FelietonyGospodarkaCzy prezesa przeprowadzą w kajdankach?

Redakcja2 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Orlen znowu w oku cyklonu. Atakowany jest ze wszystkich stron, a największe zainteresowanie mediów budzi pytanie: czy kogoś wsadzą? Wiadomo kogo…

Zmiana władzy w naszej demokracji to czas, gdy zwycięskie partie  wydzierają przegranym ich wcześniejsze zdobycze. Szczególnie ostra walka idzie o najlepsze kąski, a Orlen, największa polska spółka, to z pewnością creme de la creme.

Władze polskiego blue-chipa zostały szybko odwołane przez nową władzę, zmienione na „rząd tymczasowy” (fachowców oczywiście). Wszystko wskazuje, że poszukiwane będą haki na poprzedników. Orlen jest i był obiektem skoncentrowanej nienawiści. Nie bez przyczyny, pod ręką Daniela Obajtka zamienił się bowiem w narzędzie państwa. Potrafił zarówno złagodzić podniesienie podatku VAT, jak i obniżyć ceny paliw przed wyborami. To ostatnie to żadna nowość, kiedyś Donald Tusk wykonał dokładnie ten sam manewr.

Pełnienie najwyższych funkcji w największych państwowych spółkach może się źle skończyć, gdy władzę przejmuje wroga opcja. Jeden z prezesów skarżył się nawet na próby otrucia go, zwykle jednak kończy się na publicznym opluwaniu. To zresztą dzieje się także podczas ich kadencji, jednak przy zmianie władzy często dołączają się organy państwa – prokuratura czy służby specjalne. I wtedy jest dużo bardziej nieprzyjemnie.

W przypadku Orlenu, początek tym barbarzyńskim zwyczajom dało spektakularne aresztowanie Andrzeja Modrzejewskiego w 2002 roku. Służby specjalne zatrzymały go w świetle kamer jeszcze jako prezesa Orlenu, nowo wykreowanego polskiego naftowego blue-chipa. Zmienił się bowiem rząd, któremu prezes z poprzedniego rozdania niezbyt pasował. Do tego rozgrywka szła o duże pieniądze, do podpisania szykował się potężny kontrakt na dostawy ropy naftowej, więc nowa władza nie chciała oddać takiego kawałka tortu ludziom związanym z byłą już ekipą. Interesy wtedy nie były jeszcze tak dobrze poukładane, jak są dzisiaj, a obyczaje dzikie były ponad miarę. Cóż, to ponad 20 lat temu.

Później państwo już delikatniej brało się za te sprawy. Najpierw odwoływano poprzedników, a później fundowano co najmniej kilka lat ciągania po przesłuchaniach, z oskarżeń, które były wyjątkowo trudne do udowodnienia, ale idealne do dręczenia i publicznego opluwania byłego prezesa. To prześladowania bardzo wyczerpujące i niszczące, towarzyszy im bowiem ciągłe ataki i pomówienia w mediach, które opluskwiają człowieka w oczach jego otoczenia i wszystkich Polaków.

Czasami karano ich spektakularnymi aresztowaniami z szerokim nagłośnieniem w mediach. Dość niedawne przypadki dwóch prezesów naszych naftowych koncernów wskazują na to, że te zwyczaje wciąż są żywe.

W 2019 roku tak Jacek Krawiec (prezes Orlenu 2008-2015), jak i Paweł Olechnowicz (prezes Lotosu 2002-2016) zostali mocno poturbowani publicznie. Tak przez media, jak i służby państwowe. CBA zatrzymało Jacka Krawca dwukrotnie. W lutym ogłoszono, że on i dwaj dyrektorzy oskarżeni zostali o nieprawidłowości przy sprzedaży biletów na imprezy masowe. Przewieziono ich do Łodzi na przesłuchania. Później we wrześniu ponowne aresztowanie… Wszystko na oczach opinii publicznej, pasącej się nienawiścią do funkcjonariuszy znienawidzonej wrogiej opcji. Były prezes wyjechał więc za granicę.

Paweł Olechnowicz został w tym samym roku podobnie potraktowany. Choć zatrzymano go tylko raz, ale wieziono go za to na przesłuchanie aż 600 km – z Wadowic do Gdańska. I to wszystko z powodu umowy wartości 250 tys. zł, która potem miała nie zostać zrealizowana. O wszystkim zostały poinformowane media. Olechnowicz wygrał później sprawę w sądzie, który uznał zatrzymanie za bezzasadne, a były prezes otrzymał odszkodowanie (45 tysięcy złotych). Ale cóż to zmienia, błoto, którym obrzuca się publicznie ludzi, nie odkleja się zbyt łatwo.

Moim zdaniem, podobne represje będą stosowane także przez dzisiejszą koalicję rządzącą. Nic nie zapowiada, że tym razem będzie łagodniej. Fala nienawiści do Daniela Obajtka została wysoko podniesiona, teraz trzeba będzie rozładować „społeczne oczekiwania” i ukarać „potwora z Płocka”, czy raczej „z Pcimia”. Pierwsze skargi już zostały przyjęte przez prokuraturę.

Andrzej Szczęśniak

fot. profil fb Daniela Obajtka

Myśl Polska, nr 9-10 (25.02-3.03.2024)

Redakcja