PolskaPublicystykaŚwiatBieleń: „Postawić na dobrego konia”

Redakcja3 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

W bogatej metaforyce stosunków międzynarodowych pojawiła się obietnica, że Chiny „nie dążą do wysadzenia z siodła” Ameryki. Stało się to podczas  szczytu Współpracy Gospodarczej Krajów Azji i Pacyfiku (APEC) w Kalifornii 15 listopada 2023 r., gdy dwaj najwięksi adwersarze Joe Biden i Xi Jinping zapewnili o swojej gotowości „zawrócenia świata znad brzegu przepaści”.

Już tylko te sygnały wskazują, że to Chiny kształtują dynamikę rywalizacji między największymi potęgami. Rzucając geoekonomiczne i geopolityczne wyzwania dotychczasowemu przywództwu USA, zmieniają  wektory wzajemnych uzależnień. Po kilku stuleciach ośrodki inicjatywności i innowacyjności przesuwają się z zachodu na wschód. Przyczynia się do tego także  odwracanie się Rosji w stronę Azji. Przez ostatnie trzy stulecia jej celem była okcydentalizacja, na której zyskiwał też Zachód. Obecnie Rosja dokonuje zwrotu na wschód, co czyni ją uczestnikiem „wielkiej gry” eurazjatyckiej, często przeciw Zachodowi.

Powszechna utrata zaufania

W trójkącie amerykańsko-chińsko-rosyjskim  najważniejszy problem sprowadza się do utraty wiarygodności stron, jeśli chodzi o kontrolę ryzyka wzajemnego ataku. Od zakończenia „zimnej wojny” nie było takiej sytuacji, aby postrzeganie wzajemnych interesów i wartości było nasycone tak wysoką niepewnością. Zmizerniały też zdolności poznawcze przywódców politycznych, tak w odniesieniu do rozpoznawania źródeł zagrożeń, jak i działań zapobiegawczych, podejmowanych indywidualnie i zbiorowo na poziomie profesjonalnym. Skala zachodzących zmian i trudność w identyfikacji ich skutków przerasta możliwości pojmowania rzeczywistości przez przeciętnego obserwatora.

Jest to tym trudniejsze, że wiedza i badania naukowe zostały zainfekowane wartościami ideologicznymi, a wytwarzanie społecznego lęku i kreowanie wroga stało się najważniejszym ze środków politycznej mobilizacji społeczeństw przeciwko sobie. W ten sposób pod znakiem zapytania stanęła egzystencjalna racjonalność ukształtowanej po II wojnie światowej „społeczności międzynarodowej”. W obliczu nowych wyzwań cywilizacyjnych (usieciowienia gospodarki, masowych przemieszczeń ludności, zmian klimatu i środowiska, narastającej rozpiętości dochodów, kryzysów żywnościowych itd.) zawiodły instytucjonalne mechanizmy regulacyjne. Zabrakło podmiotów sterujących procesami gospodarczymi, a w wielu przypadkach nacjonalistyczne resentymenty i egoistyczne inklinacje rywalizacyjne wzięły górę nad świadomością wspólnotową. Kolektywny Zachód nie był w stanie zapobiec nadchodzącej katastrofie.

W diagnozach przyczyn zaistniałej dekompozycji dotychczasowego porządku międzynarodowego należy cofnąć się kilka dekad wstecz, kiedy blok zachodni uległ euforii i triumfalizmowi po „zwycięstwie w zimnej wojnie”. Nastał  wtedy niespodziewanie czas względnej stabilizacji i przynajmniej jedno pokolenie żyło w błogim przekonaniu, że nikt nie podważa osiągniętego status quo. Ameryka ogłosiła się hegemonem systemu międzynarodowego, wierząc – przy pomocy rozmaitych zabiegów politycznych, ekonomicznych, militarnych, ideologicznych i propagandowych – w swoje zwycięstwo nad całą resztą świata („moment unipolarny”). Obiektywnie rzecz biorąc, nie miała przeciw sobie nikogo tak silnego, aby mógł przeciwważyć jej hegemoniczne aspiracje, wartości i interesy.

W wyniku dynamicznej rywalizacji mocarstw okazuje się, że ten „wiek szczęśliwości” mamy za sobą. Nieustające procesy koncentracji i polaryzacji sił – co jest zjawiskiem obiektywnym – prowadzą do kształtowania się nowych konstelacji potęg, zdolnych rzucić wyzwanie dotychczasowemu porządkowi. Był on budowany pod szyldem globalizacji, co w żargonie potocznym oznaczało  westernizację, a więc podporządkowywanie różnych sfer życia społecznego i gospodarczego regułom dyktowanym przez kolektywny Zachód.

Ostatnie lata dowodzą, że  ani kapitalistyczne porządki w gospodarce, ani demokracja liberalna w polityce nie są panaceum na trapiące ludzkość kryzysy. Przeciwnie, mamy sporo dowodów na to, że dokonująca się grabież planety i ludzkości pod szyldem wolnej konkurencji i protekcjonizmu nie jest niczym innym, jak kolejnym aktem imperializacji i neokolonizacji globu.  Skala uzależnień słabych od silnych nigdy nie przybierała takich rozmiarów, jak dzieje się to na naszych oczach.

Wszystkie te zjawiska geoekonomiczne i geopolityczne wymagają rewizji w oglądzie systemu międzynarodowego. Zachodzące w nim gwałtowne zmiany  będą decydować o życiu w najbliższych dekadach, a tymczasem większość komentatorów skupia się jedynie na tym, co widać obecnie najbardziej – narastaniu nieufności i emocjonalnej wrogości. Gdzie zatem miejsce na racjonalizację globalnego zarządzania, aby nie doprowadzić do katastrofy? Jak wyzwolić się z pęt narzuconych podziałów i uprzedzeń, aby dojrzeć w dynamice czasu i przestrzeni szanse na uratowanie globu i ludzkości przed negatywnymi skutkami rywalizacji potęg?

Przeciąganie liny

Rywalizacja międzymocarstwowa rozgrywa się obecnie na płaszczyźnie trójstronnej, z tym, że Rosja znalazła się niejako między amerykańskim „młotem” a chińskim „kowadłem”. Być może od rozstrzygnięcia walki o Ukrainę między Zachodem a Rosją zależeć będzie ostatecznie, czy po tym boju wzmocni ona bardziej Chiny, czy też osłabi Zachód. Tak czy inaczej, Chiny stanowią dla Ameryki wyzwanie dalekosiężne i źródło zagrożeń o charakterze strategicznym, podczas gdy Rosja traktowana jest w kategoriach „mniejszego ryzyka”, jeśli chodzi o podważenie statusu hegemona.

W powszechnym postrzeganiu Chin i Rosji, jeśli patrzeć przez pryzmat reakcji na Zachodzie, to właśnie te dwa państwa „rzucają” największe wyzwanie Stanom Zjednoczonym i są zagrożeniem dla powszechnego ładu.  Tak zaczęto tę sprawę przedstawiać już podczas administracji Baracka Obamy (2009-2017), a następnie Donalda Trumpa (2017-2021). W kolejnych wersjach narodowej strategii bezpieczeństwa Chiny i Rosję zaczęto nazywać mocarstwami rewizjonistycznymi.

Jednocześnie USA przystąpiły do ofensywy ideologicznej, kierując się w swoich działaniach nacjonalizmem i imperializmem ekonomicznym. Protekcjonizm wobec gigantów technologicznych rujnuje dotychczasowe reguły obrotu gospodarczego. A kolejne transze sankcji nakładanych na Rosję pokazują, w jaki sposób błędne postrzeganie interesów stron prowadzi do tworzenia wspólnoty ryzyka, uzasadniającej  eskalację środków, łącznie z użyciem siły.

Mamy więc do czynienia z jednostronną i tendencyjną diagnozą systemu międzynarodowego, w której główni oponenci USA nie mają prawa do upominania się o swoje miejsce w globalnej dystrybucji sił, a rzucone wyzwanie hegemonii amerykańskiej jest uznawane wprost za zbrodnię. Jest to rezultat tragicznego w skutkach rozstania się strategów amerykańskich z koncepcją równoważenia sił (balance of power).

Od najdawniejszych czasów oznaczała ona taki rozkład potęgi  między państwami lub sojuszami, w którym żadne z nich nie góruje w sposób zdecydowany nad innymi oraz nie dopuszcza do zdobycia nadmiernej przewagi któregokolwiek państwa lub sojuszu nad pozostałymi. Gdy jedna z potęg zdobywa prymat i dąży do hegemonii, systemowi międzynarodowemu grozi „zawojowanie”. Dlatego niezmiernie ważne było wykształcenie w procesach historycznych rozmaitych regulatorów, począwszy od ról równoważących i przeciwważących (balansjerów, arbitrów), przez zmienność koalicji, tworzenie stref neutralnych i buforowych, podział wpływów, interesów i odpowiedzialności.

Równoważenie sił…

było zatem oczywistą tendencją w stosunkach międzynarodowych i aż do I wojny światowej gwarantowało jako wielostronna strategia bezpieczeństwa stabilność systemową. W wieku XX każde mocarstwo, które rzucało wyzwanie całej reszcie (Niemcy, Japonia, ZSRR) spotykało się prędzej czy później z odpowiednią reakcją innych, aby nie dopuścić do zapanowania jednego mocarstwa nad innymi. Wojny światowe pochłonęły z tego powodu niezmierzone liczby ofiar.

Okres zimnowojenny oznaczał sytuację patową, kiedy naprzeciw siebie stanęły dwa bloki militarno-polityczne, szantażujące siebie nawzajem groźbą nuklearnego unicestwienia. Być może ten „zbrojny pokój” był najpewniejszą epoką we współczesnych stosunkach międzynarodowych, jeśli chodzi o respektowanie przez każdą ze stron globalnego bezpieczeństwa i ustalonych reguł gry.

Sytuacja uległa radykalnej zmianie, kiedy po rozpadzie ZSRR Stany Zjednoczone pozostały mocarstwem „zwycięskim” w zimnowojennej konfrontacji. Dzięki  dobrej koniunkturze gospodarczej i rewolucji technologicznej, nie mając rywali zdolnych do zbudowania przeciwwagi, stały się ośrodkiem przyciągania i podporządkowywania  słabszych partnerów.

Strategię równoważenia sił w sposób spontaniczny zastępowano strategią bandwagoning. Sam termin ma rodowód XIX-wieczny i odnosi się do amerykańskich kampanii wyborczych, kiedy podczepiano kolejne wagony do kolejowego objazdu kandydata, „stawiając na dobrego konia”, z nadzieją na jego zwycięstwo. W stosunkach międzynarodowych zjawisko znane jest tak samo dawno, jak równoważenie sił, ale dopiero w latach osiemdziesiątych ub. wieku przywołał je  amerykański realista polityczny Stephen M. Walt, w kontekście odżywającej wtedy tendencji koncentracji sił.  Wyraża się ona w odpowiedzi państw słabych na istniejące zagrożenia poprzez dołączanie do silniejszego mocarstwa. Dla tego ostatniego oznacza szansę na przestrzenną ekspansję, powiększanie sfery wpływów i przypisywanie sobie odpowiedzialności globalnej.

Strach przed dotychczasowym hegemonem, jakim dla państw Europy Wschodniej był ZSRR (w następstwie Rosja) spowodował  efekt zwrócenia się ich w stronę Zachodu (USA i NATO). Nie odbywało się to oczywiście bez udziału zachodnich ośrodków siły, które w rywalizacji z Rosją postawiły na maksymalne wykorzystanie jej osłabienia. W tym procesie deregulacji zanikły stabilizatory wzajemnego równoważenia sił. Neutralność straciła dawny sens, buforowość stała się przekleństwem, a rywalizacja o wpływy przybrała charakter otwartych interwencji. Wymownym był udział Zachodu w rozbiciu Jugosławii w latach dziewięćdziesiątych ub. wieku, a obecnie swoiste kuriozum stanowi proatlantycka polityka Finlandii, która odeszła od roli „brokera” pokoju i moderatora, przybierając pozę państwa frontowego.

Słusznie zauważa Lech Mażewski, że „pozablokowy pas państw od Finlandii i Szwecji, dalej republiki nadbałtyckie i Białoruś, aż do Mołdawii i Ukrainy przestał istnieć – z dużą szkodą dla nas. Rosja wtedy zostałaby daleko odsunięta na wschód od naszych granic i nie trzeba by toczyć o to żadnej wojny. Wystarczyło stosować się do prostej zasady: primum non nocere” („Do Rzeczy”, 46/2023).

Nowe zagrożenia

Zrozumienie tych przeobrażeń systemu międzynarodowego pozwala spojrzeć na dynamikę rywalizacji mocarstwowej z innej perspektywy. Nie chodzi już o tradycyjne zależności między silnymi a słabymi, ale o wyłączną suwerenność technologiczną najsilniejszego. Problem sprowadza się do narastającego ryzyka, jakie niesie nie tylko kolejna, nie do końca przewidywalna rewolucja technologiczna, ale przede wszystkim nieprzystosowanie instytucji politycznych (tak wewnątrz państw, jak i w skali międzynarodowej) do kontroli nowych wyzwań i zagrożeń.

Ogromna nieprzewidywalność trwającej rewolucji technologicznej wyraża się choćby w rozwoju sztucznej inteligencji. Gdy dojdzie do osiągnięcia punktu krytycznego w jej rozwoju, zaistnieje naturalna pokusa, aby innowacje technologiczne, zwłaszcza w dziedzinie uzbrojenia, wykorzystać na polu walki. Ofiarą tego może paść cała cywilizacja. Dlatego tak ważne jest obecnie przerwanie tego utrwalonego  cyklu kataklizmów w historii.

Nadzieją na rozwiązanie stojących przed ludzkością problemów jest powrót do stołu rokowań, tak jak to stało się ostatnio w Kalifornii, ale także przy okazji katarskiej mediacji między Izraelem a palestyńskim Hamasem. Kolektywny Zachód musi odejść od krucjat ideologicznych i zrozumieć, że nie wszędzie na świecie uda się zrealizować projekt neoliberalnej gospodarki, kiedy to kapitał podporządkowuje sobie władzę polityczną. Chiny są tym fenomenem, podobnie za nimi kroczy Rosja i wiele państw tzw. Południa, które zachowują suwerenność polityczną, a państwo ze wszystkimi jego atrybutami władczymi stawiają na pierwszym miejscu. Trudno to wyzwanie ogarnąć nie tylko przywódcom państw Zachodu, ale także ekonomistom, zastanawiającym się, jak w najbliższych dekadach sprzęgnąć potęgę mechanizmów rynkowych z potęgą regulacji.

Wydaje się, że z trudnej sytuacji, w jakiej znalazły się największe mocarstwa względem siebie, jedynym wyjściem jest postulat realistów politycznych, aby przywrócić racjonalność mechanizmów decyzyjnych i przystąpić do dialogu na najwyższych szczeblach. Nadzieją jest pragmatyczne nastawienie Chin, które ustami Xi uspokajają, że „planeta Ziemia może pomieścić nasze dwa kraje, a sukces jednego z nich jest sposobnością dla drugiego”. Abstrahując, że  Chiny mówią tu o bigemonii, z wypowiedzi tej wynika gotowość do podjęcia próby wypracowania wspólnego stanowiska. Jego brak spowoduje, że każdy będzie działać według swojego rozeznania, zwiększając tym samym prawdopodobieństwo chaosu, błędnych interpretacji i nieporozumień.

Szkoda, że w inspirowaniu dialogu międzynarodowego brakuje państw średnich i małych, które nie tylko mogą wychodzić z odmiennych tradycji kulturowych, ale także pokazywać alternatywne drogi rozwoju. Ich wkład mógłby polegać  nie tyle na bezkrytycznym popieraniu jednostronnych rozwiązań mocarstwa hegemonicznego, dyrygującego całym zespołem państw, ile na ponownym zdefiniowaniu pewnych ograniczeń i wspólnych reguł, zmniejszających ryzyko wystąpienia sytuacji kryzysowych.

Toczące się wojny (na szczęście nigdy jeszcze nie doszło do bezpośredniego zwarcia trzech najsilniejszych potęg, o których tu mowa) pokazują, że wszystkim technologicznym możliwościom ofensywnym dorównują w końcu środki obronne, które wraz z wysiłkiem ludzkim – jak na Ukrainie – je równoważą. Ale przecież nie każde państwo jest w stanie sprostać takim wyzwaniom! Ukraina ma to szczęście (i nieszczęście), że korzysta  na niespotykaną dotąd skalę ze wsparcia zewnętrznego. Jest jednak coraz więcej znaków na niebie i ziemi, że ta determinacja w udzielaniu jej pomocy wyraźnie słabnie.

Przypadek ukraiński…

pokazuje też, że ze względu na złożone uwarunkowania geopolityczne nie każde państwo jest w stanie skutecznie schronić się „pod skrzydłami” nowego patrona. Wiele wskazuje na to, że ta bezsensowna wojna będzie mieć charakter nierozstrzygnięty, dopóki państwa rozgrywające nie powrócą do stołu rokowań i nie uzgodnią wspólnych reguł gry, szanując przede wszystkim  niepodzielność bezpieczeństwa.

Jak w takiej sytuacji powinna zachować się Polska? Przede wszystkim odbudowana dyplomacja nowego rządu powinna jak najszybciej wpisać się na wokandę wszystkich możliwych ciał konsultacyjnych i debat wokół przywrócenia standardów w komunikacji międzymocarstwowej, aby nie pozostać na marginesie najważniejszych rozstrzygnięć.

Polscy decydenci muszą zbilansować dotychczasowe działania i zaniechania oraz odtworzyć podstawy dla nowego otwarcia tak w stosunkach euroatlantyckich, jak i na wektorze wschodnim, włączając w to Rosję i Chiny. Przede wszystkim muszą ustalić, w jakim punkcie znajduje się Polska w kontekście dokonujących się zmian  w układzie sił na arenie międzynarodowej. Trwanie przy doktrynie absolutnego lojalizmu wobec USA, bezrefleksyjnego posłuchu wobec dyrektyw unijnych oraz atawistycznej wrogości  wobec Rosji prowadzi polską politykę i gospodarkę na manowce. Warto pamiętać, że  w stosunkach międzynarodowych o wiele trwalszą wartość mają dobrze skalkulowane interesy niż deklarowane uczucia, choćby miały mieć wartość „wieczystej przyjaźni bądź niezawodnego przymierza”.

prof. Stanisław Bieleń

Myśl Polska, nr 49-50 (3-10.12.2023)

Redakcja