnarök, ostatecznej victorii sił dobra, po której „Rosji już nie będzie”, albo nastąpi coś równie kończącego historię. Już samo kłócenie się z rzeczywistością, że ta wojna potrwa, kosztowało polskich podatników– według exposé ministra Applebaumowego – co najmniej 9 mld dolarów, nie licząc wydatków na utrzymanie ukraińskich przesiedleńców w Polsce i nie mówiąc o stratach ponoszonych przez polskich rolników, przewoźników, branżę cementową itd. Sam pomysł, samo pytanie o przyszłość wielomilionowej masy ukraińskiej w Polsce było z góry odrzucane w najlepszym razie jako defetyzm, a przeważnie po prostu jako „putinizm” i „onucyzm”. Nie wolno było spytać „co dalej?!” w roku 2022 i nadal jest to pytanie co najmniej nie na miejscu dwa lata później!

Nie do nas należy zakończenie tej wojny, tak jak i nie do nas powinno należeć jej podtrzymywanie, co jednak niestety ma miejsce. Nie możemy wprawdzie powiedzieć, że nie mamy niczego wspólnego z początkiem konfliktu, bowiem nie kto inny, jak Radek Sikorski odgrywał niechlubną rolę podczas zamachu stanu w Kijowie w 2014 roku, będącego pierwszą odsłoną wydarzeń, których kolejny akt przeżywamy. Nie my jednak tę wojnę skończymy, co gorsza nawet, gdybyśmy mieli stać się jej czynną stroną. Po prostu, III RP nie jest państwem suwerennym, nie może więc decydować o wojnie i pokoju, nawet gdy dotyczą jej samej. Po dwóch latach mamy jednak prawo, coraz bardziej wyraźne i palące, by domagać się jasnej strategii państwa wobec skutków tej wojny najbardziej dotkliwych dla polskich obywateli i polskiej gospodarki.

Nie ma szans na sensowną strategię

Oczywiście też nie ma żadnych szans na strategię jedynie sensową, sprowadzającą się do trzech decyzji:

  1. Jak najdalej od samej wojny.
  2. Pełna ochrona polskiego rynku przed konkurencją z Ukrainy.
  3. Koniec uprzywilejowania ukraińskich przesiedleńców w Polsce.

Mamy jednak prawo pytać zarządców III RP co planują dalej. Nie może nas dziwić, że skoro wyraźnego pomysłu na koniec tej wojny nie mają ani Władimir Putin, ani Joe Biden, ani Donald Trump, ani City of London, to tym bardziej nie będą go miały persony pokroju Donalda Tuska, Applebaumowego czy Jarosława Kaczyńskiego, jednak kontynuowanie obecnej polityki ignorowania realnych zagrożeń (przy wyolbrzymianiu tych wymyślonych), bagatelizowania kosztów i ciągłego okłamywania obywateli – prowadzi prostą drogą do katastrofy. Ta zaś jest już wyczuwalna, choćby przy spojrzeniu na wskaźniki w rodzaju drastycznego spadku produkcji przemysłowej w Polsce, będącego pochodną coraz dotkliwszej zadyszki nadrzędnej gospodarki niemieckiej. Tego naprawdę nie da się w nieskończoność pokrywać sporami o śląsko godke czy przyklejaniem się jakichś klimaświrów do asfaltu. Kryzys będzie się pogłębiał, a Polacy są na to tak samo nieprzygotowani, jak na dalsze kontynuowanie wojny na Ukrainie.  Oczywiście, jej zakończenie było i jest w żywotnym polskim interesie, skoro się jednak na taki scenariusz nie zanosi, w takim razie być albo nie być dla Polaków pozostaje kwestia jak funkcjonować w realiach przedłużającego się, a być może permanentnego i eskalowanego konfliktu międzynarodowego. To, że do relacji z wojny już zdążyliśmy się przyzwyczaić na poziomie znudzenia, niczego pod tym względem nie zmienia. Ludzie się nawet do obozów koncentracyjnych przyzwyczajali, cały problem sprowadzał się do tego jak w nich przeżyć, jak z nich wyjść i jak żyć dalej.

Ta wojna potrwa albo płynnie zmieni się w kolejną. Obecny kryzys może być głębszy i dłuższy od poprzedniego. A my nadal tańczymy na wulkanie, zwiedzeni pozorami małej niby-stabilizacji.

Konrad Rękas

Redakcja